8.3.14

6

Poniedziałek, 27 sierpnia, 2012
17:25
Bolą mnie płuca; moje ciało zdrętwiało na Aspen Road. Mój oddech przeszedł z kontrolowanego wdychania i wydychania do niekontrolowanych gwałtownych wdechów i sapań. W tym momencie zazwyczaj najbardziej kocham bieganie. Gdy każdy gram mojego ciała rozlewa się, pchając mnie dalej, pozostawiając mnie skupioną na następnym kroku i niczym więcej.
Moim następnym kroku.
Niczym innym.
Nigdy wcześniej nie pobiegłam tak daleko. Zwykle zatrzymuję się, kiedy wiem, że uderzam mój znak półtora mili kilka bloków wcześniej, ale tym razem tego nie zrobiłam. Pomimo znajomej desperacji, w której obecnie jest moje ciało, wciąż nie mogę zamknąć swojego umysłu. Dalej biegłam, mając nadzieję, że dojdę do tego punktu, ale zajmuje to o wiele dłużej niż zazwyczaj.
Jedyną rzeczą, która zmusza mnie do postanowienia żeby przestać jest fakt, że wciąż muszę pokryć tyle samo drogi idąc do domu i już prawie nie mam wody.
Zatrzymuję się na krawędzi podjazdu i opieram się o skrzynkę pocztową, odkręcając nakrętkę mojej butelki wody. Wycieram pot z czoła tyłem ramienia i podnoszę butelkę do ust, wlewając cztery krople do buzi nim butelka opustoszała. Już wychlałam całą butelkę wody w tym teksańskim upale. Cicho rugam siebie za opuszczenie mojego biegu dzisiejszego ranka. Jestem mięczakiem w ferworze.
Obawiając się o moje uwodnienie, postanawiam przejść drogę powrotną zamiast biec. Nie sądzę, żeby zmuszanie się wysiłku fizycznego zbyt uszczęśliwiłoby Kare. Wystarczająco się denerwuje, że biegam sama.
Zaczynam iść, kiedy słyszę za sobą znajomy głos.
- Hej, ty.
Jak gdyby moje serce już nie biło dość szybko, wolno się obracam i widzę spoglądającego na mnie Holdera, uśmiechającego się, jego dołeczki pokazujące się w kącikach ust. Jego włosy są mokre od potu i widoczne jest, że on też biegał.
Mrugam dwa razy, w połowie sądząc, że to fatamorgana spowodowana moim wyczerpaniem. Instynkt każe mi uciekać i krzyczeć, lecz ciało chce owinąć się wokół jego lśniących, spoconych ramion.
Moje ciało jest cholernym zdrajcą.
Na szczęście nie wyzdrowiałam po rozciąganiu, które właśnie skończyłam, więc nie będzie on w stanie powiedzieć, że mój nierówny oddech jest przeważnie z po prostu go zobaczenia.
- Hej – odpowiadam, zadyszana. Robię, co w mojej mocy, żeby utrzymywać wzrok na jego twarzy, ale wydaje się, że nie potrafię powstrzymać mojego spojrzenia od opuszczenia się poniżej jego szyi. Zamiast tego po prostu spuszczam oczy na stopy, aby uniknąć faktu, że nie ma on na sobie nic prócz szortów i butów do biegania. Sposób, w jakim jego szorty zwisają z jego bioder jest wystarczającym powodem dla mnie, bym zapomniała o każdej negatywnej rzeczy, której dziś się o nim dowiedziałam.
- Biegasz? – pyta, opierając łokieć na skrzynce pocztowej.
Kiwam głową. – Zazwyczaj rano. Zapomniałam jak gorąco jest popołudniu. – Próbuję podnieść na niego wzrok, unosząc dłoń nad oczami, żeby osłonić je przed słońcem, które jarzy się nad jego głową jak aureola.
Jak ironicznie.
On wyciąga rękę, a ja wzdrygam się, zanim zdaję sobie sprawę, że on tylko podaje mi swoją butelkę wody. Sposób, w jakim zaciskają się jego usta, by powstrzymać uśmiech daje mi wyraźnie do zrozumienia, iż on wie, jak nerwowa jestem obok niego.
- Wypij to. – Trąca mnie do połowy pustą butelką. – Wyglądasz na wyczerpaną. – Normalnie nie wzięłabym wody od nieznajomych. Szczególnie nie wzięłabym wody od ludzi, o których wiem, że są złymi wiadomościami, ale jestem spragniona. Tak cholernie spragniona.
Zabieram butelkę z jego rąk i odchylam głowę, jednym duszkiem wypijając trzy olbrzymie hausty. Bardzo chcę wypić resztę, ale również nie mogę wyczerpać jego zapasu. – Dzięki – mówię, oddając mu ją. Przecieram dłonią usta i patrzę za siebie na chodnik. – Cóż, mam kolejną półtora milę na powrót, więc lepiej już zacznę.
- Bliżej dwóch i pół – mówi, spuszczając wzrok na mój brzuch. Przyciska wargi do butelki bez wytarcia otworu, nie odwracając ode mnie spojrzenia, podczas gdy odchyla głowę i wypija resztę wody. Nie mogę się powstrzymać od obserwowania jego ust, jak pokrywają otwór butelki, który moje wargi właśnie dotykały. Praktycznie się całowaliśmy.
Potrząsam głową. – Co? – Nie jestem pewna czy powiedział coś na głos, czy nie. Jestem trochę zaabsorbowana wpatrywaniem się w pot spływający po jego torsie.
- Powiedziałem, że bliżej jest dwóch i pół. Mieszkasz na Conroe, które jest dwie mile stąd. To prawie pięć mili biegu w obydwie strony. – Mówi to, jakby był pod wrażeniem.
Przyglądam mu się dziwnie. – Wiesz, na której ulicy mieszkam?
- Taa.
Nie mówi nic więcej. Skupiam na nim wzrok i milczę, czekając na jakieś wyjaśnienie.
Widzi, że nie jestem zadowolona jego „taa”, więc wzdycha. – Linden Sky Davis, urodzona 29 września. 1455 Conroe Street. 160 cm wzrostu. Dawczyni.
Cofam się o krok, nagle widząc przed oczami moje bliskie morderstwo z rąk mojego wymarzonego prześladowcy. Zastanawiam się, czy powinnam przestać osłaniać wzrok przed słońcem, żeby lepiej mu się przyjrzeć, gdybym miała uciekać? Może będę musiała opisać jego rysy szkicownikowi.
- Twój dowód osobisty – tłumaczy, widząc na mojej twarzy mieszankę przerażenia i zdezorientowania. – Wcześniej pokazałaś mi swój dowód osobisty. W sklepie.
Z jakiegoś powodu te wyjaśnienie nie łagodzi mojego lęku. – Patrzyłeś na niego dwie sekundy. – On wzrusza ramionami. – Mam dobrą pamięć.
- Prześladujesz – mówię śmiertelnie poważnie.
Śmieje się. – Ja prześladuję? To ty stoisz przed moim domem. – Wskazuje przez ramię na dom za nim.
Jego dom? Jakie są na to piekielne szanse?
Prostuje się i stuka palcami o litery na przodzie skrzynki pocztowej.
Holdersowie.
Czuję krew napływającą do policzków, ale nie ma to znaczenia. Po połowie biegu popołudniowego w teksańskim upale i limitowanym zapasie wody, jestem pewna, że moje całe ciało jest poczerwieniałe. Staram się nie zerkać na jego dom, lecz ciekawość jest moją słabością. Skromny dom, nie zbyt krzykliwy. Dobrze wpasowuje się w średnio-dochodową dzielnicę, w której się znajdujemy. Tak jak samochód na jego podjeździe. Zastanawiam się czy to jego auto? Mogę domyślić się z jego rozmowy z jak-jej-na-imię ze sklepu spożywczego, że jest on mojego wieku, więc wiem, że musi żyć ze swoimi rodzicami. Ale jak to możliwe, że nigdy wcześniej go nie widziałam? Jak mogłam nie wiedzieć, że mieszkałam mniej niż trzy mile od jedynego istniejącego chłopca, który potrafił zamienić mnie w kulę frustrujących zawrotów głowy?
Odchrząkuję. – Dzięki za wodę. – Mogę myśleć tylko o tym, jak uciec z tej niezręczności. Macham mu szybko i ruszam w drogę.
- Poczekaj chwilkę – krzyczy za mną. Nie zwalniam, więc mija mnie i odwraca się, biegnąc tyłem do słońca. – Pozwól mi napełnić twoją butelkę. – Sięga i wyciąga butelkę wody z mojej lewej ręki, muskając przy tym dłonią mój brzuch. Znowu zamieram.
- Zaraz będę – mówi, biegnąc do swojego domu.
Jestem zbita z tropu. Kompletnie sprzeczny uczynek uprzejmości. Może to kolejny efekt uboczny rozdwojenia jaźni? Prawdopodobnie jest mutacją, tak jak Hulk. Albo Jekyll i Hyde. Zastanawiam się czy Dean jest jego miłym wizerunkiem, a Holder przerażającym. Holder jest zdecydowanie tym, kogo widziałam wcześniej w sklepie. Sądzę, że o wiele bardziej lubię Deana.
Czuję się nieswojo czekając, więc wracam do jego podjazdu, zatrzymując się, co parę chwil, by spojrzeć na drogę, która prowadzi do mojego domu. Nie mam pojęcia, co robić. Mam przerzucie, że jakąkolwiek podejmę decyzję w tej chwili, będzie ona po głupiej stronie wagi.
Powinnam zostać?
Powinnam uciekać?
Powinnam skryć się w krzakach, nim wróci on z kajdankami i nożem?
Zanim mam szansę uciec, jego drzwi wejściowe się otwierają i wychodzi on na zewnątrz z pełną butelką wody. Tym razem słońce jest za mną, więc nie muszę tak bardzo się męczyć, żeby go zobaczyć. Też nie jest to dobra rzecz, skoro jedynie chcę się w niego wpatrywać.
Ugh! Absolutnie nienawidzę pożądania.
Nienawidzę. Tego.
Każdy błonnik mojego istnienia wie, że nie jest on dobrą osobą, jednak moje ciało w ogóle nie wydaje się tym przejmować.
On podaje mi butelkę, a ja szybko upijam kolejne łyki. Nie cierpię teksańskiego gorąca, lecz połączone z Deanem Holderem, wydaje się jakbym stała u wrót piekła.
- Zatem… wcześniej? W sklepie? – mówi z nerwową pauzą. – Jeżeli cię zaniepokoiłem, przepraszam. – Płuca błagają mnie o powietrze, ale jakoś znajduję sposób na odpowiedź. – Nie zaniepokoiłeś mnie. – Tak jakby mnie przeraziłeś.
Holder mruży na mnie oczy przez parę sekund, analizując mnie. Odkryłam dziś, że nie lubię być analizowana… lubię być niezauważana. – Również nie próbowałem cię poderwać – mówi. – Po prostu myślałem, że byłaś kimś innym.
- To nic. – Wymuszam uśmiech, ale to nie jest nic. Czemu niespodziewanie zżera mnie rozczarowanie, że nie próbował mnie poderwać? Powinnam się cieszyć.
- Nie to, że nie chciałbym cię poderwać – dodaje z uśmiechem. – Jedynie nie robiłem tego w tym akurat momencie.
Och, dzięki ci, Jezusie. Jego wyjaśnienie wywołuje u mnie uśmiech, pomimo wszelkich prób, żeby go ukryć.
- Chcesz, żebym z tobą pobiegł? – pyta, kiwając głową w kierunku chodnika za mną.
Tak, proszę.
- Nie, jest dobrze.
Potakuje. – Cóż, i tak zmierzam w tamtą stronę. Biegam dwa razy na dzień i wciąż mam parę… - Milknie w połowie zdania i szybko do mnie podchodzi. Łapie moją brodę i odchyla mi głowę.
- Kto ci to zrobił? – Ta sama twardość, którą zobaczyłam w jego oczach w sklepie spożywczym powraca za jego gniewnym spojrzeniem.
- Twoje oko nie było takie wcześniej.
Wyrywam brodę i zbywam to śmiechem. – Był to wypadek. Nigdy nie przerywaj drzemki nastoletniej dziewczyny. – On się nie uśmiecha. Zamiast tego przysuwa się krok bliżej i posyła mi twarde spojrzenie, po czym przesuwa kciukiem pod moim okiem. – Powiedziałabyś komuś, prawda? Gdyby ktoś ci to zrobił? – Chcę odpowiedzieć. Naprawdę. Po prostu nie mogę. On dotyka mojej twarzy. Jego ręka jest na moim policzku. Nie mogę myśleć, nie mogę mówić, nie mogę oddychać. Intensywność wydzielająca się z jego całego istnienia wysysa powietrze z moich płuc i siłę z moich kolan. Potakuję nieprzekonująco, a on marszczy brwi, po czym odsuwa rękę.
- Biegnę z tobą – mówi, bez wątpienia. Kładzie dłonie na moich ramionach i odwraca mnie w przeciwnym kierunku, lekko mnie popychając. Zrównuje się ze mną krokiem i biegniemy w ciszy.
Chcę się do niego odezwać. Chcę zapytać go o jego rok w poprawczaku, czemu rzucił szkołę, czemu ma ten tatuaż… ale zbyt bardzo boję się poznać odpowiedzi. Nie wspominając już o tym, że jestem kompletnie bez tchu.
Więc zamiast tego biegniemy w całkowitej ciszy całą drogę powrotną do mojego domu.
Kiedy zbliżamy się do mojego podjazdu, obydwoje zwalniamy do spaceru. Nie mam zielonego pojęcia, jak to zakończyć. Nikt nigdy ze mną nie biega, więc nie jestem pewna jak się postępuje, gdy dwoje biegaczy się rozdziela. Odwracam się i szybko mu macham. – Chyba do zobaczenia?
- Absolutnie – mówi, patrząc prosto na mnie.
Uśmiecham się do niego niezręcznie i obracam. Absolutnie? Przewracam te słowo w głowie, kierując się do podjazdu. Co on ma przez to na myśli? Nie próbował zdobyć mojego numeru, pomimo tego, że nie wiedział iż takiego nie mam. Nie zapytał czy chcę znowu z nim biegać. Ale powiedział absolutnie jakby był pewien; a ja tak jakby miałam nadzieję, że jest.
- Sky, poczekaj. – Sposób, w jaki jego głos oplata się wokół mojego imienia sprawia, że chciałabym, by jedynym słowem w jego całym słowniku było Sky. Obracam się i modlę, żeby wymyślił kolejną tandetną gadkę na podryw. Totalnie bym się na nią teraz nabrała.
- Zrobisz mi przysługę?
Cokolwiek. Zrobię cokolwiek, o co mnie poprosisz, tak długo jak jesteś bez koszulki.
- Tak?
Rzuca mi swoją butelkę wody. Łapię ją i patrzę na pustą butelkę, czując poczucie winy, że sama nie pomyślałam o zaoferowaniu mu jej napełnienia. Potrząsam nią w powietrzu i kiwam głową, po czym wbiegam po schodach i do domu. Karen załadowuje zmywarkę do naczyń, kiedy wchodzę do kuchni. Gdy drzwi wejściowe zamykają się za mną, wdycham gwałtownie powietrze, o które błagały mnie płuca.
- Mój Boże, Sky. Wyglądasz, jakbyś miała zemdleć. Usiądź. – Wyciąga butelkę z moich rąk i pcha mnie na krzesło. Pozwalam jej ją napełnić, podczas gdy ja wdycham powietrze przez nos, a wydycham ustami. Ona odwraca się i podaje mi ją, a ja zakręcam ją, potem wstaję i wybiegam na zewnątrz, żeby mu ją dać.
- Dzięki – mówi. Stoję i patrzę, jak przyciska te same pełne wargi do otworu butelki wody.
Znowu praktycznie się całujemy.
Nie potrafię rozróżnić efektu, który miał na mnie mój niemal pięcio-milowy bieg od efektu, który miał na mnie Holder. Obydwa sprawiają, że czuję się jakbym miała zemdleć z braku tlenu. Holder zakręca nakrętkę na butelce wody, a jego spojrzenie przesuwa się po moim ciele, zatrzymując się na mojej nagiej przeponie trochę za długo, nim dosięga moich oczu. – Biegasz na bieżni?
Zakrywam brzuch lewym ramieniem i zaciskam ręce na pasie. – Nie. Choć myślę o spróbowaniu.
- Powinnaś. Ledwie jesteś zdyszana, a właśnie przebiegłaś blisko pięć mil – mówi. – Jesteś w ostatniej klasie?
On nie ma pojęcia, jak wiele wysiłku kosztuje mnie nie padnięcie na chodnik i sapanie z braku powietrza. Nigdy wcześniej nie biegałam tak dużo za jednym razem i wymaga ode mnie wszystkiego, co mam, żeby udać, jakby to nie była wielka sprawa. Najwyraźniej to działa.
- Nie powinieneś już wiedzieć czy jestem w ostatniej klasie? Zaniedbujesz swoje prześladowcze umiejętności. – Kiedy pojawiają się jego dołki, chcę przybić sobie piątkę.
- Cóż, tak jakby utrudniasz prześladowanie ciebie – mówi. – Nawet nie mogłem znaleźć cię na Facebooku. – Właśnie przyznał, że sprawdzał mnie na Facebooku. Poznałam go mniej niż dwie godziny temu, więc fakt, że poszedł prosto do domu i sprawdzał mnie na Facebooku jest trochę schlebiający. Mimowolny uśmiech pojawia się na mojej twarzy, a ja chcę uderzyć tę żałosną usprawiedliwiającą dziewczynę, która opanowała moje normalnie obojętne ja.
- Nie jestem na Facebooku. Nie mam dostępu do Internetu – wyjaśniam.
Przenosi na mnie wzrok i uśmiecha się ironicznie, jakby nie wierzył w to co mówię. Odsuwa włosy z czoła. – Co z twoim telefonem? Nie możesz mieć Internetu na komórce?
- Żadnej komórki. Moja matka nie jest fanką nowoczesnej technologii. Także żadnego telewizora.
- Cholera – śmieje się. – Mówisz poważnie? Co robisz dla zabawy? – Odwzajemniam jego uśmiech i wzruszam ramionami. – Biegam.
Holder znowu mi się przygląda, na krótko zrzucając uwagę na mój brzuch. Od teraz będę zastanawiać się dwa razy, zanim postanowię ubrać na dwór sportowy biustonosz.
- W takim razie, nie zdarzyłoby ci się wiedzieć o jakiej porze pewien ktoś wstaje na swoje poranne biegi, prawda? – Podnosi na mnie wzrok, a ja w ogóle nie widzę osoby, którą opisała mi Six.
Widzę tylko faceta flirtującego z dziewczyną z na wpół podenerwowanym, ujmującym błyskiem w oku.
- Nie wiem czy chciałbyś wstawać tak wcześnie – mówię. To, jak na mnie patrzy połączone z teksańskim upałem nagle sprawia, że wzrok mi się zamazuje, więc wciągam głęboki wdech, chcąc teraz wyglądać na wszystko prócz wyczerpaną i wytrąconą z równowagi.
Nachyla głowę w moją stronę i mruży oczy. – Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę wstawać tak wcześnie. – Błyska mi swoim pełnym dołków uśmiechem, a ja mdleję.
Nie… dosłownie. Zemdlałam.
I bazując na bólu w ramieniu oraz brudzie i żwiru przyklejonych do policzka, nie był to piękny, pełen gracji upadek. Straciłam przytomność i walnęłam w chodnik, zanim w ogóle miał on szansę mnie złapać.
Tak bardzo niepodobne do bohaterów w książkach.
Leżę płasko na kanapie, przypuszczalnie tam gdzie położył mnie po wniesieniu mnie do środka. Karen stoi nade mną ze szklanką wody, a Holder jest za nią, obserwując następstwo najbardziej żenującego momentu mojego życia.
- Sky, wypij trochę wody – mówi Karen, podnosząc mój kark, przyciskając mnie do szklanki. Upijam łyk, po czym opadam na poduszkę i zamykam oczy, mając nadzieję, że znowu stracę przytomność.
- Przyniosę ci chłodną szmatkę – mówi Karen. Otwieram oczy, mając nadzieję, że Holder zdecydował wymknąć się, kiedy Karen opuściła pokój, ale on wciąż tutaj jest. I teraz jest bliżej. Kuca na podłodze obok mnie i wyciąga rękę do moich włosów, wyciągając coś, co przypuszczam było brudem albo żwirem.
- Jesteś pewna, że nic ci nie jest? Był to dosyć paskudny upadek. – Jego oczy pełne są troski i ściera coś z mojego policzka kciukiem, po czym kładzie rękę na kanapie obok mnie.
- O Boże – mówię, zakrywając oczy ramieniem. – Tak mi przykro. To takie upokarzające. – Holder łapie mój nadgarstek i odciąga ramię od mojej twarzy. – Cii. – Troska w jego spojrzeniu znika i żartobliwy uśmiech opanowuje jego rysy. – Trochę się z tego cieszę. – Karen wraca do salonu. – Masz szmatkę, skarbie. Chcesz coś na ból? Masz mdłości? – Zamiast podać mi szmatę, podaje ją Holderowi i wraca do kuchni. – Mogę mieć trochę nagietku albo korzenia łopianu. – Świetnie. Jakbym nie była wystarczająco zawstydzona, zamierza ona pogorszyć to zmuszając mnie do wypicia przed nim jej domowych nalewek.
- Nic mi nie jest, mamo. Nic nie boli.
Holder delikatnie kładzie szmatkę na moim policzku i go wyciera. – Teraz możesz nie być obolała, ale będziesz – mówi, zbyt cicho, żeby Karen go usłyszała. Odwraca wzrok od badania mojego policzka i łączy ze mną spojrzenie. – Powinnaś coś wziąć na wszelki wypadek.
Sama nie wiem dlaczego propozycja brzmi bardziej zachęcająco wychodząc z jego ust, niż Karen, ale kiwam głową. Przełykam ślinę. Wstrzymuję oddech. Zaciskam uda. I próbuję usiąść, ponieważ ja leżąca na kanapie z nim nachylającym się nade mną sprawi, że znowu zemdleję.
Gdy on widzi mój wysiłek, by wstać, bierze mnie za łokieć i mi pomaga. Karen wchodzi do salonu i podaje mi małą szklankę soku pomarańczowego. Jej nalewki są tak gorzkie, że muszę wypijać je z sokiem, aby uniknąć ich wyplucia. Biorę ją od niej i wypijam szybciej niż kiedykolwiek, po czym natychmiast oddaję jej szklankę. Po prostu chcę żeby wróciła do kuchni.
- Wybacz mi – mówi ona, wyciągając dłoń do Holdera. – Jestem Karen Davis. – Holder wstaje i ściska jej rękę. – Dean Holder. Przyjaciele nazywają mnie Holderem. – Jestem zazdrosna, że ona może dotknąć jego dłoni. Chcę wziąć numerek i ustawić się w kolejce. – Znacie się ze Sky? – pyta ona.
On spuszcza na mnie wzrok, w tej samej chwili kiedy ja patrzę na niego. Jego warga ledwie unosi się w uśmiechu, ale zauważam.
- Tak naprawdę, to nie – mówi, patrząc na nią. – Jak sądzę, byłem po prostu we właściwym miejscu we właściwej chwili.
- Cóż, dziękuję, że jej pomogłeś. Nie wiem dlaczego zemdlała. Nigdy nie zemdlała. – Spogląda na mnie. – Zjadłaś coś dzisiaj?
- Kęs kurczaka na lunchu – mówię, nie przyznając się do Snickersów, które miałam przed biegiem. – Jedzenie bufetowe jest do bani.
Ona przewraca oczami i wyrzuca ręce w powietrze. – Czemu biegałaś bez najpierw zjedzenia? – Wzruszam ramionami. – Zapomniałam. Zazwyczaj nie biegam wieczorami.
Idzie do kuchni ze szklanką i ciężko wzdycha. – Nie chcę żebyś już biegała, Sky. Co by się stało, gdybyś była sama? I tak biegasz za dużo. – Musi sobie ze mnie żartować. Nie ma mowy, żebym przestała biegać.
- Proszę posłuchać – mówi Holder, przyglądając się jak reszta koloru spływa z mojej twarzy. Patrzy w stronę kuchni na Karen. – Mieszkam na Rover i biegam tędy codziennie w popołudniowych biegach. – (Kłamie. Zauważyłabym.) – Jeśli poczułaby się pani lepiej, z przyjemnością mogę biegać z nią przez następny tydzień lub więcej o porankach. Zazwyczaj biegam na bieżni w szkole, ale to nic. Wie pani, żeby się upewnić, że to znowu się nie wydarzy.
Ach. Żarówka. Nic dziwnego, że te mięśnie brzucha wyglądały znajomo.
Karen wraca do salonu i patrzy na mnie, potem na niego. Wie jak bardzo czerpię przyjemność z moich samotnych biegów, ale widzę w jej oczach, że byłoby jej lepiej, gdybym miała partnera do biegania.
- Nie mam nic przeciwko – mówi, wracając do mnie spojrzeniem. – Jeżeli Sky myśli że to dobry pomysł. – Tak. Tak myślę. Ale tylko jeśli mój nowy partner do biegania jest bez koszulki.
- Może być. – Wstaję, a kiedy to robię, znowu dostaję zawrotów głowy. Chyba moja twarz pobladła, bo Holder kładzie rękę na moim ramieniu w ciągu ułamku sekundy, sadzając mnie z powrotem na kanapie. – Powoli – mówi. Podnosi spojrzenie na Karen. – Ma pani jakieś krakersy, które mogłaby ona zjeść? Mogą pomóc. – Karen odchodzi do kuchni, a Holder patrzy na mnie, jego oczy znów pełne są zatroskania.
- Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – Przeciąga kciukiem po moim policzku.
Drżę.
Diabelski uśmiech wkrada się na jego twarz, kiedy widzi moje starania zakrycia gęsiej skórki na ramionach.
Zerka za mnie na Karen w kuchni, następnie skupia wzrok na moim.
- O której godzinie powinienem jutro przyjść cię prześladować? – szepcze.
- Szósta trzydzieści? – odszeptuję, wpatrując się w niego bezradnie.
- Szósta trzydzieści brzmi dobrze.
- Holder, nie musisz tego robić.
Jego hipnotyzujące błękitne oczy przeszukują moją twarz przez parę milczących sekund, a ja nie mogę się powstrzymać od gapienia na jego równie hipnotyzujące wargi, kiedy mówi. – Wiem, że nie muszę tego robić, Sky. Robię, co chcę. – Pochyla się do mojego ucha i obniża głos do szeptu. – A chcę z tobą biegać. – Odchyla się i przygląda mi się. Z powodu całego chaosu demonstrującego się w mojej głowie i brzuchu, nie udaje mi się zebrać odpowiedzi.
Karen wraca z krakersami. – Jedz – mówi, kładąc je w mojej ręce.
Holder wstaje i żegna się z Karen, po czym odwraca się do mnie. – Uważaj na siebie. Do zobaczenia rano?
Potakuję i patrzę, jak wychodzi. Nie mogę oderwać wzroku od frontowych drzwi, po tym jak za nim się zamykają. Tracę to. Całkowicie straciłam jakąkolwiek formę samokontroli. Więc to właśnie uwielbia Six? To jest pożądanie?
Nie cierpię go. Całkowicie wręcz nienawidzę tego pięknego, magicznego uczucia.

- On był taki miły – mówi Karen. – I przystojny. – Odwraca się do mnie twarzą. – Nie znasz go? – Wzruszam ramionami. – Wiem o nim – mówię. I tylko to mówię. Gdyby ona tylko wiedziała, jakiego beznadziejnego chłopca właśnie mi przypisała jako „partnera do biegania”, dostałaby napadu furii. Im mniej wie o Deanie Holderze, tym lepiej będzie dla nas obydwu.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz