11.3.14

Losing Hope - rozdział pierwszy

Moje tętno sygnalizuje mi, żebym po prostu odszedł. Les niejednokrotnie mi przypominała, że to nie jest moja sprawa. Jednak ona nigdy wcześniej nie była bratem. Nie ma pojęcia jak trudno jest siedzieć i nie pozwolić, żeby to było moja sprawa. Dlatego w tej chwili ten sukinsyn jest moim pierwszym priorytetem.
Wsuwam dłonie do tylnych kieszeni spodni i modlę się, żebym mógł je tam utrzymać. Stoję za kanapą, patrząc na niego z góry. Nie wiem jak długo zajmie mu uświadomienie sobie, że tam stoję. Biorąc pod uwagę to jak ściska dziewczynę siedzącą okrakiem na jego kolanach, wątpię, że w najbliższym czasie mnie dostrzeże. Stoję za nimi przez kilka minut, podczas gdy impreza nadal trwa wokół nas, wszyscy są nieświadomi tego, że zaraz stracę kontrolę. Wyciągnąłbym telefon, żeby mieć dowód, ale nie mogłem zrobić tego Les. Nie potrzebowała wizualizacji.
- Cześć – odzywam się w końcu, nie potrafiąc już milczeć. Jeżeli będę musiał patrzeć jak jeszcze raz obmacuje piersi tej laski bez żadnego szacunku do jego związku z Les, to urwę mu pieprzoną rękę.
Grayson odrywa usta od jej warg i odchyla głowę, patrząc na mnie przeszklonymi oczami. Widzę pojawiający się w nich strach, kiedy coś w nim klika – kiedy w końcu zdaje sobie sprawę, że ostatnia osoba, która myślał, że tutaj będzie, naprawdę się pojawiła.
- Holder – mówi, spychając dziewczynę z kolan. Próbuje wstać, ale ledwo może ustać prosto. Patrzy na mnie błagająco, wskazując na dziewczynę, która teraz poprawia swoją spódnicę, którą ledwo można tak nazwać. – To nie jest… to nie to, na co wygląda.
Wyciągam ręce z kieszeni i zakładam ramiona na klatce piersiowej. Moja pięść jest teraz bliżej niego i muszę ją zacisnąć, wiedząc jak dobrze byłoby walnąć go w twarz.
Spuszczam wzrok na podłogę i biorę wdech. Potem drugi. I jeszcze jeden tak na pokaz, bo naprawdę podoba mi się jak on się wierci z nerwów. Potrząsam głową i patrzę mu w oczy. – Daj mi swój telefon.
Zmieszanie na jego twarzy byłoby komiczne, gdybym nie był tak cholernie wkurzony. Śmieje się i cofa się o krok, ale wpada na stolik do kawy. Podtrzymuje się kładąc rękę na szkło i prostuje się. – Weź sobie własny pieprzony telefon – mamrocze. Nie patrzy na mnie, obchodząc niski stolik. Spokojnie mijam kanapę i zatrzymuję go, wyciągając rękę.
- Daj mi twój telefon, Grayson. Już.
Nie mam przewagi we wzroście, bo mamy mniej więcej taką samą budowę. Jednakże na pewno mam przewagę, jeśli chodzi o mój gniew i Grayson wyraźnie to widzi. Cofa się o krok, co prawdopodobnie nie jest zbyt mądrym ruchem biorąc pod uwagę, że zapędza się prosto do kąta salonu. Grzebie w kieszeni i nareszcie wyciąga komórkę.
- Po cholerę ci mój telefon? – pyta. Zabieram go z jego rąk i wykręcam numer Les bez łączenia się. Oddaję mu go.
- Dzwoń do niej. Powiedz jej jakim jesteś sukinsynem i to zakończ.
Grayson spogląda najpierw na komórkę, potem na mnie. – Pieprz się – rzuca.
Wciągam uspokajający wdech, po czym obracam szyję i napinam szczękę. Gdy to nie pomaga złagodzić mojej chęci, żeby go zranić, wyciągam rękę, chwytam go za kołnierz bluzki i mocno popycham go na ścianę, przyciskając do jego szyi przedramię. Przypominam sobie, że jeśli skopię mu tyłek zanim wykona telefon, mój spokój z ostatnich dziesięciu minut byłby bezcelowy.
Moje zęby są zagryzione, szczęka zaciśnięta i tętno dudni mi w głowie. Nigdy w życiu tak bardzo kogoś nie nienawidziłem. Intensywność tego, co chciałbym móc mu zrobić przeraża nawet mnie.
Patrzę mu twardo w oczy i mówię mu, co stanie się w ciągu dziesięciu następnych minut. – Grayson – mówię przez ściśnięte zęby. – Dopóki nie chcesz, żebym zrobił ci coś, co naprawdę chcę teraz zrobić, przyłożysz ten telefon do ucha, zadzwonisz do mojej siostry i zakończysz to. Potem rozłączysz się i już nigdy więcej się do niej nie odezwiesz. – Przyciskam mocniej ramię do jego szyi, dostrzegając, że jego twarz jest teraz czerwieńsza od jego koszuli, przez brak tlenu.
- Dobra – burczy, próbując się uwolnić. Czekam aż spuszcza wzrok na telefon i nawiązuje połączenie zanim puszczam jego koszulę i zabieram ramię. Przykłada komórkę do ucha i nie odrywa ode mnie wzroku, jak oboje stoimy nieruchomo, czekając aż Les odbierze.
Wiem co to jej zrobi, ale ona nie ma pojęcia, co on robi za jej plecami. Bez względu na to ile razy słyszy to od innych ludzi, za każdym razem udaje mu się z powrotem wkręcić do jej życia.
Nie tym razem. Nie, jeśli mam nad tym jakąś kontrolę. Nie będę siedzieć bezczynnie i pozwalać, żeby raz jeszcze robił coś takiego mojej siostrze.
- Hej – mówi do telefonu. Stara się odwrócić ode mnie, żeby z nią pogadać, ale popycham jego bark z powrotem na ścianę. Krzywi się.
- Nie, maleńka – mówi nerwowo. – Jestem w domu Jaxona. – Jest długa przerwa, gdy jej słucha. – Wiem, że to powiedziałem, ale skłamałem. Dlatego właśnie dzwonię. Les, ja… myślę, że potrzebujemy trochę przestrzeni.
Kręcę głową, dając mu znać, że musi zrobić absolutne zerwanie. Nie chcę, żeby dawał jej przestrzeń. Chce, żeby dał mojej siostrze trwałą wolność.
Wywraca oczami i pokazuje mi środkowy palec wolną ręką. – Zrywam z tobą – mówi obojętnie. Pozwala jej mówić, milcząc. Fakt, że nie pokazuje żadnych wyrzutów sumienia dowodzi, jakim jest bezdusznym kutasem. Dłonie mi drżą i ściska mnie w klatce piersiowej, wiedząc dokładnie jak teraz czuje się Les. Nienawidzę się za wymuszenie tej sytuacji, ale Les zasługuje lepiej, nawet jeśli sama tak nie uważa.
- Rozłączam się – mówi do telefonu.
Przyciskam jego głowę do ściany i zmuszam, żeby na mnie spojrzał. – Przeproś ją – mówię cicho, nie chcąc, żeby usłyszała mnie w tle. Zamyka oczy i wzdycha, po czym pochyla głowę.
- Przepraszam, Lesslie. Nie chciałem tego robić. – Odsuwa komórkę od ucha i kończy połączenie. Wpatruje się w ekran parę sekund. – Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy – mówi, podnosząc na mnie spojrzenie. – Bo właśnie złamałeś serce swojej siostrze.
To ostatnia rzecz, jaką mówi do mnie Grayson. Moja pięść spotyka się dwa razy z jego szczęką zanim upada na podłogę. Potrząsam ręką, odsuwam się od niego i ruszam do wyjścia. Nim jeszcze dochodzę do samochodu, w tylnej kieszeni wibruje moja komórka. Wyciągam ją i nie patrząc na ekran, odbieram.
- Cześć – mówię, starając się opanować drżący gniew w moim głosie, kiedy słyszę jej płacz po drugiej stronie. – Jestem w drodze, Les. Wszystko będzie dobrze, jestem już w drodze.
***
Minął cały dzień odkąd Grayson wykonał telefon, ale nadal czuję się winny, więc dodaję dwie mile do mojego wieczornego biegu dla własnoręcznej kary. Zobaczenie tak załamanej Les nie było czymś, czego się spodziewałem. Zdaję sobie sprawę, że zmuszenie go do zadzwonienia do niej zapewne nie było najlepszym sposobem na załatwienie sprawy, ale nie ma mowy, żebym mógł siedzieć bezczynnie i pozwolić mu tak ją oszukiwać.
Najbardziej nieoczekiwaną rzeczą w reakcji Les było to, że jej wściekłość nie była wyłącznie skierowana na Graysona. Było tak jakby była wkurzona na całe męskie społeczeństwo. Wciąż odnosiła się do mężczyzn, jako „chorych łajdaków”, przemierzając sypialnię w tę i z powrotem, podczas gdy ja siedziałem tam tylko i patrzyłem jak dawała wszystkiemu upust. W końcu się załamała, weszła do łóżka i długo płakała przed zaśnięciem. Leżałem przytomny, wiedząc, że miałem udział w jej cierpieniu. Zostałem w jej pokoju przez całą noc, po części, żeby upewnić się, że nic jej nie jest, ale przeważnie dlatego, że nie chciałem, aby wzięła telefon i zadzwoniła do Graysona w chwili rozpaczy.
Jednak jest silniejsza niż jej to przyznaję. Nie próbowała dzwonić do niego zeszłej nocy i dzisiaj także nie próbowała. Niewiele spała, więc poszła do pokoju przed obiadem, żeby się zdrzemnąć. Ale i tak zatrzymywałem się przy jej sypialni przez cały dzień, żeby upewnić się, że nie usłyszę jej rozmowy przez telefon, dlatego wiem, iż nie próbowała do niego wydzwaniać. Przynajmniej wtedy, gdy byłem w domu. Tak naprawdę jestem pewien, że bezduszny telefon od niego był dokładnie tym, czego potrzebowała, żeby nareszcie zobaczyć, kim naprawdę był.
Ściągam buty przy drzwiach i idę do kuchni, żeby napełnić butelkę wodą. Jest sobotni wieczór i normalnie wybierałbym się do Daniela, ale już do niego napisałem, że dzisiaj zostaję w domu. Les kazała mi przyrzec, że z nią zostanę, bo nie chciała wychodzić i ryzykować spotkania z Graysonem. Ma szczęście, że jest fajna, bo nie wiem czy większość siedemnastoletnich facetów spędziłoby sobotni wieczór oglądając romansidła ze swoimi załamanymi siostrami. Jednak większość rodzeństw nie ma tego, co Les i ja. Nie wiem czy nasza bliska relacja ma związek z faktem, że jesteśmy bliźniakami. Jest moją jedyną siostrą, więc nie mam do czego nas porównać. Może się kłócić, że jestem wobec niej zbyt opiekuńczy i może być trochę w tym prawdy, ale nie planuję się zmieniać w najbliższym czasie. Albo nigdy.
Wbiegam po schodach, ściągam koszulkę i otwieram drzwi od łazienki. Odkręcam wodę, po czym przechodzę przez korytarz i pukam do jej drzwi. – Biorę szybki prysznic, zamówisz pizzę?
Opieram się ręką o drzwi, ściągając skarpetki. Odwracam się i wrzucam je do łazienki, następnie znowu pukam do jej drzwi. – Les!
Kiedy nie odpowiada, wzdycham i podnoszę wzrok do sufitu. Jeżeli rozmawia z nim przez telefon, to się wkurzę. Ale jeśli z nim rozmawia, to pewnie mówi jej, że zerwanie było wyłącznie moją winą i to ona będzie wkurzona. Wycieram dłonie w szorty i otwieram drzwi do jej sypialni, przygotowując się na kolejny gorący wykład o tym jak muszę zajmować się własnymi sprawami.
***
Widzę Les na jej łóżku, gdy wchodzę do jej pokoju i natychmiast jestem zabrany do czasu, kiedy byłem małym chłopcem. Do momentu, który mnie zmienił. Wszystko we mnie. Wszystko w świecie wokół mnie. Mój cały świat zmienił się z miejsca pełnego żywych kolorów do nijakiej, martwej szarości. Niebo, trawa, drzewa… wszystkie rzeczy, które kiedyś były piękne zostały pozbawione swojej wspaniałości w chwili, kiedy zdałem sobie sprawę, że byłem odpowiedzialny za zniknięcie naszej najlepszej przyjaciółki Hope.
Nigdy już nie spojrzałem na ludzi w ten sam sposób. Nigdy już nie spojrzałem na naturę w ten sam sposób. Nigdy już nie spojrzałem na moją przyszłość w ten sam sposób. Wszystko przeszło z posiadania znaczenia, celu i powodu do prostego bycia podrzędną wersją tego, jakie powinno być życie. Mój kiedyś tryskający życiem świat nagle był zamazaną, szarą, bezbarwną fotokopią.
Tak jak oczy Les.
Nie są jej. Są otwarte. Patrzą wprost na mnie z jej pozycji na łóżku.
Ale nie są jej.
Zniknął kolor w jej oczach. Ta dziewczyna jest szarą, bezbarwną fotokopią mojej siostry.
Mojej Les.
Nie mogę się ruszyć. Czekam aż mrugnie, zaśmieje się, będzie upajać się tym chorym, pieprzonym kawałem, który teraz mi robi. Czekam, aż moje serce znowu zacznie bić, aż moje płuca znowu zaczną działać. Czekam, aż powróci do mnie władza nad moim ciałem, ponieważ nie wiem, kto ma teraz nad nim władzę. Z pewnością nie ja. Czekam i czekam, zastanawiając się jak długo będzie ona udawać. Jak długo ludzie mogą mieć tak otwarte oczy? Jak długo ludzie mogą nie oddychać zanim ich ciało będzie domagać się tak rozpaczliwie potrzebnego powietrza?
Jak cholernie długo minie zanim zrobię coś, żeby jej pomóc?
Dotykam dłońmi jej twarzy, chwytam ją za ramię, potrząsając jej całym ciałem, dopóki nie znajduje się w moich ramionach i nie wciągam jej na kolana. Pusta buteleczka po tabletkach wypada z jej dłoni i ląduje na podłodze, ale nie chcę na nią patrzeć. Jej oczy nadal są martwe i już na mnie nie patrzy, jak głowa między moimi dłońmi opada do tyłu za każdym razem, gdy próbuję ją unieść.
Nie wzdryga się, kiedy wykrzykuję jej imię, nie wzdryga się, kiedy ją policzkuję i nie reaguje, gdy zaczynam płakać.
Nie robi żadnej przeklętej rzeczy.

Nie mówi mi nawet, że wszystko będzie w porządku, kiedy każda cząstka tego, co pozostało w mojej klatce piersiowej zostaje ze mnie wypchnięte w chwili, gdy uświadamiam sobie, że najlepsza część mnie nie żyje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz