Les,
Wesołej dwutygodniowej rocznicy śmierci. Brutalne?
Może, ale nie przepraszam. Muszę w poniedziałek wrócić do szkoły, a wcale mnie
to nie cieszy. Daniel informuje mnie o wszystkich plotkach, pomimo że ciągle mu
mówię, że gówno mnie to obchodzi. Oczywiście wszyscy uważają, że zabiłaś się
przez Graysona, ale ja wiem, że to nieprawda. Udawałaś, że żyjesz długo przed
tym jak spotkałaś Graysona.
Jest jeszcze taki jeden incydent, o którym ci nie
powiedziałem. Ten, w którym zmusiłem Graysona, żeby z tobą zerwał?
Skomplikowana historia, ale przez ten wieczór wszyscy teraz gadają, że
pośrednio byłem odpowiedzialny za twoje samobójstwo. Daniel mówi, że ludzie
nawet współczują Graysonowi, a dupek w tym wszystkim się pławi.
Najlepsze w tej plotce jest to, że najwyraźniej moje
ogromne poczucie winy za uczestniczenie w twoim samobójstwie sprawia, że ja
jestem samobójczy. A jeżeli tak wszyscy mówią, to musi być to prawda, racja?
Szczerze mówiąc za bardzo boję się zabić. Nie mów
nikomu. (Nie żebyś teraz mogła, nawet gdybyś chciała.) Ale to prawda. Jestem
ciotą, kiedy chodzi o fakt, że nie mam pojęcia czego oczekiwać po tym świecie.
Co jeśli życie pozagrobowe jest gorsze od życia, od którego uciekasz? Samowolny
skok na główkę do nieznanego wymaga poważnej odwagi. Muszę ci to przyznać, Les,
jesteś o wiele odważniejsza ode mnie.
Dobra, kończę. Nie jestem przyzwyczajony do tak
długiego pisania. Esemesowanie byłoby bardziej dogodne, ale ty lubisz wszystko
utrudniać, prawda?
Jeżeli zobaczę w poniedziałek w szkole Graysona, wyrwę
mu jaja i wyślę ci je pocztą. Jaki jest twój nowy adres?
H
***
Daniel
czeka na mnie przy swoim samochodzie, kiedy wjeżdżam na parking.
- Jaka jest
strategia działania? – pyta, gdy tylko otwieram drzwi.
Szukam w
myślach czegokolwiek, co mogłem pominąć. Nie przypominam sobie nic szczególnego
w dzisiejszym dniu, co wymagałoby strategii działania.
- Strategia
działania na co? – pytam.
- Strategia
działania na dzisiaj, durniu. – Kieruje pilotem w stronę jego auta i zamyka
drzwi, potem rusza ze mną do szkoły. – Wiem jak bardzo nie chciałeś wracać,
więc może potrzebujemy strategii działania, żeby zapobiec całej uwadze. Chcesz,
żebym był smutny i przygnębiony, żeby ludzie się nas nie czepiali? Wątpię w to
– odpowiada samemu sobie. – To może zachęcić ludzi do podejścia do ciebie ze
słowami kondolencji, a wiem, że masz dosyć tego gówna. Jeśli chcesz mogę być
nadpobudliwy i odbiorę ci całą uwagę. Choć nie chcesz tego przyznać, to przez
dwa tygodnie wszyscy mówią tylko o tobie. Mam tego cholernie dosyć – mówi.
Nienawidzę
tego, że ludzie nie mają lepszych tematów do rozmów, ale podoba mi się, że
denerwuje to Daniela tak bardzo, jak mnie.
- Albo
możemy zachowywać się normalnie i mieć nadzieję, że ludzie mają lepsze tematy
do rozmów niż to co stało się z Les. Ooo! Ooo! – mówi szybko, odwracając się do
mnie i idąc tyłem. – Mogę udawać wkurzenie i iść przed tobą jak ochroniarz,
chociaż jesteś większy ode mnie. A jeśli ktokolwiek spróbuje do ciebie podejść,
to walnę go w twarz. Proszę? Zagrasz rolę wkurzonego, rozpaczającego brata? Dla
mnie? Proszę?
Śmieję się.
– Myślę, że poradzimy sobie bez strategii działania.
Marszczy
brwi na moją niechęć do uczestnictwa. – Nie doceniasz radości, którą zyskują
inni ludzie z plotkowania i spekulowania. Bądź cicho i jeśli coś będzie trzeba
dzisiaj powiedzieć, to ja to powiem. Od dwóch tygodni umieram, żeby na tych
ludzi nawrzeszczeć.
Doceniam
jego troskę, ale naprawdę przewiduję, że dzisiejszy dzień będzie taki jak każdy
inny. Raczej sądzę, że zbyt niezręcznie będzie ludziom o tym wspomnień, kiedy
będę w ich obecności. Będzie im niekomfortowo w ogóle się do mnie odzywać, a
właśnie tego chcę.
Dzwonek na
pierwszą lekcję jeszcze nie zadzwonił, więc wszyscy nadal stoją na zewnątrz. Po
raz pierwszy wchodzę do szkoły bez Les przy moim boku. Tylko myśl o niej
zabiera mnie z powrotem do momentu, gdy wszedłem do jej sypialni i ją
znalazłem. Nie chcę ponownie przeżywać tej chwili. Nie teraz. Wyciągam komórkę
z kieszeni i udaję, że jestem nią zainteresowany, żeby tylko nie myśleć o tym,
że Daniel może mieć rację. Wszyscy wokół nas są zbyt cicho i mam cholerną
nadzieję, że szybko to wróci do normy.
Nie mam
lekcji razem z Danielem do trzeciej godziny, więc kiedy wchodzimy do budynku
macha do mnie i kieruje się w przeciwnym kierunku. Otwieram drzwi do klasy
wychowawczej i niemal od razu nagła cisza omiata klasę. Każda para oczu wpatruje
się we mnie, w milczeniu patrząc jak podchodzę do mojej ławki.
Trzymam
komórkę i wciąż udaję, że jestem nią pochłonięty, ale jestem dobitnie świadomy
każdej osoby w moim otoczeniu. Ale to powstrzymuje mnie od nawiązywania
kontaktu wzrokowego. Jeżeli nie będę patrzeć im w oczy, to mniej będą chętni do
podejścia do mnie. Zastanawiam się czy wyobrażam sobie tylko różnicę w
sposobie, jakim dzisiaj zachowują się ludzie, a czasie zanim Les się zabiła.
Może to tylko ja. Jednak nie chcę myśleć, że to tylko ja. Jeżeli o to chodzi,
to jak długo to będzie trwało? Jak długo będę musiał przechodzić przez każdą
sekundę dnia myśląc o jej śmierci oraz o tym jak wpływa to na każdy aspekt
mojego życia?
Porównuję
utratę Les do utraty Hope tak wiele lat temu. Wtedy wydawało się, że wszystko
co działo się wiele miesięcy po zabraniu Hope jakoś prowadziło do myśli o niej.
Budziłem się rano i zastanawiałem się gdzie ona
się budziła. Myłem zęby i zastanawiałem się czy ktoś, kto ją zabrał
pomyślał, żeby kupić jej nową szczoteczkę do zębów, skoro nie mogła nic ze sobą
zabrać. Jadłem śniadanie i zastanawiałem się czy ktoś, kto ją zabrał wiedział,
że Hope nie lubiła pomarańczowego soku i czy dawał jej białe mleko, bo takie
było jej ulubione. Chodziłem nocą do łóżka i patrzyłem przez okno sypialni,
które wychodziło na jej okno, zastanawiając się czy w ogóle miała okno
sypialniane tam gdzie była.
Staram się
sobie przypomnieć, kiedy te myśli nareszcie się zatrzymały, ale nie jestem taki
pewien, że tak się stało. Nadal myślę o niej więcej niż powinienem. Minęło już
wiele lat, ale za każdym razem gdy patrzę w niebo to myślę o niej. Za każdym
razem, gdy ktoś nazywa mnie Deanem a nie Holderem, to myślę o niej i o tym jak
śmiałem się ze sposobu w jakim wymawiała moje imię, kiedy byliśmy dziećmi. Za
każdym razem, gdy widzę bransoletkę u dziewczyny myślę o bransoletce, którą Les
jej dała kilka minut przed tym jak została nam zabrana.
Tak wiele
rzeczy mi ją przypomina i nienawidzę świadomości, że będzie jeszcze gorzej,
kiedy Les także nie ma. Każda rzecz o jakiej myślę, widzę, robię czy mówię
przypomina mi Les. Potem za każdym razem, gdy przypomina mi się Les, to
prowadzi myśli do Hope. Potem za każdym razem, gdy myślę o Hope, przypominam
sobie, jak je zawiodłem. Zawiodłem je obie. Jest tak jakby w dzień, kiedy dałem
im przezwisko, tym samym dawałem przezwisko sobie. Bo teraz zdecydowanie czułem
się pieprzenie beznadziejny.
***
Jakoś udało
mi się przejść przez dwie lekcje i nikt się do mnie nie odezwał. Nie żeby o tym
nie dyskutowali. Tak jakby myśleli, że mnie tu nawet nie ma, patrząc na to jak
szepczą, gapią się i spekulują o tym, co dzieje się w mojej głowie.
Zajmuję
miejsce obok Daniela, kiedy docieram do klasy pana Mulligana. Daniel pyta tylko
spojrzeniem jak się trzymam. Przez ostatnich parę lat utworzyliśmy między sobą
jakąś niewerbalną komunikację. Wzruszam ramionami, informując go, że jakoś
leci. Oczywiście, że jest do bani i wolałbym tutaj nie być, ale co mogę zrobić?
Przeboleć to. Właśnie to.
-
Słyszałam, że Holder z nikim nie rozmawia – szepcze przede mną dziewczyna do
koleżanki siedzącej przed nią. – Wcale.
Odkąd ją znalazł.
Po
głośności w jakiej mówi oczywiste jest, że nie ma pojęcia, iż za nią siedzę.
Daniel unosi głowę, żeby na nie spojrzeć i dostrzegam obrzydzenie na jego
twarzy, wiedząc, że słyszę ich rozmowę.
- Może
ślubuje milczenie – spekuluje druga dziewczyna.
- Ta, może.
Nie zaszkodziłoby Lesslie ślubować milczenie od czasu do czasu. Jej śmiech był
tak cholernie irytujący.
Od razu
widzę czerwień. Zaciskam pięści i po raz pierwszy w życiu chciałbym, żeby facet
mógł uderzyć dziewczynę. Nie wściekam się za to, że gadają o niej za jej
plecami, tego się spodziewałem. Nie wściekam się nawet za to, że gadają o niej,
gdy jest martwa. Wściekam się, ponieważ jedyną
rzeczą jaką najbardziej kochałem w Les był jej śmiech. Jeżeli zamierzają o
niej coś mówić, to niech lepiej nie wspominają znowu o jej pieprzonym śmiechu.
Daniel
chwyta brzeg swojej ławki i unosi nogę, kopiąc w ławkę tej dziewczyny
najmocniej jak potrafi, przesuwając ją o dobre trzydzieści centymetrów po
podłodze. Ona piszczy i natychmiast odwraca się do niego twarzą.
- Co jest z
tobą do diabła nie tak, Daniel?
- Co jest nie tak ze mną? – pyta, podnosząc głos.
Pochyla się do przodu i piorunuje ją wzrokiem. – Powiem ci co jest ze mną nie
tak. Jestem wkurzony, że jesteś dziewczyną, bo gdybyś miała kutasa, to
walnąłbym cię w te obraźliwe, grube usta.
Otwiera
szeroko usta i wyraźnie jest skonsternowana dlaczego ją zaatakował. Jednak jej
zdezorientowanie od razu znika, gdy orientuje się, że za nią siedzę. Jej oczy
się rozszerzają i uśmiecham się do niej, unosząc rękę w mało entuzjastycznym
pomachaniu.
Ale nic nie
mówię. Nie czuję potrzeby, żeby dodawać cokolwiek do tego, co powiedział Daniel
i najwyraźniej ślubuję milczenie, więc trzymam usta na kłódkę. Poza tym Daniel
powiedział, że od dwóch tygodni nie mógł się doczekać, żeby nawrzeszczeć na
tych ludzi. Dzisiaj może być jego jedyna szansa, więc pozwalam mu robić co
chce. Dziewczyna od razu się odwraca do przodu, nawet nie oferując małych
przeprosin.
Drzwi klasy
się otwierają i do środka wchodzi pan Mulligan, przerywając napięcie i
naturalnie zastępując je własnym. Robiliśmy z Les wszystko co mogliśmy, żeby
nie mieć go w tym roku, ale nie mieliśmy wielkiego szczęścia. Cóż, a
przynajmniej nie ja. Les nie musi się
już martwić przesiadywaniem przez jego nużące, całogodzinne wykłady.
- Dean
Holder – odzywa się jak tylko dochodzi do swojego biurka. – Wciąż czekam na
twoją pracę badawczą, której termin przypadał w zeszłym tygodniu. Mam nadzieję,
że masz ją ze sobą, bo dzisiaj prezentujemy.
Cholera.
Nawet nie pomyślałem o tym, co miałem zadane przez dwa ostatnie tygodnie.
- Nie, nie
mam jej ze sobą.
Podnosi
wzrok z czegoś na co patrzył na swoim biurku i przygląda mi się. – Więc zostań
po lekcji.
Potakuję i
może lekko wywracam oczami. Wywracanie oczami jest nieuniknione w jego klasie.
Jest dupkiem, który cieszy się kontrolą, którą myśli, że ma nad klasą. Wyraźne
jest, że był nękany jako dziecko i każdy, kto nie nosi teczki na dokumenty jest
odbiorcą jego obłędnej zemsty.
Ignoruję
prezentacje przez resztę lekcji i próbuję zrobić listę zadań, które mogę mieć
zadane. To Les była tą zorganizowaną z naszej dwójki. Zawsze informowała mnie,
co było zadane, kiedy było zadane i na jaką lekcję było to zadane.
Dzwonek
nareszcie dzwoni po czasie, który wydaje się godzinami. Siedzę w miejscu,
dopóki klasa się nie opróżnia, żeby pan Mulligan mógł wyćwiczyć swój odwet na
mnie. Kiedy klasa jest zajęta tylko przez naszą dwójkę, podchodzi do przodu
swojego biurka i opiera się o nie, zakładając ramiona na torsie.
- Wiem, że
twoja rodzina przeszła przez mękę i współczuję straty. – No to zaczynamy. – Mam tylko nadzieję, iż rozumiesz, że takie
niefortunne rzeczy będą zdarzać się w twoim życiu, ale to nie daje ci
usprawiedliwienia abyś nie robił tego, co jest od ciebie oczekiwane.
Jezu Chryste. To pieprzona praca badawcza. Przecież nie odnawiam
Konstytucji. Wiem, że powinienem potaknąć i się z nim zgodzić, ale wybrał zły
dzień na udawanie kaznodzieja.
- Panie
Mulligan, Les była jedynym rodzeństwem jakie miałem, więc właściwie nie przewiduję, że to znowu się wydarzy.
Choć wydaje się, że zdarza się to w kółko, tylko raz mogła się zabić.
Sposób w
jakim marszczą się jego brwi, a usta mocno zaciskają wskazuje, że wcale nie
uważa mnie za zabawnego. Dobrze, bo nie próbowałem być zabawny.
- Niektóre
sytuacje powinny zostać zakazane dla twojego sarkazmu – odpowiada beznamiętnie.
– Miałem nadzieję, że będziesz miał dla swojej siostry trochę więcej szacunku.
Choć
nienawidzę dzisiaj tego, że nie mogę uderzyć dziewczyny, to jeszcze bardziej
nienawidzę faktu, że nie mogę uderzyć nauczyciela. Natychmiast wstaję i
podchodzę do niego szybko, zatrzymując się parę centymetrów przed nim, pięści
zaciskając po bokach. Moja bliskość powoduje, że jego ciało sztywnieje i mimo
wszystko czuję małe zadowolenie, że go przestraszyłem. Patrzę mu prosto w oczy,
zaciskam zęby i zniżam głos.
- Gówno
mnie obchodzi czy jesteś nauczycielem, uczniem czy przeklętym kaznodzieją.
Nigdy więcej nie wspominaj o mojej siostrze. – Wpatruję się w niego przez parę
sekund, wrząc w środku, czekając na jego reakcję. Gdy nie udaje mu się nic
powiedzieć, obracam się i biorę mój plecak. – Dostanie pan jutro swoją pracę –
mówię, opuszczając klasę.
***
Byłem
przekonany, że brakowało mi paru minut do zostania wydalonym. Jednakże pan
Mulligan najwyraźniej wybrał nie donosić o naszym małym zajściu, bo nic nie
zostało powiedziane ani zrobione, a teraz była przerwa na lunch.
Idąc dalej.
- Holder –
odzywa się ktoś za mną na korytarzu. Odwracam się, znajdując doganiającą mnie
Amy.
- Cześć,
Amy. – Chciałbym, żeby jej obecność dała mi najmniejszy komfort, ale tak się
nie dzieje. Widzenie jej przypomina mi tylko dwa tygodnie temu, potem to
przypomina mi zdjęcia, po które przyszła do mojego domu, to przypomina mi o
Les, a to przypomina mi o Hope. Potem oczywiście ogarnia mnie poczucie winy.
- Jak się
masz? – pyta niepewnie. – Nie słyszałam od ciebie odkąd… - Jej głos milknie,
więc odpowiadam szybko, nie chcąc, żeby czuła, że musi zagłębiać się w szczegóły.
- Wszystko
w porządku – odpowiadam, czując poczucie winy, widząc jej rozczarowanie, że do
niej nie zadzwoniłem. Myślałem, że mówiła wyraźnie o tym co się między nami
wydarzyło. Tak przynajmniej miałem nadzieję. - Czy ty, um… - Spuszczam wzrok na
podłogę i wzdycham, nie wiedząc jak poruszyć ten temat bez brzmienia jak dupek.
Przestępuję z nogi na nogę, podnosząc na nią spojrzenie. – Czy chciałaś, żebym do ciebie zadzwonił? Bo
myślałem, że to co się stało…
- Nie –
mówi prędko. – Nie. Dobrze myślałeś. Ja po prostu… sama nie wiem. – Wzrusza
ramionami i wygląda jakby już żałowała tej rozmowy. – Holder, chciałam się
tylko upewnić czy u ciebie wszystko okej. Słyszałam plotki i skłamałabym gdybym
powiedziała, że mnie nie zmartwiły. Czułam się jakbym wtedy w twoim domu
skupiała całą uwagę na sobie i nigdy nawet nie pomyślałam, żeby zapytać jak się
trzymasz.
Wygląda na
winną za wspominanie w ogóle o plotkach, ale nie powinna tak się czuć. Jest
jedyną osobą, która wysila się, żeby sprawdzić czy plotki nie są prawdziwe. –
Nic mi nie jest – zapewniam ją. – Plotki są plotkami, Amy.
Uśmiecha
się, ale nie wydaje się wierzyć we słowa wychodzące z moich ust. Jeszcze
brakowało mi tego, żeby się o mnie martwiła. Obejmuję ją i szepczę do jej ucha.
– Przyrzekam, Amy. Nie musisz się o mnie martwić, dobra?
Kiwa głową
i odsuwa się ode mnie, rozglądając się nerwowo po korytarzu. – Thomas –
szepcze, usprawiedliwiając to, że się ode mnie odsunęła. Uśmiecham się do niej
krzepiąco.
- Thomas –
mówię, potakując. – Zgaduję, że nie jest w domu i nie pomaga tacie z pracami
ogrodowymi?
Zaciska
wargi i kręci głową. – Trzymaj się, Holder – mówi, odchodząc.
Wkładam
swoje rzeczy do szafki, potem kieruje się do stołówki. Wchodzę kilka minut po
tym jak stołówka wypełniła się ludźmi i początkowo jest tak jak w każdy inny
dzień na lunchu. Ale kiedy ludzie zaczynają mnie dostrzegać, gdy kieruję się do
stolika, gdzie siedzi Daniel, głosy się ściszają o całą oktawę i oczy nie
potrafią trzymać się własnych spraw.
Ilość
dramatu, jakiej dzisiaj byłem świadkiem jest komiczna, naprawdę. Każda osoba
obok której przechodzę, nawet ludzie, z którymi kolegowałem się od lat, wszyscy
wydają się myśleć, że jeśli nie będą obserwować każdego mojego ruchu to mogą
przegapić chwilę, w której całkowicie się załamię. Żal mi ich rozczarowywać,
ale dzisiaj całkiem dobrze nad wszystkim panuję. Nikt się nie załamie, więc
równie dobrze mogą powrócić do swojej rutyny.
Kiedy
docieram nareszcie do stolika cały dźwięk w stołówce zmienił się w cichy szmer.
Wszystkie oczy są na mnie i naprawdę chciałbym móc wszystkim kazać się
odpieprzyć. Ale to oznaczałoby danie im dokładnie tego, czego chcieli, więc nie
otwieram ust.
Jednak nie
mówię Danielowi, że on nie może
powiedzieć tego, czego chce. Patrzę mu prosto w oczy, jak podchodzę do stolika
i mamy jedną z naszych szybkich, niewerbalnych rozmów. Niewerbalną rozmowę, w
której daję mu wolną rękę na uwolnienie tłumionej frustracji, jaką wciąż może
mieć.
Uśmiecha
się psotnie i głośno uderza dłońmi o stół. – Jasna pieprzona cholera! –
krzyczy, wspinając się na swoje krzesło. Wskazuje na mnie dziko ręką. –
Spójrzcie, wszyscy! To Dean Holder! – Zdołał wejść na stolik, odwracając ode
mnie całą uwagę.
- Dlaczego
wszyscy gapicie się na mnie? – woła,
pokazując na mnie wielkimi, przesadnymi gestami. – Mamy tutaj tego Deana Holdera! We własnej osobie! –
Gdy tylko parę osób odrywa ode niego wzrok, żeby spojrzeć na mnie, wyrzuca ręce
w powietrze, jakby był nimi rozczarowany. – No dalej, ludzie! Czekaliśmy na tę
chwilę dwa tygodnie! Teraz kiedy w końcu tutaj jest, wszyscy zdecydowaliście
się zamknąć? O co chodzi? – Patrzy na mnie z góry i marszczy czoło, opuszczając
ramiona w porażce. – Przykro mi, Holder. Myślałem, że dzisiejszy dzień będzie
dla ciebie bardziej interesujący. Miałem nadzieję na mały wywiad, żeby oczyścić
atmosferę, ale nie zdawałem sobie sprawy, że każda osoba w tej szkole jest
tchórzliwym przygłupem. – Zaczyna schodzić ze stolika, ale potem podnosi w górę
ramię i unosi palec. – Chwila! – mówi, odwracając się do całego tłumu. –
Właściwie to bardzo dobry pomysł!
Rozglądam
się i oczekuję, że jeden z dyżurnych stołówki będzie już szedł do niego, żeby
powstrzymać te widowisko, ale jedyny dyżurny obserwuje go jak każdy inny,
czekając na to, co planuje.
Daniel
zeskakuje z naszego stolika na drugi, depcząc przy tym parę tacek. Rozlewa po
stole mleko czekoladowe i niemal się ślizga, ale podpiera się ręką o czubek
głowy jakiegoś faceta i wyprostowuje się. Całe te widowisko jest całkiem
zabawne, więc siadam przy naszym stoliku i przyglądam mu się jakbym nie był
nawet powodem jego wybuchu.
Patrzy na
dziewczynę siedzącą przy stoliku pod jego stopami i wyciąga ramię, celując w
nią palcem. – A co z tobą, Natalie? Gdy mamy już tutaj Deana Holdera na żywo,
może chciałabyś go zapytać czy prawidłowa jest twoja teoria o tym dlaczego Les
się zabiła?
Twarz
Natalie czerwienieje i podnosi się z miejsca. – Jesteś dupkiem, Daniel! –
Bierze swoją tacę i odchodzi od stolika. Daniel wciąż stoi na stoliku, ale jego
wyciągnięty palec podąża za nią po stołówce.
- Poczekaj,
Natalie! Co jeśli Lesslie naprawdę zabiła
się przez to, że Grayson rzucił ją w tym samym tygodniu, co zabrał jej
dziewictwo? Nie chcesz wiedzieć czy masz rację? Nie chcesz wiedzieć co
wygrałaś?
Natalie
wychodzi ze stołówki, więc jego uwaga natychmiast kieruje się na Thomasa, który
siedzi przy Amy kilka stolików dalej. Ona trzyma rękę na ustach i patrzy z
szokiem na Daniela jak reszta stołówki. Wskazuje na Thomasa, potem przeskakuje
trzy stoliki, żeby do niego dotrzeć. – Thomas! – krzyczy Daniel. – A ty?
Chciałbyś uczestniczyć w wywiadzie? Słyszałem na pierwszej lekcji twoją teorię
i to było coś wielkiego.
Thomas
wstaje i zabiera swoją tacę tak jak zrobiła to Natalie. – Daniel, zachowujesz
się jak palant. – Wskazuje głową na mnie. – On tego teraz nie potrzebuje.
Nic nie
mówię, ale mam nadzieję, że Thomas odejdzie nietknięty. Nie wiem jaką zaczął
plotkę, ale i tak. Jestem pewien, że to co zrobiłem z Amy było wystarczającym odwetem,
chociaż prawdopodobnie nigdy się o tym nie dowie.
- Och? –
Daniel podnosi rękę do ust w sztucznym wstrząsie. Spogląda na mnie. – Holder?
Nie potrzebujesz tego teraz? Czy ty, sam nie wiem, jesteś w żałobie czy coś? Powinniśmy to uszanować?
Staram się
nie uśmiechać, ale Daniel wykonuje dobrą cholerną robotę odwracając ten
gówniany dzień do góry nogami. Przechodzi z jednego stolika na drugi, wracając
do naszego.
- Czy nie
chcesz uczestniczyć w wywiadzie, Holder? Sądziłem, że może chciałbyś wszystko
wyjaśnić. – Obraca się wokoło i raz jeszcze zwraca się do stołówki, nie
czekając na moją odpowiedź. Paru uczniów zaczęło zabierać swoje tace i
opuszczać stołówkę, bojąc się, że to oni zostaną wywołani następni. – Gdzie
wszyscy idą? Żadnemu z was nie przeszkadza rozmawianie o tym w innej chwili.
Czemu nie teraz, kiedy możemy dostać szczere odpowiedzi? Być może Holder może
nam powiedzieć dlaczego tak naprawdę Les to zrobiła. Albo nawet lepiej, jak to zrobiła. Może nawet dowiemy się
prawdy o spekulacji, że on też jest samobójczy! – Daniel patrzy na mnie znowu i
kładzie ręce na biodrach. – Holder? Czy plotki są prawdziwe? Czy na serio masz
ustaloną datę na to, kiedy planujesz się zabić?
Teraz
wszystkie spojrzenia zdecydowanie są na mnie. Zanim mogę odpowiedzieć, a nie
żebym zamierzał, Daniel podnosi ramiona, kierując wnętrza dłoni w moją stronę.
– Czekaj! Nie odpowiadaj na to, Holder. – Odwraca się, żeby ponownie zwrócić
się do szybko malejącego tłumu. – Myślę, że powinniśmy to obstawiać! Niech ktoś
znajdzie mi długopis i kartkę! Stawiam na przyszły czwartek – mówi, wyciągając
z kieszeni portfel.
Najwyraźniej
dyżurna stołówki nie posuwa się do nielegalnych zakładów, bo teraz idzie
zdecydowanym krokiem do Daniela. Dostrzega kierującą się do niego dyżurną, więc
chowa portfel do kieszeni. – Zatem będzie przyjmować zakłady po szkole – mówi
szybko, zeskakując ze stolika.
Odwracam
się i ruszam do drzwi stołówki, a on idzie za mną. Gdy tylko zamykają się za
nami drzwi, powraca pomruk stołówki, ale tym razem o wiele głośniejszy. Kiedy
jesteśmy na korytarzu blisko naszych szafek, obracam się do niego.
Nie
potrafię zdecydować czy chcę go walnąć za to co zrobił czy mu się pokłonić. –
Jesteś popaprany, stary – śmieję się.
Przesuwa
rękoma po twarzy i opada na szafki z wielkim westchnieniem. – Ta. Nie chciałem,
żeby tak to poszło. Po prostu nie mogłem już znieść kolejnej sekundy tego
gówna. Nie wiem jak ty to robisz.
- Ja też
nie – mówię. Otwieram szafkę i wyciągam kluczyki od auta. – Chyba na dzisiaj mi
już wystarczy. W tej chwili naprawdę nie chcę tutaj tkwić.
Daniel
otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale przerywa mu chrząknięcie kogoś za mną.
Odwracam się, znajdując dyrektora Joinera patrzącego gniewnie na Daniela.
Odwracam się do Daniela, a on unosi niewinnie ramiona. – Więc chyba zobaczymy
się jutro. Wygląda na to, że ja i doktor Joiner mamy wspólny lunch.
- Bardziej
wspólny szlaban – mówi zza mnie stanowczo dyrektor Joiner. Daniel wywraca
oczami i rusza za dyrektorem do jego gabinetu.
Biorę
książkę, której potrzebuję, żeby zrobić pracę badawczą dla pana Mulligana i
zamykam szafkę, potem idę korytarzem do wyjścia. Zanim skręcam za rogiem,
słyszę jak ktoś wymawia imię Les i od razu się zatrzymuję. Zerkam za rogiem i
stoi tam mała grupka czterech ludzi opierających się o szafki. Jeden z facetów
trzyma komórkę i wszyscy pochylają się nad nim, oglądając filmik, który
pokazuje. Z głośnika dochodzi głos Daniela. Najwyraźniej ktoś nagrał jego
występ podczas lunchu, a to już krąży. Świetnie.
Jeszcze więcej paliwa dla plotki.
- Nie
rozumiem dlaczego Daniel zrobił z tego taką wielką sprawę – mówi koleś
trzymający telefon. – Czy on naprawdę oczekuje, że nie będziemy o tym mówić? Jeśli ktoś jest na tyle żałosny, żeby się
zabić, to oczywiście, że będziemy o tym gadać. Moim zdaniem Les powinna była spróbować
to przetrzymać zamiast wybierać łatwy…
Nie czekam
aż dokończy zdanie. Jego telefon się roztrzaskuje, gdy rzucam nim o szafkę, ale
ten dźwięk nawet nie jest bliski dźwiękowi, jaki wydaje moja pięść, gdy spotyka
się po raz pierwszy z jego szczęką. Nie wiem jednak czy ciosy zrobiły się potem
głośniejsze, bo wszystko wokół mnie jest stłumione. On leży teraz na podłodze
korytarza, a ja siedzę na nim, uderzając go na tyle mocno, że mam nadzieję, iż
już nigdy nie otworzy swojej pieprzonej gęby. Ludzie ciągną za moje barki,
bluzkę i ramiona, ale nie przestaję go bić. Ciągle pokazuję moją wściekłość i
patrzę jak moje pięści robią się coraz bardziej czerwone od krwi, która tkwi na
mojej ręce za każdym razem gdy się na niego zamachuję.
Chyba w
końcu spełnia się ich życzenie. Załamuję się.
Tracę
kontrolę.
I nie mogło
mniej mnie to obchodzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz