8.3.14

18

Piątek, 28 września, 2012
12:05
Minęły już cztery tygodnie. Już ani raz nie pojawił się, żeby ze mną biegać i nigdy nie przeprosił. Nie siedzi już obok mnie w klasie ani w bufecie. Nie wysyła mi obraźliwych wiadomości i nie pokazuje się w weekendy jako inna osoba. Jedyne co robi - a przynajmniej myślę, że to on - to zabiera samoprzylepne kartki z mojej szafki. Zawsze leżą pogniecione w kupce pod moimi stopami.
Kontynuuję egzystowanie i on kontynuuje egzystowanie, ale nie egzystujemy razem. Chociaż dni mijają bez względu na tym z kim egzystuję. Im więcej dni kładzie się pomiędzy teraźniejszością i tamtym weekendem z nim, pozostawia mnie z coraz większą liczbą pytań, ale jestem zbyt uparta by je zadać.
Chcę wiedzieć, co zdenerwowało go tamtego dnia. Chcę wiedzieć, dlaczego nie dał temu spokoju zamiast odchodzić rozwścieczonym. Chcę wiedzieć, dlaczego nie przeprosił, bo jestem niemal pewna, że dałam mu co najmniej jeszcze jedną szansę. To, co zrobił było szalone, dziwne i trochę zaborcze, lecz jeśli zważyłabym to na szali ze wszystkimi wspaniałymi rzeczami z nim związanymi, wiem, że na pewno nie ważyłoby tyle samo.
Breckin nawet już nie próbuję tego analizować, więc ja też udaję. Ale i tak to robię i najbardziej zżera mnie fakt, że wszystko co wydarzyło się pomiędzy nami zaczyna wydawać się surrealistyczne, jakby to wszystko było snem. Przyłapuję się na zastanawianiu, czy tamten weekend w ogóle miał miejsce, czy było to moje kolejne unieważnione wspomnienie, które mogło nie być prawdziwe.
Przez ten cały miesiąc, myślę najczęściej o fakcie (wiem, że to naprawdę żałosne), że nigdy nie dane mi było go pocałować. Tak bardzo chciałam go pocałować, że wiedząc, że już tego nie doświadczę, czuję się jakbym miała w piersi wielką ziejącą dziurę. To jak łatwo nawiązywaliśmy kontakt, to jak mnie dotykał, tak jakby to miał właśnie zrobić, pocałunki na moich włosach – te wszystko małe kawałki czegoś o wiele większego. Czegoś dość dużego, że, chociaż nigdy się nie całowaliśmy, zasługuje to na jakieś rozpoznanie od niego. Jakiś szacunek. Traktuje to coś co miało się pomiędzy nami rozwinąć, jakby było złe, a to boli. Bo wiem, że to czuł. Czuł. Wiem, że tak. I jeśli czuł to tak samo jak ja, to wiem, że wciąż to czuje.
Nie mam złamanego serca i nadal nie rozlałam ani jednej łzy przez całą tę sytuację. Nie mogę mieć złamanego serca, bo na szczęście jeszcze nie oddałam mu tej części mnie. Lecz nie jestem zbyt dumna, by przyznać, że jestem trochę zasmucona tym wszystkim i wiem, że to trochę zajmie, ponieważ naprawdę, naprawdę go polubiłam. Więc nic mi nie jest. Jestem trochę smutna i bardzo zdezorientowana, ale nic mi nie jest.

- Co to jest? – pytam Breckina, spoglądając na stolik. Właśnie postawił przede mną pudełko. Bardzo ładnie zapakowane pudełko.
- Małe przypomnienie.
Patrzę na niego pytająco. – Czego?
Śmieje się, przysuwając pudełko bliżej mnie – Przypomnienie, że jutro są twoje urodziny. A teraz to otwórz.
Wzdycham i przewracam oczami, odsuwając je na bok. – Miałam nadzieję, że zapomnisz.
Bierze prezent i znowu przesuwa go przede mnie. – Otwórz cholerny prezent, Sky. Wiem, że nie cierpisz dostawać prezentów, ale ja uwielbiam je dawać, więc przestań być przygnębiającą suką, otwórz go, uwielbiaj, przytul mnie i podziękuj.
Rozluźniam ramiona, odsuwając pustą tacę na bok, po czym zabieram się za prezent. – Jesteś dobrym pakowaczem prezentów – mówię. Rozwiązuję kokardę i rozrywam jeden brzeg pudełka, rozsuwając papier. Patrzę na obrazek na pudełku i unoszę brew. – Kupiłeś mi telewizor?
Breckin śmieje się, kręcąc głową i podnosi pudełko. – To nie telewizor, głupku. To e-reader.
- Och – mówię. Nie mam pojęcia czym jest e-reader, lecz jestem pewna, że nie powinnam takiego mieć. Przyjmę go jak przyjęłam komórkę Six, ale ta rzecz jest zbyt wielka, bym schowała ją do kieszeni.
- Żartujesz sobie ze mnie, prawda? – Pochyla się do mnie. – Nie wiesz, co to e-reader?
Wzruszam ramionami. – Dalej wygląda to dla mnie jak maleńki telewizor.
Śmieje się jeszcze głośniej i otwiera pudełko, wyciągając e-readera. Włącza go i mi oddaje. – To urządzenie elektroniczne posiadające więcej książek, niż kiedykolwiek będziesz w stanie przeczytać. – Przyciska przycisk i ekran się rozświetla, po czym przesuwa palcem przez przód, naciskając go w różnych miejscach, aż cały ekranik jest rozświetlony tuzinem małych obrazków książek. Dotykam jednego zdjęcia i obraca się wirtualna strona, a ja patrzę na rozdział pierwszy.
Od razu zaczynam przesuwać palcem po ekranie, patrząc jak każda strona obraca się bez wysiłku, jedna po drugiej. To absolutnie najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Przyciskam więcej guzików, klikam na więcej książek, przeglądam więcej rozdziałów i szczerze nie sądzę, bym widziałam kiedykolwiek bardziej wspaniały, praktyczny wynalazek.
- Wow – szepczę. Wpatruję się w e-readera, mając nadzieję, że nie jest to jego jakiś okrutny kawał, bo jeśli spróbuje zabrać mi to z rąk, to ucieknę.
- Podoba ci się? – pyta dumnie. – Załadowałem tam około dwustu darmowych książek, więc powinno ci na trochę wystarczać.
Podnoszę na niego wzrok, a on uśmiecha się od ucha do ucha. Odkładam na stolik e-readera, po czym nachylam się nad blatem i ściskam jego szyję. To najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam, uśmiecham się i tak bardzo go ściskam, że całkowicie nie obchodzi mnie, że powinnam być okropna w dostawaniu prezentów. Breckin odwzajemnia uścisk i całuje mnie w policzek. Gdy puszczam jego szyję i otwieram oczy, mimowolnie zerkam na stolik, na który starałam się nie patrzeć od prawie czterech tygodni.
Holder jest odwrócony w miejscu, obserwuje nas. Uśmiecha się. Nie jest to szalony, uwodzicielski, czy dziwaczny uśmiech. To ujmujący uśmiech, a gdy tylko go widzę przygniatają mnie fale smutku, więc odwracam od niego wzrok i patrzę na Breckina.
Zajmuję miejsce, podnosząc e-readera. – Wiesz co, Breckin. Jesteś świetny.

Uśmiecha się do mnie, puszczając oko. – To Mormon we mnie. Jesteśmy rewelacyjnymi ludźmi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz