11.3.14

Losing Hope - rozdział siódmy


- Czy to będzie dla pana wszystko? – pyta kasjer.
W myślach przebiegam przez listę zakupów, kończąc na ciasteczkach. – Tak – mówię, wyciągając portfel z kieszeni, żeby zapłacić. Czuję ulgę, że wchodzę i wychodzę bez zobaczenia kogoś, kogo znam.
- Hej, Holder.
Powiedziałem zbyt szybko.
Podnoszę wzrok na kasjerkę obsługującą kolejkę obok mnie, która się na mnie gapi. Praktycznie oferuje się na talerzu sposobem w jaki na mnie patrzy. Kimkolwiek jest ta dziewczyna, jej mina błaga o uwagę. Trochę mi jej żal, zwłaszcza, że jej głos zmienił się w ten irytujący, piszczący, dlaczego-dziewczyny-myślą-że-gadanie-jak-dziecko-jest-seksowne ton. Zerkam na jej plakietkę z imieniem, bo szczerze to za cholerę nie potrafię przypomnieć sobie jej twarzy.
- Hej… Shayla. – Kiwam jej głową, potem patrzę na mojego kasjera, mając nadzieję, że moja powściągliwa odpowiedź uświadomi ją, że nie jestem w nastroju na karmienie jej ego.
- Shayna – mówi gniewnie.
Ups.
Raz jeszcze spoglądam na jej identyfikator, rozczarowany, że daję jej jeszcze większy powód do dalszego gadania. Jednak na jej identyfikatorze wyraźnie jest napisane Shayla. Chce mi się śmiać, ale czuję do niej teraz więcej współczucia. – Przepraszam. Ale zdajesz sobie sprawę, że na twoim identyfikatorze napisane jest Shayla, prawda?
Od razu unosi identyfikator na jej fartuchu i marszczy brwi. Mam nadzieję, że jest to na tyle żenujące, że już więcej na mnie nie spojrzy, ale to nawet jej nie peszy.
- Kiedy wróciłeś? – pyta.
Nie mam pojęcia kim jest ta laska, ale jakimś cudem ona zna mnie. Nie tylko mnie zna, ale wie, że musiałem wyjechać, żeby wrócić. Wzdycham, rozczarowany, że wciąż nie doceniam zamiłowania ludzi do plotek.
- W zeszłym tygodni – odpowiadam, bez większych wyjaśnień
- Więc pozwolą ci wrócić do szkoły? – dopytuje.
Co jest z tą częścią jej pytania „pozwolą ci”? Kiedy nie pozwolono mi wrócić do szkoły? To musi być połączone z jakąś plotką.
- Bez znaczenia. Nie wracam.
Nie zdecydowałem jeszcze czy jutro wrócę, skoro dzisiaj mi się nie udało. Zależy to tylko od mojej dzisiejszej rozmowy z mamą, ale łatwiej wydaje się dać ludziom to, czego pragną, co jest jeszcze większym paliwem dla plotek. Poza tym, jeśli rozwieję każdą rzecz, którą ludzie mówili o mnie przez ostatni rok, nie będzie już nikogo do rozprzestrzeniania plotek.
- Jesteś do bani, stary – mówi cicho mój kasjer, zabierając z mojej ręki kartę kredytową. – Zakładaliśmy się jak długo zajmie jej zorientowanie się, że jej identyfikator ma błąd. Nosi go od dwóch miesięcy, a ja zakładałem się o trzy. Właśnie przegrałem przez ciebie dwadzieścia dolców.
Parskam śmiechem. Oddaje mi kartę kredytową i wkładam ją do portfela. – Moja wina – mówię. Wyciągam dwudziestodolarowy banknot i podaję mu go. – Weź to, bo jestem dość pewien, że byś wygrał.
Potrząsa głową, nie chcąc wziąć dwudziestki.
Wkładam pieniądze z powrotem do portfela, kiedy dostrzegam kątem oka kogoś w kolejce obok. Dziewczyna całkowicie się odwróciła i patrzy na mnie, najprawdopodobniej próbując przykuć moją uwagę w ten sam sposób co Shayna/Shayla. Mam tylko nadzieję, że ta laska nie zacznie z tym samym dziecięcym głosikiem.
Podnoszę na nią wzrok, żeby tylko szybko spojrzeć. Naprawdę chciałem uniknąć patrzenia na nią, ale kiedy ludzie lustrują cię spojrzeniem trudno jest nie nawiązać kontaktu wzrokowego, nawet na sekundę. Ale w chwili, kiedy patrzę jej w oczy zamieram.
Teraz nie mogę odwrócić wzroku, chociaż cholernie staram się odepchnąć obraz stojący przede mną.
Moje serce zamiera.
Czas zamiera.
Cały świat zamiera.
Moje szybkie zerknięcie zmienia się w pełne, niezamierzone gapienie się.
Rozpoznaję te oczy.
To są oczy Hope.
To jest jej nos, jej usta, jej wargi, jej włosy. Wszystko w tej dziewczynie należy do Hope. Ze wszystkich razów z przeszłości, kiedy myślałem, że dostrzegłem ją, gdy patrzyłem na dziewczyny w moim wieku, to nigdy nie byłem bardziej pewny niż w tej chwili. Jestem tego tak pewien, że nie potrafię mówić. Nie sądzę, że mógłbym wymówić jej imię, nawet jeśli błagałaby mnie o to.
Tak wiele przepływa przeze mnie teraz emocji i nie potrafię stwierdzić czy jestem zły, szczęśliwy, czy cholernie przerażony.
Czy ona też mnie rozpoznaje?
Nadal wpatrujemy się w siebie i nie mogę przestać się zastanawiać czy ja jej wyglądam znajomo. Nie uśmiecha się. Chciałbym, żeby się uśmiechnęła, ponieważ wszędzie rozpoznałbym uśmiech Hope.
Opuszcza brodę, odwraca spojrzenie i szybko odwraca się do jej kasjerki. Wyraźnie jest speszona i nie w ten sam sposób, co zazwyczaj peszę dziewczyny takie jak Shayna/Shayla. Jest to całkowicie inna reakcja, co jeszcze bardziej mnie zastanawia czy ona mnie pamiętała.
- Hej. – Mimowolnie te słowo wydobywa się głośno z moich ust i dostrzegam, że się wzdryga, gdy mówię. Teraz pośpiesza kasjerkę, prędko łapiąc swoje siatki. Niemal tak jakby próbowała ode mnie uciec.
Dlaczego ona próbuje ode mnie uciec? Jeżeli teraz mnie nie rozpoznała… to czemu była tak poruszona? A jeśli mnie rozpoznała, to czemu nie była szczęśliwa?
Prędko opuszcza sklep, więc biorę swoje siatki i zostawiam rachunek kasjerowi. Muszę wydostać się na zewnątrz zanim ona odjedzie. Nie mogę znowu dać jej odejść. Wychodzę na parking, szukając jej. Na szczęście nadal ładuje swoje zakupy na tylne siedzenie. Zatrzymuję się przed podejściem do niej od tyłu, mając nadzieję, że wyjdę na szaleńca, bo dokładnie tak się teraz czuję.
Właśnie zamierza zamknąć drzwi, więc cofam się o kilka kroków.
Nie sądzę, że kiedykolwiek tak bardzo bałem się odezwać.
Co mam powiedzieć? Co do diabła mam powiedzieć?
Wyobrażałem sobie ten moment przez trzynaście lat i nie mam pieprzonego pojęcia jak do niej podejść.
- Hej.
Hej? Jezu, Holder. Ładnie. Naprawdę ładnie.
Ona zamiera w połowie ruchu. Widzę po tym jak unoszą się i opadają jej ramiona, że nabiera uspokajającego wdechu. Czy potrzebuje uspokojenia przeze mnie? Moje serce bije szybko i trzynastoletnia tłumiona adrenalina przepływa przez całe moje ciało.
Trzynaście lat. Szukałem jej trzynaście lat i prawdopodobnie właśnie mogłem ją znaleźć. Żywą. W tym samym mieście, co ja. Powinienem być uszczęśliwiony, ale nie mogę przestać myśleć o Les i o tym jak modliła się każdego dnia o tę chwilę. Les spędziła całe życie marząc o tym, żebyśmy znaleźli Hope, a kiedy ją znalazłem Les jest martwa. Jeśli ta dziewczyna naprawdę jest Hope, to będę zdruzgotany, że pojawiła się o trzynaście miesięcy za późno.
Dobra, może nie zdruzgotany. Zapomniałem, że te słowo w rezerwie. Ale byłbym dość mocno wkurzony.
Teraz stoi do mnie twarzą. Patrzy prosto na mnie i dobija mnie to, ponieważ chcę ją złapać, przytulić i powiedzieć jak bardzo przepraszam za zrujnowanie jej życia, ale nie mogę nic z tego zrobić, bo patrzy na mnie, jakby nie miała bladego pojęcia kim jestem. Chcę po prostu krzyknąć. – Hope! To ja! To Dean!
Łapię się za kark i staram się przetrawić tę całą sytuację. Nie tak wyobrażałem sobie odnalezienie jej. Fabularyzowałem i odgrywałem w głowie przez te wszystkie lata, ale myślałem, że jej powrót będzie bardziej kulminacyjny. Myślałem, że miałaby o wiele więcej łez, o wiele więcej uczuć i nie będzie wyglądać na niemal… zakłopotaną?
Wyraz jej twarzy ani trochę nie przypomina rozpoznania. Wygląda na przerażoną. Może ona mnie nie rozpoznaje. Może wyglądała na speszoną, przez to jak idiotycznie się na nią gapiłem. Może wygląda na przerażoną, bo praktycznie pobiegłem za nią i nie daję jej na to żadnego wyjaśnienia. Stoję tutaj jak dziwaczny prześladowca i nie mam nawet pojęcia jak zapytać ją czy jest dziewczyną, którą straciłem tyle lat temu.
Lustruje mnie ostrożnie wzrokiem. Wyciągam rękę, mając nadzieję na złagodzenie jej strachu przedstawieniem się. – Jestem Holder.
Opuszcza wzrok na moją wyciągniętą rękę i zamiast uścisnąć moją dłoń, cofa się do tyłu.
- Czego chcesz? – pyta ostro, ostrożnie spoglądając mi w twarz.
Zdecydowanie nie spodziewałem się takiej reakcji.
- Um – mówię, nie chcąc wyglądać na zaskoczonego. Ale szczerze to nie miałem nadzieję na taki kierunek tej sytuacji. Nawet nie wiedziałem jaki to był kierunek. Zaczynam wątpić we własny rozsądek. Patrzę na mój samochód po drugiej stronie parkingu i chciałbym po prostu odejść, ale wiem, że gdybym to zrobił, to żałowałbym nie porozmawiania z nią.
- To może zabrzmieć głupio – ostrzegam, patrząc na nią – ale wyglądasz naprawdę znajomo. Masz coś przeciwko, jak zapytam o twoje imię?
Wypuszcza oddech i wywraca oczami, potem sięga za siebie do klamki samochodu. - Mam chłopaka – odpowiada. Odwraca się i otwiera drzwi, po czym szybko wsiada do środka. Zaczyna zamykać drzwi, ale chwytam je ręką.
Nie mogę pozwolić jej odjechać dopóki nie będę pewien, że ona nie jest Hope. Nigdy nie byłem niczego tak pewien w swoim życiu i nie zamierzam pozwolić trzynastu latom poczucia winy, obsesji i analizowania jej zniknięcia pójść na marne tylko dlatego, iż obawiam się, że ją wkurzę.
- Twoje imię. Tylko tego chcę.
Patrzy się na moją dłoń przytrzymującą drzwi. – Mógłbyś? – mówi przez zaciśnięte zęby. Jej oczy wędrują do tatuażu na moim ramieniu, a moja adrenalina jeszcze bardziej się podnosi, gdy go odczytuje, mając nadzieję, że to coś jej powie. Jeżeli nie potrafi przypomnieć sobie mojej twarzy, to jestem prawie pewien, że przypomni sobie przezwisko, które dałem jej i Les.
W jej oczach nie ma nawet najmniejszego błysku emocji.
Znowu próbuje zamknąć drzwi, ale odmawiam ich puszczenia, dopóki nie dostanę od niej tego, co chcę.
- Twoje imię. Proszę.
Kiedy tym razem mówię proszę, jej twarz trochę łagodnieje i patrzy na mnie. Dopiero gdy tak na mnie patrzy, bez całego gniewu, to zdaję sobie sprawę dlaczego jestem tak speszony. To dlatego, że zależy mi na tej dziewczynie bardziej niż jakiejkolwiek innej dziewczynie na świecie oprócz Les. Gdy byliśmy dziećmi kochałem Hope jak siostrę i zobaczenie jej ponownie przywróciło wszystkie te emocje. Wywołuje to drżenie moich rąk, walenie mojego serca i ból mojej klatki piersiowej, ponieważ chcę tylko objąć ją ramionami, trzymać ją i dziękować Bogu, że nareszcie się odnaleźliśmy.
Lecz wszystkie te uczucie hamują z piskiem opon, kiedy zła odpowiedź opuszcza jej usta. - Sky – odpowiada cicho.
- Sky – mówię głośno, próbując nabrać temu sensu. Bo ona nie jest Sky. Jest Hope. Ona nie może nie być moją Hope.
Sky.
Sky, Sky, Sky.
Ona nie mówi, że jest Hope, lecz imię Sky wciąż jest niesamowicie znajome. Co jest takiego szczególnego w tym imieniu?
Potem to do mnie dociera.
Sky.
To o tej dziewczynie mówił Grayson w sobotnią noc.
 - Jesteś pewna? – pytam, mając nadzieję na cud, że jest tak tępa jak Shayna i dała mi po prostu złe imię. Jeśli naprawdę nie jest Hope, to całkowicie rozumiem jej reakcję na moje widocznie nieobliczalne zachowanie.
Wzdycha i wyciąga z tylnej kieszeni swój dowód osobisty. - Jestem pewna, że znam swoje imię – mówi, pokazując mi go.
Biorę go od niej.
Linden Sky Davis.
Zalewa mnie przypływ rozczarowania, pochłaniając mnie. Topiąc mnie. Czuję się jakbym znowu ją tracił.
- Przepraszam – mówię, odsuwając się od samochodu. – Mój błąd.
Przygląda mi się, jak coraz bardziej cofam się od auta, żeby mogła zamknąć drzwi. Wygląda trochę na rozczarowaną. Nie chcę nawet myśleć o tym jaki wyraz widzi teraz na mojej twarzy. Jestem pewien, że to mieszanka gniewu, rozczarowania, zawstydzenia… ale przeważnie strachu. Patrzę jak odjeżdża i czuję się jakbym raz jeszcze puszczał Hope.
Wiem, że ona nie jest Hope. Udowodniła, że nie była Hope.
Więc dlaczego mój instynkt każe mi ją zatrzymać?
- Cholera – jęczę, przeczesując palcami włosy. Jestem poważnie popaprany. Nie potrafię przeboleć Hope. Nie potrafię przeboleć Les. Robi się tak źle, że gonię przypadkowe dziewczyny po cholernym parkingu sklepu spożywczego?
Odwracam się i walę pięścią w maskę samochodu obok mnie, wkurzony na siebie za myślenie, że w końcu miałem wszystko poukładane. Nie mam niczego poukładanego. Ani trochę.
***
Nie wysiadam nawet całkiem z samochodu, kiedy już włączam na telefonie Facebooka. Wpisuję imię Sky i nie ma żadnych wyników. Otwieram drzwi wejściowe i kieruje się prosto po schodach na górę, żeby pójść po mojego laptopa.
Nie potrafię dać temu spokoju. Jeżeli nie przekonam siebie, że ona nie jest Hope, to oszaleję. Otwieram laptopa i znowu wpisuję jej informację, ale nic się nie pojawia. Przez pół godziny przeszukuję każdą stronę o jakiej mogę pomyśleć, ale jej imię nie daje żadnych wyników. Próbuję wyszukać jej urodziny, ale raz jeszcze nic nie wychodzi.
Wpisuję informację o Hope i od razu dostaję ekran pełen artykułów. Ale ja nie muszę na nie patrzeć. Spędziłem ostatnich parę lat na czytaniu każdego artykułu informującym o zniknięciu Hope. Znam je na pamięć. Zamykam komputer.

Muszę pobiegać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz