Moje tętno
sygnalizuje mi, żebym po prostu odszedł. Les niejednokrotnie mi przypominała,
że to nie jest moja sprawa. Jednak ona nigdy wcześniej nie była bratem. Nie ma
pojęcia jak trudno jest siedzieć i nie pozwolić,
żeby to było moja sprawa. Dlatego w tej chwili ten sukinsyn jest moim pierwszym
priorytetem.
Wsuwam
dłonie do tylnych kieszeni spodni i modlę się, żebym mógł je tam utrzymać.
Stoję za kanapą, patrząc na niego z góry. Nie wiem jak długo zajmie mu
uświadomienie sobie, że tam stoję. Biorąc pod uwagę to jak ściska dziewczynę
siedzącą okrakiem na jego kolanach, wątpię, że w najbliższym czasie mnie
dostrzeże. Stoję za nimi przez kilka minut, podczas gdy impreza nadal trwa
wokół nas, wszyscy są nieświadomi tego, że zaraz stracę kontrolę. Wyciągnąłbym
telefon, żeby mieć dowód, ale nie mogłem zrobić tego Les. Nie potrzebowała
wizualizacji.
- Cześć –
odzywam się w końcu, nie potrafiąc już milczeć. Jeżeli będę musiał patrzeć jak
jeszcze raz obmacuje piersi tej laski bez żadnego szacunku do jego związku z
Les, to urwę mu pieprzoną rękę.
Grayson
odrywa usta od jej warg i odchyla głowę, patrząc na mnie przeszklonymi oczami.
Widzę pojawiający się w nich strach, kiedy coś w nim klika – kiedy w końcu
zdaje sobie sprawę, że ostatnia osoba, która myślał, że tutaj będzie, naprawdę
się pojawiła.
- Holder –
mówi, spychając dziewczynę z kolan. Próbuje wstać, ale ledwo może ustać prosto.
Patrzy na mnie błagająco, wskazując na dziewczynę, która teraz poprawia swoją
spódnicę, którą ledwo można tak nazwać. – To nie jest… to nie to, na co
wygląda.
Wyciągam
ręce z kieszeni i zakładam ramiona na klatce piersiowej. Moja pięść jest teraz
bliżej niego i muszę ją zacisnąć, wiedząc jak dobrze byłoby walnąć go w twarz.
Spuszczam
wzrok na podłogę i biorę wdech. Potem drugi. I jeszcze jeden tak na pokaz, bo
naprawdę podoba mi się jak on się wierci z nerwów. Potrząsam głową i patrzę mu
w oczy. – Daj mi swój telefon.
Zmieszanie
na jego twarzy byłoby komiczne, gdybym nie był tak cholernie wkurzony. Śmieje
się i cofa się o krok, ale wpada na stolik do kawy. Podtrzymuje się kładąc rękę
na szkło i prostuje się. – Weź sobie własny pieprzony telefon – mamrocze. Nie
patrzy na mnie, obchodząc niski stolik. Spokojnie mijam kanapę i zatrzymuję go,
wyciągając rękę.
- Daj mi
twój telefon, Grayson. Już.
Nie mam
przewagi we wzroście, bo mamy mniej więcej taką samą budowę. Jednakże na pewno
mam przewagę, jeśli chodzi o mój gniew i Grayson wyraźnie to widzi. Cofa się o
krok, co prawdopodobnie nie jest zbyt mądrym ruchem biorąc pod uwagę, że
zapędza się prosto do kąta salonu. Grzebie w kieszeni i nareszcie wyciąga
komórkę.
- Po
cholerę ci mój telefon? – pyta. Zabieram go z jego rąk i wykręcam numer Les bez
łączenia się. Oddaję mu go.
- Dzwoń do
niej. Powiedz jej jakim jesteś sukinsynem i to zakończ.
Grayson
spogląda najpierw na komórkę, potem na mnie. – Pieprz się – rzuca.
Wciągam
uspokajający wdech, po czym obracam szyję i napinam szczękę. Gdy to nie pomaga
złagodzić mojej chęci, żeby go zranić, wyciągam rękę, chwytam go za kołnierz
bluzki i mocno popycham go na ścianę, przyciskając do jego szyi przedramię.
Przypominam sobie, że jeśli skopię mu tyłek zanim wykona telefon, mój spokój z
ostatnich dziesięciu minut byłby bezcelowy.
Moje zęby
są zagryzione, szczęka zaciśnięta i tętno dudni mi w głowie. Nigdy w życiu tak
bardzo kogoś nie nienawidziłem. Intensywność tego, co chciałbym móc mu zrobić
przeraża nawet mnie.
Patrzę mu
twardo w oczy i mówię mu, co stanie się w ciągu dziesięciu następnych minut. –
Grayson – mówię przez ściśnięte zęby. – Dopóki nie chcesz, żebym zrobił ci coś,
co naprawdę chcę teraz zrobić, przyłożysz ten telefon do ucha, zadzwonisz do
mojej siostry i zakończysz to. Potem rozłączysz się i już nigdy więcej się do
niej nie odezwiesz. – Przyciskam mocniej ramię do jego szyi, dostrzegając, że
jego twarz jest teraz czerwieńsza od jego koszuli, przez brak tlenu.
- Dobra –
burczy, próbując się uwolnić. Czekam aż spuszcza wzrok na telefon i nawiązuje
połączenie zanim puszczam jego koszulę i zabieram ramię. Przykłada komórkę do
ucha i nie odrywa ode mnie wzroku, jak oboje stoimy nieruchomo, czekając aż Les
odbierze.
Wiem co to
jej zrobi, ale ona nie ma pojęcia, co on robi za jej plecami. Bez względu na to
ile razy słyszy to od innych ludzi, za każdym razem udaje mu się z powrotem
wkręcić do jej życia.
Nie tym
razem. Nie, jeśli mam nad tym jakąś kontrolę. Nie będę siedzieć bezczynnie i
pozwalać, żeby raz jeszcze robił coś takiego mojej siostrze.
- Hej –
mówi do telefonu. Stara się odwrócić ode mnie, żeby z nią pogadać, ale popycham
jego bark z powrotem na ścianę. Krzywi się.
- Nie,
maleńka – mówi nerwowo. – Jestem w domu Jaxona. – Jest długa przerwa, gdy jej
słucha. – Wiem, że to powiedziałem, ale skłamałem. Dlatego właśnie dzwonię.
Les, ja… myślę, że potrzebujemy trochę przestrzeni.
Kręcę
głową, dając mu znać, że musi zrobić absolutne zerwanie. Nie chcę, żeby dawał
jej przestrzeń. Chce, żeby dał mojej siostrze trwałą wolność.
Wywraca
oczami i pokazuje mi środkowy palec wolną ręką. – Zrywam z tobą – mówi
obojętnie. Pozwala jej mówić, milcząc. Fakt, że nie pokazuje żadnych wyrzutów
sumienia dowodzi, jakim jest bezdusznym kutasem. Dłonie mi drżą i ściska mnie w
klatce piersiowej, wiedząc dokładnie jak teraz czuje się Les. Nienawidzę się za
wymuszenie tej sytuacji, ale Les zasługuje lepiej, nawet jeśli sama tak nie
uważa.
- Rozłączam
się – mówi do telefonu.
Przyciskam
jego głowę do ściany i zmuszam, żeby na mnie spojrzał. – Przeproś ją – mówię
cicho, nie chcąc, żeby usłyszała mnie w tle. Zamyka oczy i wzdycha, po czym
pochyla głowę.
- Przepraszam,
Lesslie. Nie chciałem tego robić. – Odsuwa komórkę od ucha i kończy połączenie.
Wpatruje się w ekran parę sekund. – Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy – mówi,
podnosząc na mnie spojrzenie. – Bo właśnie złamałeś serce swojej siostrze.
To ostatnia
rzecz, jaką mówi do mnie Grayson. Moja pięść spotyka się dwa razy z jego
szczęką zanim upada na podłogę. Potrząsam ręką, odsuwam się od niego i ruszam
do wyjścia. Nim jeszcze dochodzę do samochodu, w tylnej kieszeni wibruje moja
komórka. Wyciągam ją i nie patrząc na ekran, odbieram.
- Cześć –
mówię, starając się opanować drżący gniew w moim głosie, kiedy słyszę jej płacz
po drugiej stronie. – Jestem w drodze, Les. Wszystko będzie dobrze, jestem już
w drodze.
***
Minął cały
dzień odkąd Grayson wykonał telefon, ale nadal czuję się winny, więc dodaję
dwie mile do mojego wieczornego biegu dla własnoręcznej kary. Zobaczenie tak
załamanej Les nie było czymś, czego się spodziewałem. Zdaję sobie sprawę, że
zmuszenie go do zadzwonienia do niej zapewne nie było najlepszym sposobem na
załatwienie sprawy, ale nie ma mowy, żebym mógł siedzieć bezczynnie i pozwolić
mu tak ją oszukiwać.
Najbardziej
nieoczekiwaną rzeczą w reakcji Les było to, że jej wściekłość nie była
wyłącznie skierowana na Graysona. Było tak jakby była wkurzona na całe męskie
społeczeństwo. Wciąż odnosiła się do mężczyzn, jako „chorych łajdaków”,
przemierzając sypialnię w tę i z powrotem, podczas gdy ja siedziałem tam tylko
i patrzyłem jak dawała wszystkiemu upust. W końcu się załamała, weszła do łóżka
i długo płakała przed zaśnięciem. Leżałem przytomny, wiedząc, że miałem udział
w jej cierpieniu. Zostałem w jej pokoju przez całą noc, po części, żeby upewnić
się, że nic jej nie jest, ale przeważnie dlatego, że nie chciałem, aby wzięła
telefon i zadzwoniła do Graysona w chwili rozpaczy.
Jednak jest
silniejsza niż jej to przyznaję. Nie próbowała dzwonić do niego zeszłej nocy i
dzisiaj także nie próbowała. Niewiele spała, więc poszła do pokoju przed
obiadem, żeby się zdrzemnąć. Ale i tak zatrzymywałem się przy jej sypialni
przez cały dzień, żeby upewnić się, że nie usłyszę jej rozmowy przez telefon,
dlatego wiem, iż nie próbowała do niego wydzwaniać. Przynajmniej wtedy, gdy
byłem w domu. Tak naprawdę jestem pewien, że bezduszny telefon od niego był
dokładnie tym, czego potrzebowała, żeby nareszcie zobaczyć, kim naprawdę był.
Ściągam
buty przy drzwiach i idę do kuchni, żeby napełnić butelkę wodą. Jest sobotni
wieczór i normalnie wybierałbym się do Daniela, ale już do niego napisałem, że
dzisiaj zostaję w domu. Les kazała mi przyrzec, że z nią zostanę, bo nie
chciała wychodzić i ryzykować spotkania z Graysonem. Ma szczęście, że jest
fajna, bo nie wiem czy większość siedemnastoletnich facetów spędziłoby sobotni
wieczór oglądając romansidła ze swoimi załamanymi siostrami. Jednak większość
rodzeństw nie ma tego, co Les i ja. Nie wiem czy nasza bliska relacja ma
związek z faktem, że jesteśmy bliźniakami. Jest moją jedyną siostrą, więc nie
mam do czego nas porównać. Może się kłócić, że jestem wobec niej zbyt opiekuńczy
i może być trochę w tym prawdy, ale nie planuję się zmieniać w najbliższym
czasie. Albo nigdy.
Wbiegam po
schodach, ściągam koszulkę i otwieram drzwi od łazienki. Odkręcam wodę, po czym
przechodzę przez korytarz i pukam do jej drzwi. – Biorę szybki prysznic,
zamówisz pizzę?
Opieram się
ręką o drzwi, ściągając skarpetki. Odwracam się i wrzucam je do łazienki,
następnie znowu pukam do jej drzwi. – Les!
Kiedy nie
odpowiada, wzdycham i podnoszę wzrok do sufitu. Jeżeli rozmawia z nim przez
telefon, to się wkurzę. Ale jeśli z nim rozmawia, to pewnie mówi jej, że
zerwanie było wyłącznie moją winą i to ona
będzie wkurzona. Wycieram dłonie w szorty i otwieram drzwi do jej sypialni,
przygotowując się na kolejny gorący wykład o tym jak muszę zajmować się
własnymi sprawami.
***
Widzę Les
na jej łóżku, gdy wchodzę do jej pokoju i natychmiast jestem zabrany do czasu,
kiedy byłem małym chłopcem. Do momentu, który mnie zmienił. Wszystko we mnie.
Wszystko w świecie wokół mnie. Mój
cały świat zmienił się z miejsca pełnego żywych kolorów do nijakiej, martwej
szarości. Niebo, trawa, drzewa… wszystkie rzeczy, które kiedyś były piękne
zostały pozbawione swojej wspaniałości w chwili, kiedy zdałem sobie sprawę, że
byłem odpowiedzialny za zniknięcie naszej najlepszej przyjaciółki Hope.
Nigdy już
nie spojrzałem na ludzi w ten sam sposób. Nigdy już nie spojrzałem na naturę w
ten sam sposób. Nigdy już nie spojrzałem na moją przyszłość w ten sam sposób.
Wszystko przeszło z posiadania znaczenia, celu i powodu do prostego bycia
podrzędną wersją tego, jakie powinno być
życie. Mój kiedyś tryskający życiem świat nagle był zamazaną, szarą, bezbarwną
fotokopią.
Tak jak
oczy Les.
Nie są jej.
Są otwarte. Patrzą wprost na mnie z jej pozycji na łóżku.
Ale nie są
jej.
Zniknął
kolor w jej oczach. Ta dziewczyna jest szarą, bezbarwną fotokopią mojej
siostry.
Mojej Les.
Nie mogę
się ruszyć. Czekam aż mrugnie, zaśmieje się, będzie upajać się tym chorym,
pieprzonym kawałem, który teraz mi robi. Czekam, aż moje serce znowu zacznie
bić, aż moje płuca znowu zaczną działać. Czekam, aż powróci do mnie władza nad
moim ciałem, ponieważ nie wiem, kto ma teraz nad nim władzę. Z pewnością nie ja. Czekam i czekam, zastanawiając się
jak długo będzie ona udawać. Jak długo ludzie mogą mieć tak otwarte oczy? Jak
długo ludzie mogą nie oddychać zanim ich ciało będzie domagać się tak
rozpaczliwie potrzebnego powietrza?
Jak
cholernie długo minie zanim zrobię coś, żeby jej pomóc?
Dotykam
dłońmi jej twarzy, chwytam ją za ramię, potrząsając jej całym ciałem, dopóki
nie znajduje się w moich ramionach i nie wciągam jej na kolana. Pusta
buteleczka po tabletkach wypada z jej dłoni i ląduje na podłodze, ale nie chcę
na nią patrzeć. Jej oczy nadal są martwe i już na mnie nie patrzy, jak głowa
między moimi dłońmi opada do tyłu za każdym razem, gdy próbuję ją unieść.
Nie wzdryga
się, kiedy wykrzykuję jej imię, nie wzdryga się, kiedy ją policzkuję i nie
reaguje, gdy zaczynam płakać.
Nie robi
żadnej przeklętej rzeczy.
Nie mówi mi
nawet, że wszystko będzie w porządku, kiedy każda cząstka tego, co pozostało w
mojej klatce piersiowej zostaje ze mnie wypchnięte w chwili, gdy uświadamiam
sobie, że najlepsza część mnie nie żyje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz