8.3.14

7

Poniedziałek, 27 sierpnia, 2012
19:10
- Co ci się do cholery stało w twarz? – Jack puszcza moją brodę i przechodzi obok mnie do lodówki.
Jack był stałym elementem życia Karen już od półtora roku. Je z nami kolację kilka wieczorów w tygodniu, a ponieważ dziś jest wyjeżdżająca kolacja Six, zaszczyca on nas swoją obecnością. Jak bardzo lubi dręczyć Six, wiem, że on też będzie za nią tęsknił.
- Skopałam dziś tyłek drodze – odpowiadam.
On się śmieje. – Więc to stało się drodze.
Six bierze kromkę chleba i otwiera słoik Nutelli. Łapię swój talerz i napełniam go najnowszą mieszanką wegańską Karen. Gotowanie Karen jest nabytym smakiem, takim którego Six wciąż nie nabrała po czterech latach.
Z drugiej strony Jack jest bliźniaczym ucieleśnieniem Karen, więc nie ma nic przeciwko gotowaniu. Menu dzisiejszego wieczoru składa się z czegoś, czego nawet nie potrafię wymówić, lecz jest całkowicie pozbawione produktów pochodzenia zwierzęcego, tak jak zawsze.
Karen nie zmusza mnie do jedzenia wegańskiego, więc dopóki jestem w domu zazwyczaj jem, co chcę.
Wszystko, co je Six jest jedynie jedzone do skompletowania jej dania głównego, Nutelli. Dziś ma kanapkę z serem i Nutellą. Nie wiem czy kiedykolwiek mogłabym się tym rozsmakować.
- Więc kiedy się wprowadzasz? – pytam Jacka. On i Karen dyskutowali następny krok, ale nigdy nie wydają się przejść przez garb jej surowej anty-technologicznej zasady. Cóż, Jack nie może go przejść. Nie jest to garb, na który kiedykolwiek będzie wspinać się Karen.
- Kiedy tylko twoja mama ustąpi i będzie ESPN – mówi Jack.
Nie kłócą się o to. Myślę, że ich porozumienie jest dla nich obydwoje dobre, więc żadne z nich nie spieszy się, by poświęcić ich sprzeczne opinie na temat współczesnej technologii.
- Sky zemdlała dziś na drodze – mówi Karen, zmieniając temat. – Jakiś uroczy męski chłopiec wniósł ją do środka.
Śmieję się. – Facet, mamo. Proszę, po prostu powiedz facet.
Six piorunuje mnie wzrokiem po drugiej stronie stołu i zdaję sobie sprawę, że nie powiedziałam jej o moim popołudniowym biegu. Również nie powiedziałam jej o moim pierwszym dniu w szkole. Dziś był aktywny dzień. Zastanawiam się, komu będę opowiadać, kiedy ona jutro wyjedzie? Tylko myśl o niej będącej na drugim krańcu świata za dwa dni napełnia mnie strachem. Mam nadzieję, że Breckin wejdzie w jej buty. Cóż, prawdopodobnie bardzo chciałby wejść w jej buty. Dosłownie. Ale mam nadzieję, że zrobi to w przenośnym znaczeniu.
- Nic ci nie jest? – pyta Jack. – Musiał być to całkiem dobry upadek, żeby mieć tak podbite oko. – Sięgam do oka i krzywię się. Całkowicie zapomniałam o podbitym oku. – Nie jest ono z omdlenia. Six walnęła mnie łokciem. Dwa razy.
Spodziewam się, że jedno z nich przynajmniej zapyta dlaczego Six mnie zaatakowała, lecz tego nie robią. Pokazuje to jak bardzo ją kochają. Nawet nie przejęliby się gdyby mnie pobiła, powiedzieliby mi, że zapewne na to zasłużyłam.
- Nie irytuje cię posiadanie numeru jako imienia? – pytą ją Jack. – Nigdy tego nie zrozumiałem. Tak jakby rodzic nazwał swoje dziecko po jednym z dni tygodni. – Zatrzymuje swój widelec w powietrzu i patrzy na Karen. – Kiedy będziemy mieć dziecko, nie zrobimy mu tego. Cokolwiek, co można znaleźć w kalendarzu jest zakazane.
Karen gapi się na niego z twarzą zimną jak głaz. Gdybym miała zgadywać przez jej reakcję, pierwszy raz Jack wspomniał dzieci. Gdybym miała zgadywać na podstawie wyrazu jej twarzy, dzieci nie są czymś, co przewiduje ona w swojej przyszłości. Kiedykolwiek.
Jack skupia uwagę na Six. – Czy twoim prawdziwym imieniem nie jest Seven czy Thirteen, czy coś takiego? Nie rozumiem dlaczego wybrałaś Six. Możliwe najgorsza liczba, jaką mogłaś wybrać.
- Zamierzam zaakceptować twoje obelgi, jakie one nie są – mówi Six. – To właśnie jest twój sposób pogrzebania załamania nad moją nieuchronną obecnością.
Jack śmieje się. – Pogrzeb moje obelgi gdziekolwiek chcesz. Będzie ich więcej, kiedy wrócisz za sześć miesięcy.
Po tym jak Jack i Six wychodzą, pomagam Karen w kuchni z naczyniami. Od chwili, gdy Jack wspomniał dzieci, była ona wyjątkowo milcząca.
- Czemu tak bardzo cię to wkurzyło? – pytam ją, podając jej talerz do płukania.
- Co?
- Jego komentarz o posiadaniu z tobą dziecka. Jesteś po trzydziestce. Ludzie w twoim wieku cały czas mają dzieci.
- Było to zauważalne?
- Dla mnie tak.
Bierze ode mnie kolejny talerz do płukania, po czym wzdycha. – Kocham Jacka. Także kocham siebie i ciebie. Lubię nasz porządek i nie wiem czy jestem gotowa, żeby go zmienić, tym bardziej przynieść kolejne dziecko do obrazka. Ale Jack jest tak zdeterminowany, żeby iść dalej.
Zakręcam wodę i wycieram ręce w ręcznik do rąk. – Będę miała osiemnastkę za kilka tygodni, mamo. Jak bardzo chcesz, żeby nasz porządek był taki sam… nie będzie. Wyjadę do college’u po następnym semestrze, a ty będziesz mieszkać tutaj sama. Nie zaszkodzi rozważyć pomysłu, by przynajmniej pozwolić mu się wprowadzić. – Ona uśmiecha się do mnie, lecz jest to bolesny uśmiech, taki jak zawsze, kiedy wspominam college. – Rozważam ten pomysł, Sky. Uwierz mi. Po prostu to wielki krok, który nie może być cofnięty, kiedy jest zrobiony.
- Jednak, co jeśli to krok, którego nie chcesz cofnąć? Co jeśli to krok, który sprawi, że będziesz chciała zrobić następny krok i kolejny, aż będziesz biec sprintem? – Ona się śmieje. – Tego właśnie się obawiam.
Wycieram blat i płuczę ścierkę w zlewie. – Czasami cię nie rozumiem.
- A ja również nie rozumiem ciebie – mówi, szturchając mnie w ramię. – Nigdy za nic w życiu nie zrozumiem dlaczego tak bardzo chciałaś iść do publicznej szkoły. Wiem, że powiedziałaś, że to zabawa, ale powiedz mi jak naprawdę się czujesz.
Wzruszam ramionami. – Było dobrze – kłamię. Mój upór wygrywa za każdym razem. Nie ma mowy, żebym powiedziała jej jak bardzo dziś nienawidziłam szkoły, pomimo faktu, że ona nigdy by nie powiedziała „A nie mówiłam.” Wyciera ręce do sucha i uśmiecha się do mnie. – Cieszę się to słyszeć. Może kiedy zapytam cię znowu jutro, powiesz mi prawdę.

Wyciągam z plecaka książkę, którą dał mi Breckin i opadam na moje łóżko. Przeszłam przez całe dwie strony, kiedy Six wspina się przez moje okno.
- Najpierw szkoła, potem prezent – mówi. Siada obok mnie na łóżku, a ja kładę książkę na stoliku nocnym.
- Szkoła była do bani. Dzięki tobie i twojej niezdolności do odmówienia facetom, odziedziczyłam twoją okropną reputację. Lecz przez boską interwencję, zostałam uratowana przez Breckina, adoptowanego gejowskiego mormona, który nie potrafi śpiewać ani grać, ale kocha czytać i jest moim nowym najlepszejszym przyjacielem w całym szerokim świecie. – Six wydyma wargi. – Nawet jeszcze nie opuściłam domu, a ty już mnie zastąpiłaś? Podłe. I oficjalnie to nie mam niezdolności do odmawiania facetom. Mam niezdolność do uchwycenia moralnych konsekwencji przedmałżeńskiego seksu. Całe mnóstwo przedmałżeńskiego seksu.
Kładzie pudełko na moich kolanach. Niezapakowane pudełko.
- Wiem, co myślisz – mówi. – I już powinnaś wiedzieć, że mój brak pakowania nie odzwierciedla tego, co do ciebie czuję. Po prostu jestem leniwa.
Podnoszę pudełko i nim potrząsam. – To ty wyjeżdżasz, wiesz. To ja powinnam dać tobie prezent.
- Tak, powinnaś. Ale jesteś do bani w dawaniu prezentów, a ja nie oczekuję, że zmienisz się z mojego powodu. – Ma ona rację. Jestem okropną dawczynią prezentów, ale przeważnie dlatego, bo tak bardzo nienawidzę dostawania prezentów. Jest to niemal tak samo niezręczne jak płaczący ludzie. Odwracam pudełko i znajduję klapę, wtedy ją otwieram. Wyciągam bibułkę i na moją dłoń wypada komórka.
- Six – mówię. – Wiesz, że nie mogę…
- Zamknij się. Nie mam mowy, żebym jechała na drugi koniec świata bez sposobu na komunikację z tobą. Nawet nie masz adresu mailowego.
- Wiem, ale nie mogę… nie mam pracy. Nie mogę za to zapłacić. I Karen…
- Uspokój się. To opłacona komórka. Włożyłam wystarczająco minut, żebyśmy mogły do siebie pisać raz na dzień, kiedy mnie nie będzie. Nie mogę pozwolić sobie na międzynarodowe rozmowy telefoniczne, więc tutaj nie masz szczęścia. A żeby trzymać się z okrutnymi, pokręconymi wartościami rodzicielskimi twojej matki, nawet nie ma Internetu na tej cholernej rzeczy. Tylko esemesowanie. – Bierze telefon i włącza go, po czym wpisuje jej informacje kontaktowe. – Jeśli zdobędziesz seksownego chłopaka, gdy mnie nie będzie, zawsze możesz dodać dodatkowe minuty. Ale jeśli wykorzysta on jakiekolwiek moje, odetnę mu jaja. – Zwraca mi telefon, a ja przyciskam guzik strony głównej. Jej informacja kontaktowa jest Twoja bardzo, BARDZO najlepszejsza przyjaciółka w całym szerokim świecie.
Jestem do bani w otrzymywaniu prezentów i naprawdę jestem do bani w pożegnaniach. Odkładam komórkę do pudełka i pochylam się, żeby podnieć mój plecak. Wyciągam książki i układam je na podłodze, potem odwracam się i opróżniam na niej plecak, patrząc jak banknoty dolarowe opadają na jej kolana.
- Jest tutaj trzydzieści siedem dolarów – mówię. – Powinno to utrzymać cię, dopóki nie wrócisz. Wesołego dnia wymiany zagranicznej.
Podnosi garść dolarów i wyrzuca je w powietrze, następnie opada na łóżko. – Tylko jeden dzień w szkole i suki już zawaliły ci szafkę szkolną? – śmieje się. – Imponujące. – Kładę kartkę pożegnalną na jej klatce piersiowej, którą jej napisałam, potem opieram głowę na jej ramieniu. – Myślisz, że to jest imponujące? Powinnaś widzieć jak działałam na rurze w kafeterii. – Ona unosi kartkę i przejeżdża po niej palcami, uśmiechając się. Nie otwiera jej, bo wie, że nie lubię, kiedy rzeczy stają się niezręcznie emocjonalne. Odkłada kartkę z powrotem na pierś i kładzie głowę na moim ramieniu.
- Jesteś taką zdzirą – mówi cicho, starając się powstrzymać łzy, które jesteśmy zbyt uparte, by wypłakać.

- Tak słyszałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz