8.3.14

9

Wtorek, 28 sierpnia, 2012
7:55
Wchodzę na pierwszą lekcje, a Breckin siedzi na tyle klasy w całej swojej ciemnoróżowej chwale. Nie mieści mi się w głowie jak wczoraj przed lunchem nie dostrzegłam tych ciemnoróżowych butów i chłopca, do którego należały.
- Hej, śliczny – mówię, siadając na pustym krześle obok niego. Zabieram z jego rąk kubek kawy i biorę łyk. Pozwala mi, ponieważ jeszcze nie zna mnie wystarczająco, żeby zaprotestować. Albo może pozwala mi, bo zna konsekwencje zatrzymania samozwańczego nałogowca kofeiny.
- Wczoraj wieczorem wiele się o tobie dowiedziałem – mówi on. – Szkoda, że twoja matka nie pozwala ci mieć Internetu.
- To niesamowite miejsce, gdzie można odkryć fakty o sobie, o których nigdy się nie wiedziało – śmieję się. – Czy w ogóle chcę wiedzieć? – Odchylam głowę i wypijam do końca jego kawę, po czym oddaję mu kubek. Patrzy na pusty kubek i odkłada go na ławkę.
- Cóż – mówi. – Zgodnie z przeszukiwaniem Facebooka miałaś kogoś o imieniu Daniel Wesley w piątkowy wieczór, a to spowodowało ciążową panikę. W sobotę uprawiałaś seks z jakimś Graysonem, a potem go wykopałaś. Wczoraj… - Zabębnił palcami o brodę. – Wczoraj byłaś widziana, jak biegałaś z facetem o imieniu Dean Holder po szkole. Trochę mnie to martwi, bo pogłoska mówi… że nie lubi on Mormonów.
Czasami jestem wdzięczna, że nie mam dostępu do Internetu jak wszyscy.
- Zastanówmy się – mówię, przebiegając listę plotek. – Nawet nie wiem kim jest Daniel Wesley. W sobotę Grayson przyszedł, ale ledwie coś obmacał, zanim wyrzuciłam jego pijany tyłek. I tak, biegałam wczoraj z facetem o imieniu Holder, ale nie mam pojęcia kim on jest. Po prostu zdarzyło nam się biec w tym samym czasie i nie mieszka on daleko ode mnie, więc… - Od razu czuję poczucie winy za bagatelizowanie biegu z Holderem. Po prostu go nie rozgryzłam i nie jestem pewna czy jestem gotowa, by ktoś zinfiltrował już moje dwudziestogodzinne przymierze z Breckinem.
- Jeśli poczujesz się przez to lepiej, dowiedziałem się od jakiejś laski Shayny, że jestem wynikiem starej fortuny i jestem obrzydliwie bogaty – mówi.
Śmieję się. – Dobrze. Zatem nie będziesz miał problemu przynosić mi kawę każdego ranka. – Drzwi klasy się otwierają i obydwoje podnosimy wzrok, właśnie wtedy gdy wchodzi Holder ubrany w zwykłą białą koszulkę i ciemne dżinsy, włosy ma świeżo umyte od naszego biegu tego poranka. Gdy tylko go widzę, powracają grypa/gorące błyski/motylki do mojego żołądka.
- Cholera – mamroczę. Holder podchodzi do biurka pana Mulligana i kładzie na nim formularz, potem idzie na koniec klasy, przez cały czas bawiąc się telefonem. Zajmuje miejsce bezpośrednio przed Breckinem, w ogóle mnie nie zauważając. Ścisza swoją komórkę i chowa ją do kieszeni.
Jestem zbyt zszokowana, że się pojawił, żeby w ogóle się do niego odezwać. Czy to ja jakoś zmieniłam jego zdanie o jego ponownym zapisaniu się? Cieszę się faktem, że może zmieniłam jego zdanie? Bo tak jakby nie czuję nic prócz żalu.
Pan Mulligan wchodzi do klasy i stawia swoje rzeczy na biurku, po czym odwraca się do tablicy i zapisuje swoje nazwisko, potem datę. Nie jestem pewna, czy on szczerze myśli że zapomnieliśmy kim on jest od wczoraj czy chce nam jedynie przypomnieć, że sądzi iż jesteśmy ciemni.
- Dean – mówi, wciąż stojąc twarzą do tablicy. Obraca się i przygląda Holderowi. – Witaj z powrotem, aczkolwiek o dobę spóźniony. Zakładam, że nie będziesz nam sprawiał żadnych problemów w tym semestrze? – Otwieram usta na jego protekcjonalną uwagę. Jeśli takie gówno musi wytrzymywać Holder, kiedy tutaj jest, nic dziwnego, że nie chciał wracać. Mnie przynajmniej dokuczali inni uczniowie. Nie obchodzi mnie kim jest uczeń, nauczyciele nigdy nie powinni być protekcjonalni. Powinna to być pierwsza zasada w przewodniku nauczycielskim. Drugą zasadą powinno być to, że nauczycielom nie wolno zapisywać swoich nazwisk na tablicy po trzeciej klasie.
Holder porusza się na krześle i odpowiada na komentarz pana Mulligana z taką samą kąśliwością. – Zakładam, że nie będzie pan mówił niczego, co skłoni mnie do sprawienia panu problemu w tym semestrze, panie Mulligan? – Okej, „dokuczanie” jest najwyraźniej dwustronne. Może moją następną lekcją, poza namówieniem go do wrócenia do szkoły, powinno być nauczenie go znaczenia szanowania autorytetu.
Pan Mulligan wysuwa brodę i piorunuje Holdera wzrokiem ponad oprawkami okularów.
- Dean. Może wyjdziesz na przód klasy i przedstawisz się swoim kolegom z klasy. Jestem pewien że jest tutaj parę nowych twarzy odkąd opuściłeś nas w zeszłym roku. – Holder nie sprzeciwia się, a jestem pewna, że tego właśnie oczekiwał od niego pan Mulligan. Zamiast tego praktycznie zeskakuje ze swojego krzesła i natychmiast idzie na przód klasy. Jego nagły przypływ energii powoduje, że pan Mulligan szybko cofa się o krok. Holder odwraca się twarzą do klasy, nie ma w nim ani kropli zwątpienia w siebie czy braku pewności siebie.
- Chętnie – mówi Holder, kierując spojrzenie na pana Mulligana. – Nazywam się Dean Holder. Ludzie nazywają mnie Holderem. – Odwraca wzrok od pana Mulligana i patrzy na klasę. – Jestem tutejszym uczniem od pierwszego roku z wyjątkiem półtora semestralnego urlopu naukowego. I według pana Mulligana lubię sprawiać kłopoty, więc ta klasa powinna być fajna.
Paru uczniów śmieje się z tego komentarza, ale ja nie znajduję w tym humoru. Już wątpiłam w niego na podstawie wszystkiego co usłyszałam, a teraz pokazuje on swoje prawdziwe kolory tym, jak się zachowuje.
Holder otwiera usta, żeby kontynuować swoją prezentację, ale uśmiecha się nagle, gdy tylko dostrzega mnie na tyle klasy. Puszcza do mnie oko, a ja od razu chcę wczołgać się pod moją ławkę i ukryć. Posyłam mu szybki uśmiech z zaciśniętymi wargami, po czym spuszczam wzrok na ławkę, kiedy inni uczniowie zaczynają odwracać się w swoich miejscach, żeby zobaczyć na kogo on patrzy.
Półtora godziny wcześniej odszedł ode mnie we wkurzonym humorze. Teraz uśmiecha się do mnie, jakby właśnie zobaczył swojego najlepszego przyjaciela po raz pierwszy od lat.
Tak. Miał problemy.
Breckin przechyla się przez swoją ławkę. – Co to było, do diabła? – szepcze.
- Powiem ci na lunchu – mówię.
- Czy to cała mądrość, którą chcesz nam dziś przekazać? – Pan Mulligan pyta Holdera.
Holder kiwa głową, po czym wraca na swoje miejsce, nigdy nie odciągając ode mnie spojrzenia. Siada i wyciąga szyję, odwracając się do mnie twarzą. Pan Mulligan zaczyna lekcję i wszystkich uwaga wraca na przód klasy.
Wszystkich prócz Holdera. Zerkam na swoją książkę i otwieram ją na obecnym rozdziale, mając nadzieję, że on zrobi to samo. Kiedy podnoszę wzrok, on wciąż na mnie patrzy.
- Co? – mówię bezgłośnie, wyrzucając dłonie w powietrze.
Mruży oczy i obserwuje mnie milcząco przez chwilę. – Nic – mówi w końcu. Obraca się na siedzeniu i otwiera książkę przed nim.
Breckin stuka swoim długopisem po moich knykciach i patrzy na mnie z zaciekawieniem, po czym powraca uwagą do swojej książki. Jeśli oczekuje wyjaśnienia tego, co się właśnie wydarzyło, rozczaruje się, bo nie jestem zdolna dać mu jakiekolwiek. Ja sama nie wiem, co się właśnie wydarzyło.
Posyłam kilka spojrzeń w stronę Holdera podczas lekcji, ale on nie odwrócił się znowu przez całą lekcję. Kiedy dzwoni dzwonek Breckin wstaje z krzesła i bębni palcami o moją ławkę.
- Ja. Ty. Lunch – mówi, podnosząc na mnie brwi. Wychodzi z klasy, a ja kieruję spojrzenie na Holdera. Patrzy na drzwi klasy, przez które właśnie przeszedł Breckin twardym spojrzeniem.
Łapię swoje rzeczy i idę do drzwi, zanim Holder będzie miał szansę zacząć rozmowę. Naprawdę się cieszę, że zdecydował znowu się zapisać, lecz jestem zaniepokojona tym, jak na mnie patrzył, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi. Nie chcę, żeby Breckin, lub ktoś inny, jeśli już o to chodzi, myślał, że nie mam nic przeciwko rzeczom, które robi Holder.
Raczej nie będę się z nim kolegowała, ale mam przeczucie, że to będzie dla niego problemem.
Idę do mojej szafki szkolnej i zamieniam książki, biorąc mój podręcznik angielskiego. Zastanawiam się czy Shayna/Shayla w ogóle dziś mnie zauważy w klasie. Pewnie nie, było to dwadzieścia cztery godziny temu. Wątpię, że ma ona dość komórek mózgowych by przypomnieć sobie informacje z tak dawna.
- Hej, ty.
Zaciskam powieki z lękiem, nie chcąc się odwracać, aby zobaczyć go stojącego tam w całej swojej pięknej chwale.
- Przyszedłeś. – Poprawiam podręczniki w szafce, po czym odwracam się twarzą do niego. On się uśmiecha, potem opiera się o szafkę obok mojej.
- Dobrze się umyłaś – mówi, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. – Chociaż twoja spocona wersja też nie jest taka zła.
On też dobrze się umył, ale nie zamierzam mu tego mówić.
- Jesteś tutaj, żeby mnie prześladować czy naprawdę znowu się zapisałeś?
Uśmiecha się psotnie, bębniąc palcami o szafkę. – I to, i to. – Naprawdę muszę zaprzestać z prześladowczymi żartami. Byłoby zabawniej, gdybym nie sądziła, że jest on do tego faktycznie zdolny.
Rozglądam się po wyludniającym się korytarzu. – Cóż, muszę iść do klasy – mówię. – Witaj z powrotem. – On mruży na mnie oczy, prawie tak jakby mógł wyczuć mój dyskomfort. – Zachowujesz się dziwnie. – Wywracam oczami na jego ocenę. Skąd on może wiedzieć jak się zachowuję? Nawet mnie nie zna. Patrzę w moją szafkę i próbuję zamaskować prawdziwe myśli na temat tego, czemu zachowuję się „dziwnie”. Myśli takie jak, dlaczego jego przeszłość nie przeraża mnie bardziej? Dlaczego ma on tak zły temperament, że mógłby zrobić coś takiego, co zrobił temu biednemu dzieciakowi w zeszłym roku? Dlaczego zbiega on ze swojej drogi, żeby ze mną biegać? Dlaczego o mnie wypytywał? Zamiast słownie przyznać się do pytań w mojej głowie, jedynie wzruszam ramionami i mówię:
- Po prostu jestem zaskoczona widząc cię tutaj.
Opiera ramię o szafkę obok mojej i kręci głową. – Nie. To coś innego. Co jest?
Wzdycham i opieram się o moją szafkę. – Chcesz, żebym była szczera?
- Chcę żebyś zawsze taka była.
Zaciskam usta w ciasną linię, potakując. – Dobra – mówię. Przekręcam ramię przy szafce, odwracając się do niego twarzą. – Nie chcę dać ci złego wrażenia. Flirtujesz i mówisz rzeczy, jakbyś miał wobec mnie zamiary, których ja nie chcę odwzajemnić. I jesteś… - zatrzymuję się, szukając dobrego słowa.
- Jestem co? – mówi, obserwując mnie uważnie.
- Jesteś… intensywny. Zbyt intensywny. Humorzasty. I troszeczkę przerażający. I jest jeszcze ta inna rzecz – mówię, nie wymawiając jej. – Po prostu nie chcę, żebyś nabierał złego wrażenia.
- Jaka inna rzecz? – Mówi to jakby dokładnie wiedział, do jakiej innej rzeczy się odnoszę, lecz wyzywa mnie bym to powiedziała.
Wypuszczam oddech i przyciskam plecy do szafki, wpatrując się w stopy. – Wiesz – mówię, nie chcąc poruszać tematu jego przeszłości.
Holder staje przede mną i kładzie rękę na szafce koło mojej głowy, pochylając się do mnie. Podnoszę na niego wzrok, a on patrzy na mnie, mniej niż sześć cali od mojej twarzy.
- Nie wiem, bo unikasz jakiegokolwiek problemu jaki masz ze mną, jakbyś za bardzo się bała o nim powiedzieć. Po prostu to powiedz.
Patrząc na niego teraz, czując się złapaną w pułapkę, ta sama panika wraca do mojej piersi, którą zostawił tam po naszym pierwszym spotkaniu.
- Słyszałam o tym, co zrobiłeś – mówię gwałtownie. – Wiem o tym facecie, którego pobiłeś. Wiem, że zostałeś wysłany do poprawczaka. Wiem, że w ciągu tych dwóch dni w których cię znam, napędziłeś mi stracha przynajmniej trzy razy. A skoro jesteśmy szczerzy, wiem również że jeśli pytałeś o mnie, to zapewne wiesz o mojej reputacji, co jest bardziej niż możliwie jedynym powodem, dla którego w ogóle się dla mnie wysilasz. Przykro mi cię rozczarować, ale nie będę się z tobą pieprzyć. Nie chcę, żebyś myślał, że cokolwiek się pomiędzy nami wydarzy poza tym, co dzieje się teraz. Biegamy razem. To tyle. – Zaciska szczękę, ale nie zmienia wyrazu twarzy. Obniża ramię i cofa się o krok, dając mi przestrzeń bym mogła znowu oddychać. Nie rozumiem dlaczego ilekroć wstępuje on na odległość jednej stopy w moją przestrzeń osobistą, wysysa to ze mnie powietrze. Szczególnie nie rozumiem, czemu podoba mi się to uczucie.
Przyciskam książki do klatki piersiowej i zaczynam koło niego przechodzić, gdy ramię obejmuje mnie w talii, a ja jestem odciągana od Holdera. Zerkam w bok i widzę Graysona mierzącego Holdera od stóp do głów, zaciskając uchwyt na moim pasie.
- Holder – mówi chłodno Grayson. – Nie wiedziałem, że wracasz. – Holder nawet nie zauważa Graysona. Wciąż się we mnie wpatruje kilka sekund, odrywając ode mnie spojrzenie tylko po to, żeby spojrzeć na dłoń Graysona, która trzyma moją talię. Lekko kiwa głową i uśmiecha się, jakby zdał sobie z czegoś sprawę, po czym wraca spojrzeniem do moich oczu.
- Cóż, wróciłem – mówi otwarcie, nie patrząc bezpośrednio na Graysona.
Co to do diabła jest? Skąd przyszedł Grayson i dlaczego obejmuje mnie ramieniem jakby uznawał sobie do mnie prawo?
Holder przerywa ze mną kontakt wzrokowy i odwraca się, żeby odejść, ale nagle się zatrzymuje. Znowu się obraca i na mnie patrzy. – Testy na bieżnię są w czwartek po szkole – mówi. – Idź. – Potem znika.
Szkoda, że Grayson nie.
- Jesteś zajęta w tę sobotę? – Grayson mówi mi do ucha, przyciągając mnie do siebie.
Odpycham się od jego torsu, odciągając od niego szyję. – Przestań – mówię rozdrażniona. – Sądzę, że całkiem jasno się wyraziłam ostatniego weekendu.
Zamykam swoją szafkę i odchodzę, zastanawiając się jak, do diabła, unikałam dramatu przez całe moje życie, a teraz mam go dosyć na całą książkę z samych dwóch ostatnich dni.
Breckin zajmuje miejsce naprzeciwko mnie i przysuwa mi napój gazowany. – Nie mają kawy, ale znalazłem kofeinę.
Uśmiecham się. – Dziękuję ci, najlepszejszy przyjacielu w całym szerokim świecie.
- Nie dziękuj mi, kupiłem ją z niecnymi zamiarami. Wykorzystuję ją, żeby cię przekupić, bym mógł dowiedzieć się o twoim życiu miłosnym.
Śmieję się, otwierając sodę. – Cóż, będziesz rozczarowany, bo moje życie miłosne nie istnieje. – On otwiera swoją własną sodę i uśmiecha się szeroko. – Och, wątpię w to. Nie ze sposobu w jaki zły chłopak przygląda ci się stamtąd. – Wskazuje głową na prawo.
Holder jest trzy stoliki dalej, przypatrując mi się. Siedzi z kilkoma kolesiami z drużyny futbolowej, która wydaje się podekscytowana, mając go z powrotem. Poklepują go po plecach i mówią wokół niego, nie zauważając, że nie jest on nawet częścią ich rozmowy. Wypija łyk swojej wody, nie odrywając ode mnie wzroku. Odstawia swój napój na stół trochę zbyt mocno, po czym kiwa głową na prawo, wstając. Zerkam na prawo i widzę wyjście kafeterii. On idzie w jego stronę, oczekując, że za nim pójdę.
- Huh – mówię, bardziej do siebie niż do Breckina.
- Tak. Huh. Idź zobacz, czego on do diabła chce, potem zamelduj się do mnie. – Piję swoją sodę i kładę ją na stole. – Tak, proszę pana. – Moje ciało wstaje, żeby iść za Holderem, ale zostawiam serce przy stole. Jestem całkiem pewna, że wyskoczyło ono z mojej piersi, jak tylko dał mi on do zrozumienia, żebym za nim podążyła. Mogę przybierać dobrą maskę przy Breckinie ile chcę, ale cholera, jeśli nie mogę mieć trochę kontroli nad własnymi organami.
Holder jest parę stóp przede mną, a kiedy otwiera drzwi, szybko się one za nim zamykają.
Kładę rękę na drzwiach wahadłowych, gdy do nich dochodzę i waham się przez moment, zanim wychodzę na korytarz. Myślę, że wolałabym teraz iść na szlaban niż z nim rozmawiać. Mój żołądek jest związany w tyle węzłów, że wywołałoby to zazdrość w skaucie.
Patrzę w obydwie strony, ale go nie widzę. Idę parę kroków do przodu, aż dochodzę do krawędzi szafek, wtedy skręcam. On opiera plecy o jedną z nich ze zgiętym kolanem, stopa podpiera się na szafce za nim. Ma założone ramiona na torsie i patrzy prosto na mnie. Jasnoniebieska barwa jego oczu nawet nie jest wystarczająco miła, żeby ukryć za nimi złość.
- Umawiasz się z Graysonem?
Wywracam oczami, podchodząc do szafek naprzeciwko niego i opieram się o nie. Naprawdę zaczynam mieć już dosyć jego wahań nastroju, a dopiero poznałam faceta. – Ma to znaczenie? – Jestem ciekawa, jaka to w ogóle jest jego sprawa. On milczy przez chwilę, co zauważyłam że robi prawie zawsze zanim coś mówi.
- On jest dupkiem.
- Czasami ty też jesteś – mówię szybko, nie potrzebując tak dużo czasu, jak on, żeby odpowiedzieć.
- Nie jest dobry dla ciebie.
Wydaję zirytowany śmiech. – A ty jesteś? – pytam. Gdybyśmy notowali wyniki, powiedziałabym, że jest dwa zero na moją korzyść.
Opuszcza ramiona i odwraca się twarzą do szafek, uderzając jedną z nich wnętrzem dłoni. Dźwięk skóry uderzającej metal rozlega się w korytarzu i idzie prosto do mojego żołądka.
- Nie włączaj mnie w to – mówi, obracając się do mnie. – Mówię o Graysonie, nie o sobie. Nie powinnaś z nim być. Nie masz pojęcia, jaką jest on osobą. – Śmieję się. Nie dlatego, że jest zabawny… ale dlatego, że jest poważny. Ten facet, którego nawet nie znam poważnie próbuje mi powiedzieć z kim powinnam i nie powinnam się umawiać? Opieram głowę o szafkę w przypływie porażki.
- Dwa dni, Holder. Znam cię od dwóch dni. – Odpycham się od szafek za mną i podchodzę do niego. – W ciągu tych dwóch dni zobaczyłam pięć innych stron ciebie i tylko jedna z nich mi się podobała. Fakt, iż myślisz, że masz jakiekolwiek prawo żeby w ogóle wygłosić opinie o mnie lub moich decyzjach jest absurdalny. To śmieszne.
Holder porusza szczęką i wpatruje się we mnie, ramiona mocno zaciskając przy torsie. Bierze w moją stronę wyzywający krok. Jego oczy są tak twarde i chłodne, że zaczynam myśleć, iż jest to szósta jego strona, którą widzę. Jeszcze gniewniejsza, bardziej zaborcza strona.
- Nie lubię go. A kiedy widzę takie rzeczy? – Podnosi dłoń do mojej twarzy i delikatnie przebiega palcem pod widocznym siniakiem na moim oku. – A potem widzę jak on obejmuje cię ramieniem? Wybacz mi, jeśli staję się trochę śmieszny.
Jego koniuszki palców przesuwające się po mojej kości policzkowej pozostawiły mnie zdyszaną. Trudno jest nie zamknąć oczu i nie wtulić się we wnętrze jego dłoni, lecz szybko wracam do swojego postanowienia. Buduję odporność na tego chłopaka. Lub… przynajmniej się staram. W każdym razie to mój nowy cel.
Odsuwam się od niego o krok, aż jego ręka nie dotyka już mojej twarzy. On zaciska palce w pięść i opuszcza rękę na bok.
- Myślisz, że powinnam trzymać się z daleka od Graysona, ponieważ obawiasz się, że ma on temperament? – Przechylam głowę, mrużąc na niego oczy. – Trochę hipokrytyczne, nie sądzisz? - Po kolejnych kilku sekundach przyglądania mi się, krótko wzdycha z ledwie dostrzegalnym przewróceniem oczami. Odwraca wzrok i potrząsa głową, łapiąc się za kark. Pozostaje w tej pozycji, patrząc w przeciwną stronę przez parę chwil. Kiedy powoli się odwraca, nie patrzy mi w oczy. Znowu zakłada ramiona na klatce piersiowej i patrzy na podłogę.
- Czy on cię uderzył – mówi bez jakiejkolwiek zmiany w głosie. Trzyma głowę w dole, lecz spogląda na mnie spod rzęs. – Czy kiedykolwiek cię uderzył? – Znowu zaczyna, skłaniając mnie do uległości przez prostą zmianę zachowania. – Nie – mówię cicho. – I nie. Powiedziałam ci… to był wypadek.

Wpatrujemy się w siebie w kompletnej ciszy, aż dzwoni dzwonek na drugi lunch, a korytarz wypełnia się uczniami. Ja pierwsza przerywam kontakt wzrokowy. Wracam do bufetu bez jednego spojrzenia w tył. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz