11.3.14

Losing Hope - rozdział czwarty

Les,
Wesołej dwutygodniowej rocznicy śmierci. Brutalne? Może, ale nie przepraszam. Muszę w poniedziałek wrócić do szkoły, a wcale mnie to nie cieszy. Daniel informuje mnie o wszystkich plotkach, pomimo że ciągle mu mówię, że gówno mnie to obchodzi. Oczywiście wszyscy uważają, że zabiłaś się przez Graysona, ale ja wiem, że to nieprawda. Udawałaś, że żyjesz długo przed tym jak spotkałaś Graysona.
Jest jeszcze taki jeden incydent, o którym ci nie powiedziałem. Ten, w którym zmusiłem Graysona, żeby z tobą zerwał? Skomplikowana historia, ale przez ten wieczór wszyscy teraz gadają, że pośrednio byłem odpowiedzialny za twoje samobójstwo. Daniel mówi, że ludzie nawet współczują Graysonowi, a dupek w tym wszystkim się pławi.
Najlepsze w tej plotce jest to, że najwyraźniej moje ogromne poczucie winy za uczestniczenie w twoim samobójstwie sprawia, że ja jestem samobójczy. A jeżeli tak wszyscy mówią, to musi być to prawda, racja?
Szczerze mówiąc za bardzo boję się zabić. Nie mów nikomu. (Nie żebyś teraz mogła, nawet gdybyś chciała.) Ale to prawda. Jestem ciotą, kiedy chodzi o fakt, że nie mam pojęcia czego oczekiwać po tym świecie. Co jeśli życie pozagrobowe jest gorsze od życia, od którego uciekasz? Samowolny skok na główkę do nieznanego wymaga poważnej odwagi. Muszę ci to przyznać, Les, jesteś o wiele odważniejsza ode mnie.
Dobra, kończę. Nie jestem przyzwyczajony do tak długiego pisania. Esemesowanie byłoby bardziej dogodne, ale ty lubisz wszystko utrudniać, prawda?
Jeżeli zobaczę w poniedziałek w szkole Graysona, wyrwę mu jaja i wyślę ci je pocztą. Jaki jest twój nowy adres?
H
***
Daniel czeka na mnie przy swoim samochodzie, kiedy wjeżdżam na parking.
- Jaka jest strategia działania? – pyta, gdy tylko otwieram drzwi.
Szukam w myślach czegokolwiek, co mogłem pominąć. Nie przypominam sobie nic szczególnego w dzisiejszym dniu, co wymagałoby strategii działania.
- Strategia działania na co? – pytam.
- Strategia działania na dzisiaj, durniu. – Kieruje pilotem w stronę jego auta i zamyka drzwi, potem rusza ze mną do szkoły. – Wiem jak bardzo nie chciałeś wracać, więc może potrzebujemy strategii działania, żeby zapobiec całej uwadze. Chcesz, żebym był smutny i przygnębiony, żeby ludzie się nas nie czepiali? Wątpię w to – odpowiada samemu sobie. – To może zachęcić ludzi do podejścia do ciebie ze słowami kondolencji, a wiem, że masz dosyć tego gówna. Jeśli chcesz mogę być nadpobudliwy i odbiorę ci całą uwagę. Choć nie chcesz tego przyznać, to przez dwa tygodnie wszyscy mówią tylko o tobie. Mam tego cholernie dosyć – mówi.
Nienawidzę tego, że ludzie nie mają lepszych tematów do rozmów, ale podoba mi się, że denerwuje to Daniela tak bardzo, jak mnie.
- Albo możemy zachowywać się normalnie i mieć nadzieję, że ludzie mają lepsze tematy do rozmów niż to co stało się z Les. Ooo! Ooo! – mówi szybko, odwracając się do mnie i idąc tyłem. – Mogę udawać wkurzenie i iść przed tobą jak ochroniarz, chociaż jesteś większy ode mnie. A jeśli ktokolwiek spróbuje do ciebie podejść, to walnę go w twarz. Proszę? Zagrasz rolę wkurzonego, rozpaczającego brata? Dla mnie? Proszę?
Śmieję się. – Myślę, że poradzimy sobie bez strategii działania.
Marszczy brwi na moją niechęć do uczestnictwa. – Nie doceniasz radości, którą zyskują inni ludzie z plotkowania i spekulowania. Bądź cicho i jeśli coś będzie trzeba dzisiaj powiedzieć, to ja to powiem. Od dwóch tygodni umieram, żeby na tych ludzi nawrzeszczeć.
Doceniam jego troskę, ale naprawdę przewiduję, że dzisiejszy dzień będzie taki jak każdy inny. Raczej sądzę, że zbyt niezręcznie będzie ludziom o tym wspomnień, kiedy będę w ich obecności. Będzie im niekomfortowo w ogóle się do mnie odzywać, a właśnie tego chcę.
Dzwonek na pierwszą lekcję jeszcze nie zadzwonił, więc wszyscy nadal stoją na zewnątrz. Po raz pierwszy wchodzę do szkoły bez Les przy moim boku. Tylko myśl o niej zabiera mnie z powrotem do momentu, gdy wszedłem do jej sypialni i ją znalazłem. Nie chcę ponownie przeżywać tej chwili. Nie teraz. Wyciągam komórkę z kieszeni i udaję, że jestem nią zainteresowany, żeby tylko nie myśleć o tym, że Daniel może mieć rację. Wszyscy wokół nas są zbyt cicho i mam cholerną nadzieję, że szybko to wróci do normy.
Nie mam lekcji razem z Danielem do trzeciej godziny, więc kiedy wchodzimy do budynku macha do mnie i kieruje się w przeciwnym kierunku. Otwieram drzwi do klasy wychowawczej i niemal od razu nagła cisza omiata klasę. Każda para oczu wpatruje się we mnie, w milczeniu patrząc jak podchodzę do mojej ławki.
Trzymam komórkę i wciąż udaję, że jestem nią pochłonięty, ale jestem dobitnie świadomy każdej osoby w moim otoczeniu. Ale to powstrzymuje mnie od nawiązywania kontaktu wzrokowego. Jeżeli nie będę patrzeć im w oczy, to mniej będą chętni do podejścia do mnie. Zastanawiam się czy wyobrażam sobie tylko różnicę w sposobie, jakim dzisiaj zachowują się ludzie, a czasie zanim Les się zabiła. Może to tylko ja. Jednak nie chcę myśleć, że to tylko ja. Jeżeli o to chodzi, to jak długo to będzie trwało? Jak długo będę musiał przechodzić przez każdą sekundę dnia myśląc o jej śmierci oraz o tym jak wpływa to na każdy aspekt mojego życia?
Porównuję utratę Les do utraty Hope tak wiele lat temu. Wtedy wydawało się, że wszystko co działo się wiele miesięcy po zabraniu Hope jakoś prowadziło do myśli o niej. Budziłem się rano i zastanawiałem się gdzie ona się budziła. Myłem zęby i zastanawiałem się czy ktoś, kto ją zabrał pomyślał, żeby kupić jej nową szczoteczkę do zębów, skoro nie mogła nic ze sobą zabrać. Jadłem śniadanie i zastanawiałem się czy ktoś, kto ją zabrał wiedział, że Hope nie lubiła pomarańczowego soku i czy dawał jej białe mleko, bo takie było jej ulubione. Chodziłem nocą do łóżka i patrzyłem przez okno sypialni, które wychodziło na jej okno, zastanawiając się czy w ogóle miała okno sypialniane tam gdzie była.
Staram się sobie przypomnieć, kiedy te myśli nareszcie się zatrzymały, ale nie jestem taki pewien, że tak się stało. Nadal myślę o niej więcej niż powinienem. Minęło już wiele lat, ale za każdym razem gdy patrzę w niebo to myślę o niej. Za każdym razem, gdy ktoś nazywa mnie Deanem a nie Holderem, to myślę o niej i o tym jak śmiałem się ze sposobu w jakim wymawiała moje imię, kiedy byliśmy dziećmi. Za każdym razem, gdy widzę bransoletkę u dziewczyny myślę o bransoletce, którą Les jej dała kilka minut przed tym jak została nam zabrana.
Tak wiele rzeczy mi ją przypomina i nienawidzę świadomości, że będzie jeszcze gorzej, kiedy Les także nie ma. Każda rzecz o jakiej myślę, widzę, robię czy mówię przypomina mi Les. Potem za każdym razem, gdy przypomina mi się Les, to prowadzi myśli do Hope. Potem za każdym razem, gdy myślę o Hope, przypominam sobie, jak je zawiodłem. Zawiodłem je obie. Jest tak jakby w dzień, kiedy dałem im przezwisko, tym samym dawałem przezwisko sobie. Bo teraz zdecydowanie czułem się pieprzenie beznadziejny.
***
Jakoś udało mi się przejść przez dwie lekcje i nikt się do mnie nie odezwał. Nie żeby o tym nie dyskutowali. Tak jakby myśleli, że mnie tu nawet nie ma, patrząc na to jak szepczą, gapią się i spekulują o tym, co dzieje się w mojej głowie.
Zajmuję miejsce obok Daniela, kiedy docieram do klasy pana Mulligana. Daniel pyta tylko spojrzeniem jak się trzymam. Przez ostatnich parę lat utworzyliśmy między sobą jakąś niewerbalną komunikację. Wzruszam ramionami, informując go, że jakoś leci. Oczywiście, że jest do bani i wolałbym tutaj nie być, ale co mogę zrobić? Przeboleć to. Właśnie to.
- Słyszałam, że Holder z nikim nie rozmawia – szepcze przede mną dziewczyna do koleżanki siedzącej przed nią. – Wcale. Odkąd ją znalazł.
Po głośności w jakiej mówi oczywiste jest, że nie ma pojęcia, iż za nią siedzę. Daniel unosi głowę, żeby na nie spojrzeć i dostrzegam obrzydzenie na jego twarzy, wiedząc, że słyszę ich rozmowę.
- Może ślubuje milczenie – spekuluje druga dziewczyna.
- Ta, może. Nie zaszkodziłoby Lesslie ślubować milczenie od czasu do czasu. Jej śmiech był tak cholernie irytujący.
Od razu widzę czerwień. Zaciskam pięści i po raz pierwszy w życiu chciałbym, żeby facet mógł uderzyć dziewczynę. Nie wściekam się za to, że gadają o niej za jej plecami, tego się spodziewałem. Nie wściekam się nawet za to, że gadają o niej, gdy jest martwa. Wściekam się, ponieważ jedyną rzeczą jaką najbardziej kochałem w Les był jej śmiech. Jeżeli zamierzają o niej coś mówić, to niech lepiej nie wspominają znowu o jej pieprzonym śmiechu.
Daniel chwyta brzeg swojej ławki i unosi nogę, kopiąc w ławkę tej dziewczyny najmocniej jak potrafi, przesuwając ją o dobre trzydzieści centymetrów po podłodze. Ona piszczy i natychmiast odwraca się do niego twarzą.
- Co jest z tobą do diabła nie tak, Daniel?
- Co jest nie tak ze mną? – pyta, podnosząc głos. Pochyla się do przodu i piorunuje ją wzrokiem. – Powiem ci co jest ze mną nie tak. Jestem wkurzony, że jesteś dziewczyną, bo gdybyś miała kutasa, to walnąłbym cię w te obraźliwe, grube usta.
Otwiera szeroko usta i wyraźnie jest skonsternowana dlaczego ją zaatakował. Jednak jej zdezorientowanie od razu znika, gdy orientuje się, że za nią siedzę. Jej oczy się rozszerzają i uśmiecham się do niej, unosząc rękę w mało entuzjastycznym pomachaniu.
Ale nic nie mówię. Nie czuję potrzeby, żeby dodawać cokolwiek do tego, co powiedział Daniel i najwyraźniej ślubuję milczenie, więc trzymam usta na kłódkę. Poza tym Daniel powiedział, że od dwóch tygodni nie mógł się doczekać, żeby nawrzeszczeć na tych ludzi. Dzisiaj może być jego jedyna szansa, więc pozwalam mu robić co chce. Dziewczyna od razu się odwraca do przodu, nawet nie oferując małych przeprosin.
Drzwi klasy się otwierają i do środka wchodzi pan Mulligan, przerywając napięcie i naturalnie zastępując je własnym. Robiliśmy z Les wszystko co mogliśmy, żeby nie mieć go w tym roku, ale nie mieliśmy wielkiego szczęścia. Cóż, a przynajmniej nie ja. Les nie musi się już martwić przesiadywaniem przez jego nużące, całogodzinne wykłady.
- Dean Holder – odzywa się jak tylko dochodzi do swojego biurka. – Wciąż czekam na twoją pracę badawczą, której termin przypadał w zeszłym tygodniu. Mam nadzieję, że masz ją ze sobą, bo dzisiaj prezentujemy.
Cholera. Nawet nie pomyślałem o tym, co miałem zadane przez dwa ostatnie tygodnie.
- Nie, nie mam jej ze sobą.
Podnosi wzrok z czegoś na co patrzył na swoim biurku i przygląda mi się. – Więc zostań po lekcji.
Potakuję i może lekko wywracam oczami. Wywracanie oczami jest nieuniknione w jego klasie. Jest dupkiem, który cieszy się kontrolą, którą myśli, że ma nad klasą. Wyraźne jest, że był nękany jako dziecko i każdy, kto nie nosi teczki na dokumenty jest odbiorcą jego obłędnej zemsty.
Ignoruję prezentacje przez resztę lekcji i próbuję zrobić listę zadań, które mogę mieć zadane. To Les była tą zorganizowaną z naszej dwójki. Zawsze informowała mnie, co było zadane, kiedy było zadane i na jaką lekcję było to zadane.
Dzwonek nareszcie dzwoni po czasie, który wydaje się godzinami. Siedzę w miejscu, dopóki klasa się nie opróżnia, żeby pan Mulligan mógł wyćwiczyć swój odwet na mnie. Kiedy klasa jest zajęta tylko przez naszą dwójkę, podchodzi do przodu swojego biurka i opiera się o nie, zakładając ramiona na torsie.
- Wiem, że twoja rodzina przeszła przez mękę i współczuję straty. – No to zaczynamy. – Mam tylko nadzieję, iż rozumiesz, że takie niefortunne rzeczy będą zdarzać się w twoim życiu, ale to nie daje ci usprawiedliwienia abyś nie robił tego, co jest od ciebie oczekiwane.
Jezu Chryste. To pieprzona praca badawcza. Przecież nie odnawiam Konstytucji. Wiem, że powinienem potaknąć i się z nim zgodzić, ale wybrał zły dzień na udawanie kaznodzieja.
- Panie Mulligan, Les była jedynym rodzeństwem jakie miałem, więc właściwie nie przewiduję, że to znowu się wydarzy. Choć wydaje się, że zdarza się to w kółko, tylko raz mogła się zabić.
Sposób w jakim marszczą się jego brwi, a usta mocno zaciskają wskazuje, że wcale nie uważa mnie za zabawnego. Dobrze, bo nie próbowałem być zabawny.
- Niektóre sytuacje powinny zostać zakazane dla twojego sarkazmu – odpowiada beznamiętnie. – Miałem nadzieję, że będziesz miał dla swojej siostry trochę więcej szacunku.
Choć nienawidzę dzisiaj tego, że nie mogę uderzyć dziewczyny, to jeszcze bardziej nienawidzę faktu, że nie mogę uderzyć nauczyciela. Natychmiast wstaję i podchodzę do niego szybko, zatrzymując się parę centymetrów przed nim, pięści zaciskając po bokach. Moja bliskość powoduje, że jego ciało sztywnieje i mimo wszystko czuję małe zadowolenie, że go przestraszyłem. Patrzę mu prosto w oczy, zaciskam zęby i zniżam głos.
- Gówno mnie obchodzi czy jesteś nauczycielem, uczniem czy przeklętym kaznodzieją. Nigdy więcej nie wspominaj o mojej siostrze. – Wpatruję się w niego przez parę sekund, wrząc w środku, czekając na jego reakcję. Gdy nie udaje mu się nic powiedzieć, obracam się i biorę mój plecak. – Dostanie pan jutro swoją pracę – mówię, opuszczając klasę.
***
Byłem przekonany, że brakowało mi paru minut do zostania wydalonym. Jednakże pan Mulligan najwyraźniej wybrał nie donosić o naszym małym zajściu, bo nic nie zostało powiedziane ani zrobione, a teraz była przerwa na lunch.
Idąc dalej.
- Holder – odzywa się ktoś za mną na korytarzu. Odwracam się, znajdując doganiającą mnie Amy.
- Cześć, Amy. – Chciałbym, żeby jej obecność dała mi najmniejszy komfort, ale tak się nie dzieje. Widzenie jej przypomina mi tylko dwa tygodnie temu, potem to przypomina mi zdjęcia, po które przyszła do mojego domu, to przypomina mi o Les, a to przypomina mi o Hope. Potem oczywiście ogarnia mnie poczucie winy.
- Jak się masz? – pyta niepewnie. – Nie słyszałam od ciebie odkąd… - Jej głos milknie, więc odpowiadam szybko, nie chcąc, żeby czuła, że musi zagłębiać się w szczegóły.
- Wszystko w porządku – odpowiadam, czując poczucie winy, widząc jej rozczarowanie, że do niej nie zadzwoniłem. Myślałem, że mówiła wyraźnie o tym co się między nami wydarzyło. Tak przynajmniej miałem nadzieję. - Czy ty, um… - Spuszczam wzrok na podłogę i wzdycham, nie wiedząc jak poruszyć ten temat bez brzmienia jak dupek. Przestępuję z nogi na nogę, podnosząc na nią spojrzenie. – Czy chciałaś, żebym do ciebie zadzwonił? Bo myślałem, że to co się stało…
- Nie – mówi prędko. – Nie. Dobrze myślałeś. Ja po prostu… sama nie wiem. – Wzrusza ramionami i wygląda jakby już żałowała tej rozmowy. – Holder, chciałam się tylko upewnić czy u ciebie wszystko okej. Słyszałam plotki i skłamałabym gdybym powiedziała, że mnie nie zmartwiły. Czułam się jakbym wtedy w twoim domu skupiała całą uwagę na sobie i nigdy nawet nie pomyślałam, żeby zapytać jak się trzymasz.
Wygląda na winną za wspominanie w ogóle o plotkach, ale nie powinna tak się czuć. Jest jedyną osobą, która wysila się, żeby sprawdzić czy plotki nie są prawdziwe. – Nic mi nie jest – zapewniam ją. – Plotki są plotkami, Amy.
Uśmiecha się, ale nie wydaje się wierzyć we słowa wychodzące z moich ust. Jeszcze brakowało mi tego, żeby się o mnie martwiła. Obejmuję ją i szepczę do jej ucha. – Przyrzekam, Amy. Nie musisz się o mnie martwić, dobra?
Kiwa głową i odsuwa się ode mnie, rozglądając się nerwowo po korytarzu. – Thomas – szepcze, usprawiedliwiając to, że się ode mnie odsunęła. Uśmiecham się do niej krzepiąco.
- Thomas – mówię, potakując. – Zgaduję, że nie jest w domu i nie pomaga tacie z pracami ogrodowymi?
Zaciska wargi i kręci głową. – Trzymaj się, Holder – mówi, odchodząc.
Wkładam swoje rzeczy do szafki, potem kieruje się do stołówki. Wchodzę kilka minut po tym jak stołówka wypełniła się ludźmi i początkowo jest tak jak w każdy inny dzień na lunchu. Ale kiedy ludzie zaczynają mnie dostrzegać, gdy kieruję się do stolika, gdzie siedzi Daniel, głosy się ściszają o całą oktawę i oczy nie potrafią trzymać się własnych spraw.
Ilość dramatu, jakiej dzisiaj byłem świadkiem jest komiczna, naprawdę. Każda osoba obok której przechodzę, nawet ludzie, z którymi kolegowałem się od lat, wszyscy wydają się myśleć, że jeśli nie będą obserwować każdego mojego ruchu to mogą przegapić chwilę, w której całkowicie się załamię. Żal mi ich rozczarowywać, ale dzisiaj całkiem dobrze nad wszystkim panuję. Nikt się nie załamie, więc równie dobrze mogą powrócić do swojej rutyny.
Kiedy docieram nareszcie do stolika cały dźwięk w stołówce zmienił się w cichy szmer. Wszystkie oczy są na mnie i naprawdę chciałbym móc wszystkim kazać się odpieprzyć. Ale to oznaczałoby danie im dokładnie tego, czego chcieli, więc nie otwieram ust.
Jednak nie mówię Danielowi, że on nie może powiedzieć tego, czego chce. Patrzę mu prosto w oczy, jak podchodzę do stolika i mamy jedną z naszych szybkich, niewerbalnych rozmów. Niewerbalną rozmowę, w której daję mu wolną rękę na uwolnienie tłumionej frustracji, jaką wciąż może mieć.
Uśmiecha się psotnie i głośno uderza dłońmi o stół. – Jasna pieprzona cholera! – krzyczy, wspinając się na swoje krzesło. Wskazuje na mnie dziko ręką. – Spójrzcie, wszyscy! To Dean Holder! – Zdołał wejść na stolik, odwracając ode mnie całą uwagę.
- Dlaczego wszyscy gapicie się na mnie? – woła, pokazując na mnie wielkimi, przesadnymi gestami. – Mamy tutaj tego Deana Holdera! We własnej osobie! – Gdy tylko parę osób odrywa ode niego wzrok, żeby spojrzeć na mnie, wyrzuca ręce w powietrze, jakby był nimi rozczarowany. – No dalej, ludzie! Czekaliśmy na tę chwilę dwa tygodnie! Teraz kiedy w końcu tutaj jest, wszyscy zdecydowaliście się zamknąć? O co chodzi? – Patrzy na mnie z góry i marszczy czoło, opuszczając ramiona w porażce. – Przykro mi, Holder. Myślałem, że dzisiejszy dzień będzie dla ciebie bardziej interesujący. Miałem nadzieję na mały wywiad, żeby oczyścić atmosferę, ale nie zdawałem sobie sprawy, że każda osoba w tej szkole jest tchórzliwym przygłupem. – Zaczyna schodzić ze stolika, ale potem podnosi w górę ramię i unosi palec. – Chwila! – mówi, odwracając się do całego tłumu. – Właściwie to bardzo dobry pomysł!
Rozglądam się i oczekuję, że jeden z dyżurnych stołówki będzie już szedł do niego, żeby powstrzymać te widowisko, ale jedyny dyżurny obserwuje go jak każdy inny, czekając na to, co planuje.
Daniel zeskakuje z naszego stolika na drugi, depcząc przy tym parę tacek. Rozlewa po stole mleko czekoladowe i niemal się ślizga, ale podpiera się ręką o czubek głowy jakiegoś faceta i wyprostowuje się. Całe te widowisko jest całkiem zabawne, więc siadam przy naszym stoliku i przyglądam mu się jakbym nie był nawet powodem jego wybuchu.
Patrzy na dziewczynę siedzącą przy stoliku pod jego stopami i wyciąga ramię, celując w nią palcem. – A co z tobą, Natalie? Gdy mamy już tutaj Deana Holdera na żywo, może chciałabyś go zapytać czy prawidłowa jest twoja teoria o tym dlaczego Les się zabiła?
Twarz Natalie czerwienieje i podnosi się z miejsca. – Jesteś dupkiem, Daniel! – Bierze swoją tacę i odchodzi od stolika. Daniel wciąż stoi na stoliku, ale jego wyciągnięty palec podąża za nią po stołówce.
- Poczekaj, Natalie! Co jeśli Lesslie naprawdę zabiła się przez to, że Grayson rzucił ją w tym samym tygodniu, co zabrał jej dziewictwo? Nie chcesz wiedzieć czy masz rację? Nie chcesz wiedzieć co wygrałaś?
Natalie wychodzi ze stołówki, więc jego uwaga natychmiast kieruje się na Thomasa, który siedzi przy Amy kilka stolików dalej. Ona trzyma rękę na ustach i patrzy z szokiem na Daniela jak reszta stołówki. Wskazuje na Thomasa, potem przeskakuje trzy stoliki, żeby do niego dotrzeć. – Thomas! – krzyczy Daniel. – A ty? Chciałbyś uczestniczyć w wywiadzie? Słyszałem na pierwszej lekcji twoją teorię i to było coś wielkiego.
Thomas wstaje i zabiera swoją tacę tak jak zrobiła to Natalie. – Daniel, zachowujesz się jak palant. – Wskazuje głową na mnie. – On tego teraz nie potrzebuje.
Nic nie mówię, ale mam nadzieję, że Thomas odejdzie nietknięty. Nie wiem jaką zaczął plotkę, ale i tak. Jestem pewien, że to co zrobiłem z Amy było wystarczającym odwetem, chociaż prawdopodobnie nigdy się o tym nie dowie.
- Och? – Daniel podnosi rękę do ust w sztucznym wstrząsie. Spogląda na mnie. – Holder? Nie potrzebujesz tego teraz? Czy ty, sam nie wiem, jesteś w żałobie czy coś? Powinniśmy to uszanować?
Staram się nie uśmiechać, ale Daniel wykonuje dobrą cholerną robotę odwracając ten gówniany dzień do góry nogami. Przechodzi z jednego stolika na drugi, wracając do naszego.
- Czy nie chcesz uczestniczyć w wywiadzie, Holder? Sądziłem, że może chciałbyś wszystko wyjaśnić. – Obraca się wokoło i raz jeszcze zwraca się do stołówki, nie czekając na moją odpowiedź. Paru uczniów zaczęło zabierać swoje tace i opuszczać stołówkę, bojąc się, że to oni zostaną wywołani następni. – Gdzie wszyscy idą? Żadnemu z was nie przeszkadza rozmawianie o tym w innej chwili. Czemu nie teraz, kiedy możemy dostać szczere odpowiedzi? Być może Holder może nam powiedzieć dlaczego tak naprawdę Les to zrobiła. Albo nawet lepiej, jak to zrobiła. Może nawet dowiemy się prawdy o spekulacji, że on też jest samobójczy! – Daniel patrzy na mnie znowu i kładzie ręce na biodrach. – Holder? Czy plotki są prawdziwe? Czy na serio masz ustaloną datę na to, kiedy planujesz się zabić?
Teraz wszystkie spojrzenia zdecydowanie są na mnie. Zanim mogę odpowiedzieć, a nie żebym zamierzał, Daniel podnosi ramiona, kierując wnętrza dłoni w moją stronę. – Czekaj! Nie odpowiadaj na to, Holder. – Odwraca się, żeby ponownie zwrócić się do szybko malejącego tłumu. – Myślę, że powinniśmy to obstawiać! Niech ktoś znajdzie mi długopis i kartkę! Stawiam na przyszły czwartek – mówi, wyciągając z kieszeni portfel.
Najwyraźniej dyżurna stołówki nie posuwa się do nielegalnych zakładów, bo teraz idzie zdecydowanym krokiem do Daniela. Dostrzega kierującą się do niego dyżurną, więc chowa portfel do kieszeni. – Zatem będzie przyjmować zakłady po szkole – mówi szybko, zeskakując ze stolika.
Odwracam się i ruszam do drzwi stołówki, a on idzie za mną. Gdy tylko zamykają się za nami drzwi, powraca pomruk stołówki, ale tym razem o wiele głośniejszy. Kiedy jesteśmy na korytarzu blisko naszych szafek, obracam się do niego.
Nie potrafię zdecydować czy chcę go walnąć za to co zrobił czy mu się pokłonić. – Jesteś popaprany, stary – śmieję się.
Przesuwa rękoma po twarzy i opada na szafki z wielkim westchnieniem. – Ta. Nie chciałem, żeby tak to poszło. Po prostu nie mogłem już znieść kolejnej sekundy tego gówna. Nie wiem jak ty to robisz.
- Ja też nie – mówię. Otwieram szafkę i wyciągam kluczyki od auta. – Chyba na dzisiaj mi już wystarczy. W tej chwili naprawdę nie chcę tutaj tkwić.
Daniel otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale przerywa mu chrząknięcie kogoś za mną. Odwracam się, znajdując dyrektora Joinera patrzącego gniewnie na Daniela. Odwracam się do Daniela, a on unosi niewinnie ramiona. – Więc chyba zobaczymy się jutro. Wygląda na to, że ja i doktor Joiner mamy wspólny lunch.
- Bardziej wspólny szlaban – mówi zza mnie stanowczo dyrektor Joiner. Daniel wywraca oczami i rusza za dyrektorem do jego gabinetu.
Biorę książkę, której potrzebuję, żeby zrobić pracę badawczą dla pana Mulligana i zamykam szafkę, potem idę korytarzem do wyjścia. Zanim skręcam za rogiem, słyszę jak ktoś wymawia imię Les i od razu się zatrzymuję. Zerkam za rogiem i stoi tam mała grupka czterech ludzi opierających się o szafki. Jeden z facetów trzyma komórkę i wszyscy pochylają się nad nim, oglądając filmik, który pokazuje. Z głośnika dochodzi głos Daniela. Najwyraźniej ktoś nagrał jego występ podczas lunchu, a to już krąży. Świetnie. Jeszcze więcej paliwa dla plotki.
- Nie rozumiem dlaczego Daniel zrobił z tego taką wielką sprawę – mówi koleś trzymający telefon. – Czy on naprawdę oczekuje, że nie będziemy o tym mówić? Jeśli ktoś jest na tyle żałosny, żeby się zabić, to oczywiście, że będziemy o tym gadać. Moim zdaniem Les powinna była spróbować to przetrzymać zamiast wybierać łatwy…
Nie czekam aż dokończy zdanie. Jego telefon się roztrzaskuje, gdy rzucam nim o szafkę, ale ten dźwięk nawet nie jest bliski dźwiękowi, jaki wydaje moja pięść, gdy spotyka się po raz pierwszy z jego szczęką. Nie wiem jednak czy ciosy zrobiły się potem głośniejsze, bo wszystko wokół mnie jest stłumione. On leży teraz na podłodze korytarza, a ja siedzę na nim, uderzając go na tyle mocno, że mam nadzieję, iż już nigdy nie otworzy swojej pieprzonej gęby. Ludzie ciągną za moje barki, bluzkę i ramiona, ale nie przestaję go bić. Ciągle pokazuję moją wściekłość i patrzę jak moje pięści robią się coraz bardziej czerwone od krwi, która tkwi na mojej ręce za każdym razem gdy się na niego zamachuję.
Chyba w końcu spełnia się ich życzenie. Załamuję się.
Tracę kontrolę.

I nie mogło mniej mnie to obchodzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz