8.3.14

22

Sobota, 29 wrzesień, 2012
10:25
Stoję przy oknie, niecierpliwie czekając, kiedy Holder nareszcie wjeżdża na mój podjazd. Wychodzę drzwiami wejściowymi i zamykam je za sobą, po czym odwracam się do auta i zamieram. Nie jest sam. Drzwi od strony pasażera otwierają się i wysiada facet. Gdy się obraca, jestem pewna, że wyraz mojej twarzy waha się pomiędzy OMG i WTF. Uczę się.
Breckin przytrzymuje drzwi pasażerskie z szerokim uśmiechem na twarzy. – Mam nadzieję, że nie będzie ci dziś przeszkadzać przyzwoitka. Mój drugi najlepszy przyjaciel w całym szerokim świecie mnie zaprosił.
Dochodzę do drzwi pasażerskich, diabelnie skonsternowana. Breckin czeka aż wsiądę, potem otwiera tylne drzwi i sam wsiada. Pochylam się do przodu, przekrzywiając głowę w stronę Holdera, który śmieje się, jakby właśnie wyjawił puentę naprawdę zabawnego żartu. Żartu, do którego nie jestem wtajemniczona.
- Czy któryś z was chciałby wytłumaczyć, co się do diabła dzieje? – pytam.
Holder chwyta moją dłoń i unosi ją do ust, całując knykcie. – Pozwolę Breckinowi wyjaśnić. On i tak gada szybciej.
Obracam się w miejscu, gdy Holder wycofuje z podjazdu. Unoszę brew na Breckina.
On posyła mi spojrzenie szczerego poczucia winy. – Tak jakby brałem udział w podwójnym przymierzu od dwóch tygodni – mówi z zakłopotaniem.
Potrząsam głową, próbując zrozumieć to wyznanie. Biegam wzrokiem od jednego do drugiego. – Dwóch tygodni? Gadaliście od dwóch tygodni? Beze mnie? Czemu mi nie powiedziałeś?
- Zostałem zobowiązany do całkowitej dyskrecji – mówi Breckin.
- Ale…                                                                                     
- Odwróć się i zapnij pas – mówi do mnie Holder.
Piorunuję go wzrokiem. – Za minutę. Staram się dowiedzieć czemu pogodziłeś się z Breckinem dwa tygodnie temu, ale dopiero dzisiaj pogodziłeś się ze mną.
Spogląda na mnie, po czym odwraca wzrok na drogę. – Breckin zasługiwał na przeprosiny. Tamtego dnia zachowałem się jak dupek.
- A ja nie zasłużyłam?
Tym razem posłał mi długie spojrzenie. – Nie – mówi stanowczo, patrząc na drogę. – Ty nie zasługujesz na słowa, Sky. Zasługujesz na czyny.
Wpatruję się w niego, zastanawiając się jak długo nie spał w nocy, tworząc te idealne zdanie. Zerka na mnie i puszcza moją dłoń, po czym łaskocze moje udo. – Przestań być taka poważna. Twój chłopak i najlepszy przyjaciel w całym szerokim świecie zabierają cię na pchli targ.
Śmieję się, odpychając jego rękę. – Jak mogę być radosna, kiedy moje przymierze zostało zinfiltrowane? Wasza dwójka ma diabelnie wielką ilość całusów do nadrobienia.
Breckin opiera brodę na moim wezgłowiu, patrząc na mnie z góry. – Sądzę, że to ja najbardziej wycierpiałem w tej gehennie. Twój chłopak zrujnował moje dwa ostatnie piątkowe wieczory z rzędu, jęcząc jak to on bardzo cię pragnie, ale nie chce cię zawieść, bla, bla, bla. Ciężko było nie skarżyć ci się na niego codziennie na lunchu.
Holder odwraca głowę do Breckina. – Teraz wy dwoje możecie na mnie narzekać, ile tylko chcecie. Życie jest znowu takie, jakie być powinno. – Splata palce z moimi i ściska moją dłoń. Skóra mnie mrowi i nie jestem pewna czy to z powodu jego dotyku, czy słów.
- Dalej myślę, że dziś zasługuję na pocałunki – mówię do nich. – Chcę, żebyście kupili mi, cokolwiek zechcę na pchlim targu. Nie obchodzi mnie ile będzie to kosztowało czy jak wielkie i ciężkie to jest.
- O tak – mówi Breckin.
Jęczę. – O Boże, Holder już się na tobie odbija.
Breckin śmieje się, sięgając przez siedzenie, żeby złapać moje ręce i ciągnie mnie do siebie. – Musi, bo teraz naprawdę chcę się z tobą poprzytulać na tylnym siedzeniu – mówi Breckin.
- Nie za bardzo się na tobie odbijam, jeżeli myślisz, że ja bym tylko przytulał się z nią na tylnym siedzeniu – mówi Holder. Klepie mnie w tyłek tuż przed tym jak opadam na tył z Breckinem.

- Nie możesz być poważna – mówi Holder, trzymając solniczkę, którą właśnie mu podałam. Chodziliśmy po pchlim targu od ponad godziny, a ja trzymam się swojego planu. Kupują mi, cokolwiek do diabła chcę. Mam do pokonania zdradę i żebym poczuła się lepiej, trzeba wykorzystać wiele przypadkowych zakupów.
Patrzę na figurkę w jego rękach, kiwając głową. – Masz rację. Powinnam wziąć pasujący zestaw. – Podnoszę pieprzniczkę i podaję mu. Nie jest to coś, co kiedykolwiek bym chciała. Nie jestem pewna w jaki sposób ktokolwiek chciałby to. Kto robi ceramiczne solniczki i pieprzniczki zrobione z jelita cienkiego i grubego?
- Stawiam na to, że należą do lekarza – mówi Breckin, podziwiając je ze mną. Sięgam do kieszeni Holdera i wyciągam jego portfel, odwracając się do mężczyzny za stolikiem. – Ile?
Wzrusza ramionami. – Nie wiem – mówi bez entuzjazmu. – Dolar za jedno?
- A może dolar za oba? – pytam. Bierze ode mnie dolara i nas odsyła.
- Co za okazja – mówi Holder, kręcąc głową. – Niech lepiej będą one na twoim kuchennym stole, kiedy do ciebie przyjdę.
- Fuj, nie – mówię. – Kto by chciał patrzeć na jelita, jedząc?
Przeglądamy jeszcze parę pawilonów, aż docieramy do pawilonu Karen i Jacka. Gdy podchodzimy do ich budki, Karen ma opóźniony refleks, przyglądając się Breckinowi i Holderowi.
- Hej – mówię, wyciągając ręce. – Niespodzianka!
Jack poskakuje i okrąża budkę, ściskając mnie. Karen idzie za nim, przez cały czas patrząc na mnie z rezerwą.
- Spokojnie – mówię, widząc, jak z niepokojem patrzy na Holdera i Breckina. – Żaden z nich nie zapładnia mnie w ten weekend.
Śmieje się i wreszcie mnie obejmuje. – Wszystkiego najlepszego. – Odrywa się, a jej macierzyńskie instynkty pojawiają się o piętnaście sekund za późno. – Chwila. Czemu tutaj jesteś? Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Czy w domu wszystko okej?
- Tak. Nic mi nie jest. Po prostu nudziło mi się, więc poprosiłam Holdera, żeby przyjechał tutaj ze mną na zakupy.
Holder jest za mną, przedstawiając się Jackowi. Breckin mija mnie i przytula Karen. – Jestem Breckin – mówi. – Jestem z pani córką w przymierzu przejęcia szkolnego systemu i wszystkich jego sługusów.
- Był – wyjaśniam, piorunując wzrokiem Breckina. – On był ze mną w przymierzu.
- Już cię lubię – mówi Karen, uśmiechając się do Breckina. Patrzy na Holdera i ściska jego dłoń. – Holder – mówi uprzejmie. – Jak się masz?
- Dobrze – mówi, jego odpowiedź jest powściągliwa. Patrzę na niego, a on wygląda na niezwykle zakłopotanego. Nie wiem czy to przez solniczkę i pieprzniczkę, które trzyma czy fakt, że tym razem widzenie Karen ma inny efekt, kiedy umawia się z jej córką. Próbuję zmienić nastrój, pytając Karen czy ma worek, którego moglibyśmy użyć na nasze rzeczy. Ona sięga pod stolik i podaje go Holderowi. On wsadza je do środka, a ona spogląda do worka i patrzy na mnie niepewnie.
- Nie pytaj – mówię. Biorę od niej worek i otwieram go, żeby Breckin wsadził tam drugi zakup. To małe, oprawione drewnem zdjęcie słowa „odwilż” zapisanego czarnym atramentem na białej kartce. Kosztowało dwadzieścia pięć centów i nie miało absolutnie żadnego sensu, więc oczywiście musiałam to mieć.
Kilka klientów podchodzi do stolika, więc Jack i Karen okrążają budkę i zaczynają ich obsługiwać. Odwracam się, a Holder przygląda im się twardym spojrzeniem. Nie widziałam go z taką miną od tamtego dnia na stołówce. Lekko wytrąca mnie to z równowagi, więc podchodzę do niego i obejmuję go ramieniem, rozpaczliwie chcąc, żeby ta mina zniknęła.
- Hej – mówię, skupiając na sobie jego uwagę. – Wszystko w porządku?
Potakuje i całuje mnie w czoło. – Nic mi nie jest – mówi. Obejmuje mnie ramieniem w pasie i uśmiecha się do mnie krzepiąco. – Obiecałaś mi chruściki – mówi, gładząc dłonią mój policzek.
Kiwam głową, czując ulgę, że nic mu nie jest. Nie chcę, żeby Holder miał teraz jeden ze swoich intensywnych momentów, tuż przed Karen. Nie wiem czy zrozumiałaby jego namiętne podejście do życia, tak jak ja zaczynam.
- Chruściki? – pyta Breckin. – Powiedziałeś chruściki?
Obracam się, a klient Karen zniknął. Ona stoi nieruchomo za stolikiem, patrząc na ramię oplatające moją talię. Wygląda blado.
Co jest dzisiaj ze wszystkimi i ich dziwnymi spojrzeniami?
- Wszystko okej? – pytam ją. To nie tak, że nigdy wcześniej nie widziała mnie z chłopakiem. Matt praktycznie mieszkał w naszym domu przez cały miesiąc, kiedy z nim chodziłam.
Podnosi na mnie wzrok, potem krótko zerka na Holdera. – Po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że ze sobą chodzicie.
- Taa. Jeśli o to chodzi – mówię. – Powiedziałabym ci, ale tak jakby dopiero co zaczęliśmy się umawiać jakieś cztery godziny temu.
- Och – mówi. – Cóż… wyglądacie razem uroczo. Mogę z tobą porozmawiać? – Wskazuje za siebie, pokazując, że chce prywatności. Odrywam się od Holdera i idę za nią tam, gdzie można bezpiecznie gadać. Ona obraca się, potrząsając głową.
- Nie wiem, co o tym myśleć – mówi cichym szeptem.
- O czym? Mam osiemnaście lat i mam chłopaka. Wielka sprawa.
Wzdycha. – Wiem, po prostu… co będzie się działo dzisiejszego wieczoru? Kiedy mnie tam nie będzie? Skąd mam wiedzieć, czy nie będzie tam całą noc?
Wzruszam ramionami. – Nie będziesz wiedzieć. Musisz mi jedynie zaufać – mówię, od razu czując poczucie winy za kłamstwo. Gdyby wiedziała, że on już spędził ze mną ostatnią noc, myślę że można by powiedzieć, że Holder już nie byłby moim oddychającym chłopakiem.
- To po prostu dziwne, Sky. Nigdy tak naprawdę nie rozmawiałyśmy o zasadach dotyczących chłopaków, kiedy nie ma mnie w domu. – Wygląda na bardzo podenerwowaną, więc robię co w mojej mocy, aby ją uspokoić.
- Mamo? Zaufaj mi. Dosłownie dopiero co zgodziliśmy się na umawianie parę godzin temu. Nie ma mowy, że pomiędzy nami dojdzie do czegokolwiek, czego tak się obawiasz. Pójdzie sobie przed północą, obiecuję.
Potakuje nieprzekonywująco. – Po prostu… sama nie wiem. Widzenie was teraz, obejmujących się? To, jak oboje na siebie reagujecie? Tak nie patrzą na siebie nowe pary, Sky. To mnie zdenerwowało, bo myślałam, że może spotykałaś się z nim od jakiegoś czasu, ale ukrywałaś to przede mną. Chcę, żebyś była w stanie rozmawiać ze mną o wszystkim.
Łapię jej rękę i ją ściskam. – Wiem, mamo. I uwierz mi, gdybyśmy dzisiaj razem tutaj nie przyjechali, jutro wszystko bym ci o nim opowiedziała. Prawdopodobnie nadawałabym ci całą noc. Nic przed tobą nie ukrywam, okej?
Uśmiecha się i mnie przytula. – Wciąż oczekuję, że jutro będziesz mi o nim nadawać całą noc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz