11.3.14

Losing Hope - rozdział ósmy i pół

Les,
Cholera jasna, Les. CHOLERA. JASNA.
Wydaje mi się, że minęła wieczność odkąd do ciebie pisałem, ale to było dopiero co tego poranka. Tyle się wydarzyło, moje ręce się trzęsą i ledwo mogę pisać.
Wciąż nie rozmawiałem jeszcze z mamą o rzuceniu szkoły, ale tylko dlatego, że nie jestem już taki pewien czy chcę rzucać. Zobaczymy po jutrze.
Siedzisz? Posadź tyłek, Les.
Ja.
Znalazłem.
Hope.
Ale nie znalazłem.
Cóż, nadal nie jestem taki przekonany, że nie znalazłem, ale jestem bardziej pewien, że nie jest ona Hope niż pewien, że jest. Czy to w ogóle ma sens? W chwili, kiedy ją zobaczyłem byłem pewien, że to ona. Lecz kiedy zorientowałem się, że ona mnie nie rozpoznała, pomyślałem, że może się mylę albo ona udaje, albo… sam nie wiem. Zacząłem w siebie wątpić. Potem zachowałem się trochę prześladowczo i szalenie, więc pokazała mi jej dowód, co było z jej strony naprawdę głupie, jeśli wziąć pod uwagę to jak prześladowczo się zachowywałem. Ale jej dowód osobisty dowiódł, że nie była Hope, co mnie załamało, ale tylko na parę godzin. Bo kiedy poszedłem pobiegać, znowu na nią wpadłem dzięki przeznaczeniu, zbiegu okoliczności, boskiej interwencji albo może ty miałaś coś z tym wspólnego. Cokolwiek czy ktokolwiek brał w tym udział, ona tam stała, tuż przed naszym domem, wyglądając tak pięknie i w ogóle. Jezu, wyglądała dobrze, Les.
Jestem pewien, że chcesz to usłyszeć, prawda?
Tak czy inaczej, teraz jestem przekonany, iż jeśli ona naprawdę jest Hope, to pamiętałaby mnie. Zwłaszcza po tym jak powiedziałem jej matce, że nazywam się Dean Holder. Zerknąłem na Sky, żeby zobaczyć czy moje pierwsze imię daje jej do myślenia, ale patrząc na jej brak reakcji, nic jej to nie przypominało, więc nie ma mowy, że jest ona tą samą dziewczyną.
Chcesz dowiedzieć się najdziwniejszej rzeczy, Les? Części całego tego dnia, która najbardziej wytrąciła mnie z równowagi?
Nawet nie chcę, żeby ona była Hope.
Jeśli ona jest Hope, cały ten dramat, cały stres i uwaga mediów znowu by nas otoczyły, a ja nie chcę tego dla niej. Ta dziewczyna wygląda na szczęśliwą i zdrową, a nie tak wyobrażałem sobie naszą Hope, gdybyśmy ją odnaleźli. Więc cieszę się, że Sky to nie Hope, a Hope to nie Sky.
Przekonałem Daniela, żeby trochę powęszył i trochę się o niej dowiedziałem. Od wielu lat mieszka w tym obszarze i była nauczana w domu przez matkę, która tak w ogóle wygląda na bardzo miłą.
Daniel powiedział również, że nie umawia się oficjalnie z Graysonem, więc to plus. Nadal nie jestem pewien jaki ma ona z nim związek, bo według Daniela zdecydowanie ma jakiś z nim związek. Mam nadzieję, że to zatrzymam zanim zrobi się z tego coś znaczącego.
Przepraszam, że gadam od rzeczy. Po prostu to był taki dzień, którego wcale się nie spodziewasz, gdy rano się budzisz. Dam ci znać jak pójdzie jutrzejszy dzień. Jestem winny Danielowi jeden dzień szkoły.
P.S. Sky miała dzisiaj podbite oko. Nie powiedziała co tak naprawdę się wydarzyło, ale wiesz jak robię się paranoiczny z rzeczami choć trochę połączonymi z Graysonem. Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy wróciłaś do domu z tymi siniakami na ramieniu, Les. Błagałaś mnie, żebym go nie zabijał, ponieważ przysięgam ci, że zrobiłbym to, gdybyś nie przyrzekła, że on tego nie zrobił.
Nie wiem czy mówiłaś prawdę, gdy mówiłaś, że stało się to podczas zajęć lekkoatletycznych. Nie wiem czy Grayson jest zdolny do zrobienia czegoś takiego. Lecz widząc Sky z tym siniakiem pod okiem, podniosły mi się tak emocje, jak wtedy, kiedy myślałem, że Grayson cię skrzywdził. A ciebie już tutaj nie ma, bym mógł cię ochraniać, więc czuję tę nieubłagalną potrzebę do chronienia Sky, a nawet jej nie znam.
Nie mów tego Danielowi, nie żebyś mogła, ale pojawiłbym się jutro w szkole niezależnie od tego czy postawiłby ten warunek. Muszę na własne oczy zobaczyć jak zachowują się ze sobą Sky i Grayson, żebym mógł postanowić czy tym razem muszę go zabijać.

H

Losing Hope - rozdział ósmy

Ona nie ma żadnych wyraźnych cech, które pamiętam. Żadnych znamion. Fakt, że zobaczyłem dziewczynę z brązowymi włosami oraz brązowymi oczami i poczułem, że była tą samą brązowowłosą, brązowooką dziewczynką sprzed trzynastu lat całkiem możliwie graniczy z obsesją.
Czy ja mam obsesję? Czy czuję się, że nie będę mógł przeboleć śmierci Les jeśli nie naprawię przynajmniej jednej z rzeczy, którą spieprzyłem w życiu?
Zachowuję się absurdalnie. Muszę dać temu spokój. Muszę dać spokój temu, że nigdy nie odzyskam Les i nigdy nie znajdę Hope.
Mam te same myśli przez całe dwie mile mojego biegu. Ciężar w mojej piersi unosi się z każdym krokiem, który biorę. Z każdym krokiem przypominam sobie, że Sky to Sky, a Hope to Hope, Les jest martwa, zostałem tylko ja i muszę się ogarnąć.
Bieg zaczyna pomagać mi w złagodzeniu napięcia, które stworzyło się po incydencie w sklepie. Przekonałem się, że Sky to nie Hope, ale z jakiegoś powodu, chociaż jestem niemal przekonany, że nie jest ona Hope, to wciąż myślę o Sky. Nie mogę wyrzucić jej z głowy i zastanawiam się czy to wina Graysona. Gdybym nie usłyszał jak mówił o niej na tamtej imprezie, to pewnie dość szybko zapomniałbym o incydencie w sklepie i wcale bym o niej nie myślał.
Lecz nie mogę powstrzymać tego rosnącego pragnienia do bronienia jej. Wiem jaki jest Grayson i jakimś cudem tylko widząc tę dziewczyny przez parę minut wiem, że nie zasługuje ona na to, przez co prawdopodobnie on ją przeprowadzi. Żadna dziewczyna na tym świecie nie zasługuje na faceta w typie Graysona.
Sky powiedziała w sklepie, że ma chłopaka i możliwość, że może uważać Graysona za swojego chłopaka załazi mi za skórę. Nie wiem dlaczego, tak po prostu jest. Tylko kilkominutowe myślenie, że była Hope już sprawiło, że czuję się wobec niej niezwykle terytorialny.
Zwłaszcza teraz, kiedy skręcam za rogiem i widzę jak stoi przed moim domem.
Ona jest tutaj. Dlaczego ona jest tutaj, do diabła?
Przestaję biec i kładę ręce na kolanach, nie odrywając oczu od jej pleców i łapiąc przy tym oddech. Dlaczego ona stoi przed moim domem, do diabła?
Stoi na krawędzi mojego podjazdu, opierając się o skrzynkę pocztową. Wypiła całą butelkę wody i potrząsa nią nad ustami, próbując wyciągnąć z niej więcej wody, ale jest kompletnie pusta. Gdy zdaje sobie z tego sprawę, jej ramiona opadają i unosi twarz do nieba.
Z tymi nogami to wyraźne, że jest biegaczką.
Jasna cholera, nie mogę oddychać.
Próbuję przypomnieć sobie wszystko z jej dowodu i to, co mówił o niej w sobotę Grayson, bo nagle chcę wiedzieć wszystko, co można o niej wiedzieć. Nie dlatego, iż wydawało mi się, że była Hope, ale dlatego, że kimkolwiek jest… jest cholernie piękna. Nie wiem czy w ogóle dostrzegłem w sklepie jak atrakcyjna była, bo moje myśli tam nie zachodziły. Ale teraz, widząc ją przed sobą? Moje myśli bardzo tam zachodzą.
Bierze głęboki wdech, potem zaczyna iść. Od razu przyśpieszam i ją doganiam.
- Hej, ty.
Zatrzymuje się na dźwięk mojego imienia i jej ramiona natychmiast się napinają. Powoli się odwraca i nie mogę powstrzymać uśmiechu na ostrożny wyraz jej twarzy.
- Hej – odpowiada, zszokowana widząc mnie przed sobą. Właściwie to teraz wydaje się być bardziej zrelaksowana. Nie jest mną tak przerażona jak na parkingu, o tyle dobrze. Jej oczy powoli opadają na mój tors, potem spodenki. Na chwilę podnosi wzrok na moją twarz, po czym spuszcza go na swoje stopy.
Swobodnie opieram się o skrzynkę pocztową i udaję, że ignoruję fakt, iż przed chwilą totalnie zlustrowała mnie wzrokiem. Zignoruję to, żeby oszczędzić jej zażenowania, ale zdecydowanie o tym nie zapomnę. Właściwie to zapewne przez resztę dnia będę myśleć o tym jak jej oczy przesuwały się po moim ciele.
- Biegasz? – pytam. Jest to prawdopodobnie najoczywistsze pytanie na świecie, ale teraz nie myślę zbyt rozsądnie.
Potakuje, wciąż oddychając ciężko po efekcie jej ćwiczeń. – Zazwyczaj rano – przyznaje. -  Zapomniałam jak gorąco jest popołudniu. – Podnosi rękę do oczu, żeby osłonić je przed słońcem, gdy na mnie patrzy. Jej skóra jest zarumieniona, a usta suche. Wyciągam do niej moją butelkę wody, a ona znowu się wzdryga. Staram się nie roześmiać, ale czuję się dość żałośnie, że tak bardzo przestraszyłem ją w sklepie, iż teraz myśli, że mogę ją skrzywdzić.
- Wypij to. – Macham do niej moją butelką wody. – Wyglądasz na wyczerpaną.
Bierze bez wahania butelkę i przyciska usta do brzegu, wypijając kilka łyków. – Dzięki – mówi, oddając mi ją. Wierzchem dłoni ściera wodę z górnej wargi i zerka za siebie. – Cóż, mam kolejną półtora milę na powrót, więc lepiej już zacznę.
- Bliżej dwóch i pół – mówię. Staram się nie gapić, lecz jest to strasznie trudne, kiedy ma na sobie prawie nic i każdy kształt jej ust, szyi, ramion, klatki piersiowej i brzucha wygląda jakby był stworzony dla mnie. Gdybym mógł zamówić sobie idealną dziewczynę, to nawet nie zbliżyłbym się do wersji stojącej teraz przede mną.
Przystawiam butelkę wody do ust, wiedząc, że najprawdopodobniej tylko tak blisko będę jej ust. Nie mogę nawet oderwać od niej spojrzenia na tyle długo, żeby się napić.
- Co? – pyta, potrząsając głową. Wygląda na wytrąconą z równowagi. Boże, proszę, niech tak będzie.
- Powiedziałem, że bliżej jest dwóch i pół. Mieszkasz na Conroe, które jest dwie mile stąd. To prawie pięć mili biegu w obydwie strony. – Nie znam wielu dziewczyn, które biegają, nie mówiąc już o pięciu milach. Imponujące.
Mruży oczy i unosi ramiona, zakładając je na brzuchu. – Wiesz, na której ulicy mieszkam?
- Taa.
Jej spojrzenie pozostaje chłodne i skupione na mnie, a ona milczy. Ostatecznie jej oczy leciutko się zwężają i wygląda na to, że zaczyna ją irytować moja narastająca cisza.
– Linden Sky Davis, urodzona 29 września; 1455 Conroe Street. 160 cm wzrostu. Dawczyni.
Gdy tylko słowo ‘dawczyni’ opuszcza moje usta, cofa się o krok, jej zirytowane spojrzenie zmienia się w mieszankę szoku i strachu. - Twój dowód osobisty – mówię szybko, wyjaśniając dlaczego tyle o niej wiem. – Wcześniej pokazałaś mi swój dowód osobisty. W sklepie.
- Patrzyłeś na niego dwie sekundy – odpowiada obronnie.
Wzruszam ramionami. – Mam dobrą pamięć.
- Prześladujesz.
Śmieję się. – Ja prześladuję? To ty stoisz przed moim domem. – Pokazuję na dom za mną, potem stukam palcami w skrzynkę pocztową, żeby pokazać jej, że to ona jest intruzem.  Nie ja.
Jej oczy powiększają się w zawstydzeniu, kiedy przygląda się domowi za mną. Jej twarz czerwienieje ze świadomością jak to musiało wyglądać, że stała sobie przypadkiem przed moim domem. - Dzięki za wodę – mówi szybko. Macha do mnie i obraca się, ruszając.
- Poczekaj chwilkę – wołam za nią. Przebiegam obok niej i obracam się, starając się wymyślić wymówkę, żeby jeszcze nie odchodziła, – Pozwól mi napełnić twoją butelkę. – Biorę od niej butelkę. - Zaraz będę. – Rzucam się do domu, mając nadzieję na kupienie sobie z nią więcej czasu. Wyraźnie mam wiele do nadrobienia w wydziale pierwszych wrażeń.
- Kim jest ta dziewczyna? – pyta mama, kiedy wchodzę do kuchni. Trzymam butelkę Sky pod kranem, dopóki nie jest pełna, a wtedy odwracam się do niej. – Nazywa się Sky – mówię z uśmiechem. – Poznałem ją wcześniej w sklepie.
Mama zerka na nią przez okno, potem patrzy na mnie i przekrzywia głowę. – I już przyprowadziłeś ją do naszego domu? Trochę szybko, nie uważasz?
Unoszę butelkę wody. – Zdarzyło się jej przebiegać tutaj, a teraz nie ma już wody. – Ruszam do drzwi i odwracam się do mamy, puszczając jej oko. – Na szczęście dla mnie, zdarza się nam mieć wodę.
Śmieje się. Uśmiechy na twarzy mojej mamy są miłe, bo jest ich tak mało i tak rzadko. – No to powodzenia, Casanovo – woła za mną.
Oddaję Sky butelkę, a ona od razu zabiera się za picie. Staram się znaleźć sposób na naprawienie mojego pierwszego wrażenia.
- Zatem… wcześniej? – odzywam się niepewnie. - W sklepie? Jeżeli cię zaniepokoiłem, przepraszam.
Patrzy mi prosto w oczy. - Nie zaniepokoiłeś mnie.
Kłamie. Absolutnie ją zaniepokoiłem. Nawet ją przeraziłem. Ale patrzy na mnie teraz z takim przekonaniem.
Jest dezorientująca. Naprawdę dezorientująca.
Przyglądam jej się przez minutę, mocno próbując ją rozgryźć, ale nie mam pojęcia. Gdybym teraz spróbował ją poderwać, to nie wiem czy by mnie walnęła, czy pocałowała. W tej chwili jestem pewien, że nie przeszkadzałoby mi żadne z tych dwóch.
- Również nie próbowałem cię poderwać – mówię, pragnąc wyciągnąć z niej jakąś reakcję. – Po prostu myślałem, że byłaś kimś innym.
- To nic – odpowiada cicho. Jej uśmiech jest nieznaczny i rozczarowanie w jej głosie jest wyraźne. Uśmiecham się, wiedząc, że trochę ją rozczarowałem.
- Nie to, że nie chciałbym cię poderwać – wyjaśniam. – Jedynie nie robiłem tego w tym akurat momencie.
Uśmiecha się. Po raz pierwszy dostaję od niej szczery uśmiech i czuję się, jakbym właśnie wygrał triatlon.
- Chcesz, żebym z tobą pobiegł? – pytam, wskazując na jej drogę do domu.
- Nie, jest dobrze.
Kiwam głową, ale nie podoba mi się jej odpowiedź. – Cóż, i tak zmierzam w tamtą stronę. Biegam dwa razy na dzień i wciąż mam parę…
Podchodzę do niej bliżej, gdy dostrzegam świeżego, wyraźnego siniaka pod jej okiem. Łapię jej brodę i odchylam jej głowę, żeby lepiej się przyjrzeć. Moje wcześniejsze myśli są odsunięte na bok i nagle czuję ogromną potrzebę skopania tyłka komukolwiek, kto ją dotknął.
- Kto ci to zrobił? Twoje oko nie było takie wcześniej.
Odsuwa się ode mnie. – To był wypadek. Nigdy nie przerywaj drzemki nastoletniej dziewczyny. – Stara się zbyć to śmiechem, ale ja wiem lepiej. W przeszłości widziałem wiele niewyjaśnionych siniaków na Les, żeby wiedzieć, że dziewczyny potrafią ukrywać takie coś lepiej niż każdy chce to przyznać.
Przesuwam kciukiem po jej siniaku, uspokajając przepływający przeze mnie gniew. – Powiedziałabyś komuś, prawda? Gdyby ktoś ci to zrobił?
Ona tylko się we mnie wpatruje. Bez odpowiedzi. Żadnego „Tak, oczywiście, żebym powiedziała”. Nawet małego „Może”. Jej brak potwierdzenia zabiera mnie do takich sytuacji z Les. Nigdy nie przyznała, że Grayson fizycznie ją krzywdził, ale siniaki, które widziałem na jej ramieniu tydzień przed tym jak zmusiłem go do zerwania z nią, niemal zakończyły się morderstwem. Jeżeli dowiem się, że to on zrobił to Sky, to nie będzie miał już ręki, żeby ją dotknąć.
- Biegnę z tobą – mówię. Kładę stanowczo ręce na jej barkach i obracam ją, nie dając jej szansy na zaprotestowanie.
Ale nawet nie próbuje protestować. Zaczyna biec, więc dorównuję jej spokojnym tempem. Gotuję się w środku przez całą drogę do jej domu. Wkurzony, że nigdy nie dotarłem do sedna tego, co działo się z Les i wkurzony, że Sky może mierzyć się z tym samym gównem.
Nie rozmawiamy przez całą drogę do jej domu, dopóki nie odwraca się i macha mi na pożegnanie na krawędzi jej podjazdu. – Chyba do zobaczenia? – pyta, idąc tyłem do jej domu.
- Absolutnie – odpowiadam, dobrze wiedząc, że znowu się z nią zobaczę. Zwłaszcza, gdy wiem, gdzie mieszka.
Uśmiecha się i obraca w stronę domu, a dopiero gdy jest w połowie drogi zdaję sobie sprawę, że nie mam jak się z nią skontaktować. Nie ma Facebooka, więc tak się z nią nie skontaktuję. Nie mam jej numeru telefonu. Nie mogę pojawić się w jej domu niezapowiedziany.
Nie chcę, żeby odchodziła, dopóki nie będę wiedział na pewno, że znowu z nią porozmawiam.
Natychmiast odkręcam nakrętkę mojej butelki i wylewam wodę na trawnik. Zakręcam z powrotem nakrętkę.
- Sky, poczekaj – wołam. Zatrzymuje się i obraca. - Zrobisz mi przysługę?
- Tak?
Rzucam jej niby przypadkiem pustą butelkę wody. Łapie ją, potakuje i biegnie do środka, żeby ją napełnić. Wyciągam z kieszeni komórkę i piszę do Daniela.
Sky Davis. Dziewczyna, o której Grayson gadał w sobotni wieczór? Czy ona ma chłopaka?
Sky otwiera drzwi frontowe i wraca na zewnątrz, kiedy on odpowiada.
Z tego co słyszałem, to ma kilku.
Wciąż wpatruję się w wiadomość, gdy ona dociera do mnie z wodą. Biorę ją od niej i upijam trochę, nie wiedząc dlaczego trudno jest mi znaleźć prawdę w wiadomości Daniela. Choć wciąż jest dla mnie zagadką, to widzę po tym jak jest pełna rezerwy, że nie tak łatwo ufa ludziom. Opierając się na mojej interakcji z nią, ona po prostu nie pasuje do opisu, który wszyscy jej nadają.
Zakręcam nakrętkę na butelce i robię co mogę, żeby nie odrywać wzroku od jej oczu, ale niech to szlag, jeśli teraz ten sportowy biustonosz nie jest magnesem. - Biegasz na bieżni?
Zakrywa brzuch ramionami, a ten ruch sprawia, że chcę się walnąć za to że tak wyraźnie jej się przyglądam. Nie chcę sprawiać, żeby czuła się niekomfortowo. ‘
- Nie – odpowiada. - Choć myślę o spróbowaniu.
- Powinnaś. Ledwie jesteś zdyszana, a właśnie przebiegłaś blisko pięć mil. Jesteś w ostatniej klasie?
Uśmiecha się. Już po raz drugi tak się do mnie uśmiechnęła, a to naprawdę zaczyna mieszać mi w głowie.
- Nie powinieneś już wiedzieć czy jestem w ostatniej klasie? – pyta, wciąż się uśmiechając. - Zaniedbujesz swoje prześladowcze umiejętności.
Śmieję się. - Cóż, tak jakby utrudniasz te prześladowanie. Nawet nie mogłem znaleźć cię na Facebooku.
Znowu się uśmiecha. Nie cierpię tego, że to liczę. Trzy.
- Nie jestem na Facebooku – odpowiada. - Nie mam dostępu do Internetu.
Nie wiem czy okłamuje mnie, żeby łatwo mnie spławić, czy może mówi szczerze o braku dostępu do Internetu. Nie wiem, w które ciężej jest uwierzyć. - Co z twoim telefonem? Nie możesz mieć Internetu na komórce?
Unosi ramiona, żeby poprawić kucyka i czuję się, jakby to mnie teraz brakowało tchu. - Żadnej komórki. Moja matka nie jest fanką nowoczesnej technologii. Także żadnego telewizora.
Czekam na jej śmiech, ale po kilku sekundach wyraźne jest, że mówi poważnie. Nie jest dobrze. Jak do diabła mam pozostać z nią w kontakcie? Nie, żebym tego potrzebował. Po prostu mam przeczucie, że będę chciał. - Cholera – śmieję się. – Mówisz poważnie? Co robisz dla zabawy?
Wzrusza ramionami. - Biegam.
Tak, zdecydowanie to robi. A jeśli ja będę miał w tym coś do powiedzenia, to nie będzie już biegała sama.
- W takim razie – mówię, pochylając się do niej - nie zdarzyłoby ci się wiedzieć o jakiej porze pewien ktoś wstaje na swoje poranne biegi, prawda?
Wciąga szybko powietrze, potem próbuje opanować to uśmiechem. Trzy i pół.
- Nie wiem czy chciałbyś wstawać tak wcześnie – odpowiada.
Gdyby tylko wiedziała, że poszedłbym tak daleko, że nawet nie poszedłbym już nigdy spać, gdyby tylko zgodziła się ze mną biegać. Nachylam się jeszcze bliżej i zniżam głos. – Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę wstawać tak wcześnie.
Gdy tylko pojawia się jej czwarty uśmiech, ona znika. Dzieje się to tak szybko, że nie mam nawet czasu na reakcję. Dźwięk, który wydaje, gdy uderza o beton sprawia, że się krzywię. Od razu kucam i przewracam ją.
- Sky? – mówię, potrząsając nią. Jest nieprzytomna. Patrzę w kierunku jej domu, po czym podnoszę ją i pędzę do drzwi. Nie kłopoczę się pukaniem, bo nie mam dodatkowych dłoni. Unoszę nogę i kopię do drzwi wejściowych, mając nadzieję, że jest ktoś w domu, kto mnie wpuści.
Po paru sekundach drzwi się otwierają i pojawia się kobieta. Patrzy na mnie w kompletnym skonsternowaniu, dopóki nie zauważa w moich ramionach Sky.
- O mój Boże! – Od razu otwiera szerzej drzwi, aby mnie wpuścić.
- Zemdlała na podjeździe – odzywam się. – Myślę, że jest odwodniona.
Kobieta natychmiast biegnie do kuchni, gdy ja kładę Sky na kanapie w salonie. Gdy tylko jej głowa dotyka podparcia kanapy, jęczy cicho i unosi powieki. Wzdycham z ulgą, po czym odsuwam się na bok, kiedy pojawia się jej matka.
- Sky, wypij trochę wody – mówi. Pomaga jej się napić, po czym odstawia szklankę. - Przyniosę ci chłodną szmatkę – dodaje, kierując się do przedpokoju.
Sky unosi na mnie wzrok i krzywi się. Kucam obok niej, czując się okropnie, że pozwoliłem jej tak upaść. Wydarzyło się to tak szybko. W jednej chwili stała przede mną; w drugiej już nie. - Jesteś pewna, że nic ci nie jest? – pytam, gdy jej matka wyszła z pokoju. -  Był to dosyć paskudny upadek.
Do jej policzka przyklejony jest żwir i kurz, więc większość ścieram. Zaciska powieki i zakrywa twarz ramieniem.
- O Boże - jęczy. – Tak mi przykro. To takie upokarzające.
Chwytam jej nadgarstek i zabieram go z jej twarzy. Nie chcę, żeby czuła się zawstydzona. Wdzięczny jestem, że nic jej nie jest. I jeszcze bardziej wdzięczny, że miałem wymówkę, aby wnieść ją do środka. Teraz jestem w jej domu i mam wymówkę na powrót i sprawdzenie co u niej. Nic nie mogło się ułożyć dla mnie lepiej.
- Cii - szepczę. – Trochę się z tego cieszę.
Jej usta unoszą się w uśmiechu. Pięć.
- Masz szmatkę, skarbie. Chcesz coś na ból? Masz mdłości? – Jej matka podaje mi szmatkę i idzie do kuchni. – Mogę mieć trochę nagietku albo korzenia łopianu.
Sky wywraca oczami. - Nic mi nie jest, mamo. Nic nie boli.
Ścieram szmatką resztę brudu z jej policzka. – Teraz możesz nie być obolała, ale będziesz – mówię cicho. Ona nie widziała jak mocno uderzyła o ziemię. Jutro zdecydowanie to poczuje. – Powinnaś coś wziąć na wszelki wypadek.
Kiwa głową i próbuje usiąść, więc jej pomagam. Jej matka wraca do pokoju z małą szklanką soku i podaje ją Sky.
- Wybacz mi – odzywa się, wyciągając do mnie rękę. – Jestem Karen Davis.
Podnoszę się i ściskam jej dłoń. – Dean Holder – odpowiadam, zerkając szybko na Sky. -  Przyjaciele nazywają mnie Holderem.
Karen uśmiecha się. - Znacie się ze Sky?
- Tak naprawdę, to nie – mówię. – Jak sądzę, byłem po prostu we właściwym miejscu we właściwej chwili.
- Cóż, dziękuję, że jej pomogłeś. Nie wiem dlaczego zemdlała. Nigdy nie zemdlała. – Skupia uwagę na Sky. – Zjadłaś coś dzisiaj?
- Kęs kurczaka na lunchu – odpowiada Sky. – Jedzenie stołówkowe jest do bani.
Jedzenie stołówkowe. Więc chodzi do szkoły publicznej. Może jednak zastanowię się jeszcze nad moją decyzją edukacyjną.
Karen przewraca oczami i wyrzuca ręce w powietrze. – Czemu biegałaś bez zjedzenia najpierw?
- Zapomniałam – odpowiada obronnie Sky. - Zazwyczaj nie biegam wieczorami.
Karen wraca do kuchni ze szklanką i wzdycha ciężko. – Nie chcę żebyś już biegała, Sky. Co by się stało, gdybyś była sama? I tak biegasz za dużo.
Mina Sky jest bezcenna. Najwyraźniej bieganie jest dla niej tak istotne jak oddychanie.
- Proszę posłuchać – odzywam się, znajdując szansę na uspokojenie obydwu stron, a zwłaszcza siebie. – Mieszkam na Rover i biegam tędy codziennie w popołudniowych biegach. Jeśli poczułaby się pani lepiej, z przyjemnością mogę biegać z nią przez następny tydzień lub więcej o porankach. Zazwyczaj biegam na bieżni w szkole, ale to nic. Wie pani, żeby się upewnić, że to znowu się nie wydarzy.
Karen wraca do salonu i przygląda się nam. - Nie mam nic przeciwko – mówi. – Jeżeli Sky myśli że to dobry pomysł.
Proszę, myśl, że to dobry pomysł.
- Może być – odpowiada Sky, wzruszając ramionami.
Miałem nadzieję na „do diabła tak” ale „może być” wystarczy.
Znowu próbuje wstać, ale kołysze się na lewo. Od razu wyciągam rękę i chwytam ją za ramię, sadzając ją z powrotem na kanapie.
 - Powoli – mówię. Spoglądam na Karen. – Ma pani jakieś krakersy, które mogłaby ona zjeść? Mogą pomóc.
Karen wraca do kuchni i skupiam teraz na Sky pełną uwagę. - Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – Przeciągam kciukiem po jej policzku, tylko dlatego, że chciałem znowu dotknąć jej policzka. Gdy tylko moje palce ocierają się o jej skórę, dreszcze przebiegają po jej ramionach. Nie mogę powstrzymać uśmiechu, wiedząc, że sprawiła to moja dłoń na jej policzku. Najlepsze. Uczucie. Na. Świecie.
Zerkam na Karen, by upewnić się, że nie idzie do salonu, po czym schylam się nad Sky. - O której godzinie powinienem jutro przyjść cię prześladować?
- Szósta trzydzieści? – odpowiada bez tchu.
- Szósta trzydzieści brzmi dobrze. – Szósta trzydzieści jest moją nową ulubioną częścią dnia.
- Holder, nie musisz tego robić. – Spogląda mi prosto w oczy, jakby chciała mi dać szansę na wycofanie się. Dlaczego do diabła chciałbym się wycofywać?
- Wiem, że nie muszę tego robić, Sky. Robię, co chcę. – Nachylam się jeszcze bliżej, chcąc raz jeszcze zobaczyć dreszcze na jej ramionach. – A chcę z tobą biegać.
Odsuwam się, kiedy Karen wraca do salonu. Sky skupia oczy na mnie, a przez to życzę sobie, żeby był już jutrzejszy poranek.
- Jedz – mówi Karen, wkładając krakersy do ręki Sky.
Wstaję i żegnam się z Karen. – Uważaj na siebie – mówię do Sky, oddalając się do drzwi wejściowych. - Do zobaczenia rano?
Potakuje i tylko takiego potwierdzenia potrzebuję. Zamykam za sobą drzwi, zadowolony, że udało mi się zrehabilitować. Kiedy tylko jestem z powrotem na chodniku, wyciągam komórkę z kieszeni i dzwonię do Daniela.
- Cześć, Beznadziejny – mówi, odbierając.
- Mówiłem, żebyś przestał mnie tak nazywać, Dupku.
- Trzeba było o tym pomyśleć zanim zrobiłeś tatuaż – odparowuje. – Co jest?
- Sky Davis – mówię szybko. – Kim ona jest, skąd jest, czy chodzi tutaj do szkoły i czy umawia się z Graysonem?
Daniel się śmieje. – Wow, stary. Zwolnij. Po pierwsze, nigdy jej nie spotkałem. Po drugie, jeżeli to ta sama Sky, którą twierdziłem, że pozbawiłem dziewictwa przed Val na tamtej imprezie, to na pewno nie będę o nią rozpytywał. Nadal próbuję przekonać Val, że nigdy nie spałem z tą dziewczyną. Pytając o nią ludzi tylko pogorszę swoją sytuację, koleś.
Jęczę. – Daniel, proszę. Muszę wiedzieć, a ty jesteś w tym lepszy niż ja.
Po jego stronie trwa długa cisza. – Dobra – mówi. – Ale pod jednym warunkiem.
Wiedziałem, że będzie warunek. Jeśli chodzi o Daniela, to zawsze jest warunek. – Jakim warunkiem?
- Jutro pójdziesz do szkoły. Tylko na jeden dzień. Zapisz się jutro i wypróbuj na jeden dzień, a jeśli absolutnie nie będzie ci się podobało, to możesz oficjalnie rzucić szkołę z moim błogosławieństwem.

- Zgoda – odpowiadam natychmiast. Mogę iść na jeden dzień. Zwłaszcza, jeśli będzie tam Sky.

Losing Hope - rozdział siódmy


- Czy to będzie dla pana wszystko? – pyta kasjer.
W myślach przebiegam przez listę zakupów, kończąc na ciasteczkach. – Tak – mówię, wyciągając portfel z kieszeni, żeby zapłacić. Czuję ulgę, że wchodzę i wychodzę bez zobaczenia kogoś, kogo znam.
- Hej, Holder.
Powiedziałem zbyt szybko.
Podnoszę wzrok na kasjerkę obsługującą kolejkę obok mnie, która się na mnie gapi. Praktycznie oferuje się na talerzu sposobem w jaki na mnie patrzy. Kimkolwiek jest ta dziewczyna, jej mina błaga o uwagę. Trochę mi jej żal, zwłaszcza, że jej głos zmienił się w ten irytujący, piszczący, dlaczego-dziewczyny-myślą-że-gadanie-jak-dziecko-jest-seksowne ton. Zerkam na jej plakietkę z imieniem, bo szczerze to za cholerę nie potrafię przypomnieć sobie jej twarzy.
- Hej… Shayla. – Kiwam jej głową, potem patrzę na mojego kasjera, mając nadzieję, że moja powściągliwa odpowiedź uświadomi ją, że nie jestem w nastroju na karmienie jej ego.
- Shayna – mówi gniewnie.
Ups.
Raz jeszcze spoglądam na jej identyfikator, rozczarowany, że daję jej jeszcze większy powód do dalszego gadania. Jednak na jej identyfikatorze wyraźnie jest napisane Shayla. Chce mi się śmiać, ale czuję do niej teraz więcej współczucia. – Przepraszam. Ale zdajesz sobie sprawę, że na twoim identyfikatorze napisane jest Shayla, prawda?
Od razu unosi identyfikator na jej fartuchu i marszczy brwi. Mam nadzieję, że jest to na tyle żenujące, że już więcej na mnie nie spojrzy, ale to nawet jej nie peszy.
- Kiedy wróciłeś? – pyta.
Nie mam pojęcia kim jest ta laska, ale jakimś cudem ona zna mnie. Nie tylko mnie zna, ale wie, że musiałem wyjechać, żeby wrócić. Wzdycham, rozczarowany, że wciąż nie doceniam zamiłowania ludzi do plotek.
- W zeszłym tygodni – odpowiadam, bez większych wyjaśnień
- Więc pozwolą ci wrócić do szkoły? – dopytuje.
Co jest z tą częścią jej pytania „pozwolą ci”? Kiedy nie pozwolono mi wrócić do szkoły? To musi być połączone z jakąś plotką.
- Bez znaczenia. Nie wracam.
Nie zdecydowałem jeszcze czy jutro wrócę, skoro dzisiaj mi się nie udało. Zależy to tylko od mojej dzisiejszej rozmowy z mamą, ale łatwiej wydaje się dać ludziom to, czego pragną, co jest jeszcze większym paliwem dla plotek. Poza tym, jeśli rozwieję każdą rzecz, którą ludzie mówili o mnie przez ostatni rok, nie będzie już nikogo do rozprzestrzeniania plotek.
- Jesteś do bani, stary – mówi cicho mój kasjer, zabierając z mojej ręki kartę kredytową. – Zakładaliśmy się jak długo zajmie jej zorientowanie się, że jej identyfikator ma błąd. Nosi go od dwóch miesięcy, a ja zakładałem się o trzy. Właśnie przegrałem przez ciebie dwadzieścia dolców.
Parskam śmiechem. Oddaje mi kartę kredytową i wkładam ją do portfela. – Moja wina – mówię. Wyciągam dwudziestodolarowy banknot i podaję mu go. – Weź to, bo jestem dość pewien, że byś wygrał.
Potrząsa głową, nie chcąc wziąć dwudziestki.
Wkładam pieniądze z powrotem do portfela, kiedy dostrzegam kątem oka kogoś w kolejce obok. Dziewczyna całkowicie się odwróciła i patrzy na mnie, najprawdopodobniej próbując przykuć moją uwagę w ten sam sposób co Shayna/Shayla. Mam tylko nadzieję, że ta laska nie zacznie z tym samym dziecięcym głosikiem.
Podnoszę na nią wzrok, żeby tylko szybko spojrzeć. Naprawdę chciałem uniknąć patrzenia na nią, ale kiedy ludzie lustrują cię spojrzeniem trudno jest nie nawiązać kontaktu wzrokowego, nawet na sekundę. Ale w chwili, kiedy patrzę jej w oczy zamieram.
Teraz nie mogę odwrócić wzroku, chociaż cholernie staram się odepchnąć obraz stojący przede mną.
Moje serce zamiera.
Czas zamiera.
Cały świat zamiera.
Moje szybkie zerknięcie zmienia się w pełne, niezamierzone gapienie się.
Rozpoznaję te oczy.
To są oczy Hope.
To jest jej nos, jej usta, jej wargi, jej włosy. Wszystko w tej dziewczynie należy do Hope. Ze wszystkich razów z przeszłości, kiedy myślałem, że dostrzegłem ją, gdy patrzyłem na dziewczyny w moim wieku, to nigdy nie byłem bardziej pewny niż w tej chwili. Jestem tego tak pewien, że nie potrafię mówić. Nie sądzę, że mógłbym wymówić jej imię, nawet jeśli błagałaby mnie o to.
Tak wiele przepływa przeze mnie teraz emocji i nie potrafię stwierdzić czy jestem zły, szczęśliwy, czy cholernie przerażony.
Czy ona też mnie rozpoznaje?
Nadal wpatrujemy się w siebie i nie mogę przestać się zastanawiać czy ja jej wyglądam znajomo. Nie uśmiecha się. Chciałbym, żeby się uśmiechnęła, ponieważ wszędzie rozpoznałbym uśmiech Hope.
Opuszcza brodę, odwraca spojrzenie i szybko odwraca się do jej kasjerki. Wyraźnie jest speszona i nie w ten sam sposób, co zazwyczaj peszę dziewczyny takie jak Shayna/Shayla. Jest to całkowicie inna reakcja, co jeszcze bardziej mnie zastanawia czy ona mnie pamiętała.
- Hej. – Mimowolnie te słowo wydobywa się głośno z moich ust i dostrzegam, że się wzdryga, gdy mówię. Teraz pośpiesza kasjerkę, prędko łapiąc swoje siatki. Niemal tak jakby próbowała ode mnie uciec.
Dlaczego ona próbuje ode mnie uciec? Jeżeli teraz mnie nie rozpoznała… to czemu była tak poruszona? A jeśli mnie rozpoznała, to czemu nie była szczęśliwa?
Prędko opuszcza sklep, więc biorę swoje siatki i zostawiam rachunek kasjerowi. Muszę wydostać się na zewnątrz zanim ona odjedzie. Nie mogę znowu dać jej odejść. Wychodzę na parking, szukając jej. Na szczęście nadal ładuje swoje zakupy na tylne siedzenie. Zatrzymuję się przed podejściem do niej od tyłu, mając nadzieję, że wyjdę na szaleńca, bo dokładnie tak się teraz czuję.
Właśnie zamierza zamknąć drzwi, więc cofam się o kilka kroków.
Nie sądzę, że kiedykolwiek tak bardzo bałem się odezwać.
Co mam powiedzieć? Co do diabła mam powiedzieć?
Wyobrażałem sobie ten moment przez trzynaście lat i nie mam pieprzonego pojęcia jak do niej podejść.
- Hej.
Hej? Jezu, Holder. Ładnie. Naprawdę ładnie.
Ona zamiera w połowie ruchu. Widzę po tym jak unoszą się i opadają jej ramiona, że nabiera uspokajającego wdechu. Czy potrzebuje uspokojenia przeze mnie? Moje serce bije szybko i trzynastoletnia tłumiona adrenalina przepływa przez całe moje ciało.
Trzynaście lat. Szukałem jej trzynaście lat i prawdopodobnie właśnie mogłem ją znaleźć. Żywą. W tym samym mieście, co ja. Powinienem być uszczęśliwiony, ale nie mogę przestać myśleć o Les i o tym jak modliła się każdego dnia o tę chwilę. Les spędziła całe życie marząc o tym, żebyśmy znaleźli Hope, a kiedy ją znalazłem Les jest martwa. Jeśli ta dziewczyna naprawdę jest Hope, to będę zdruzgotany, że pojawiła się o trzynaście miesięcy za późno.
Dobra, może nie zdruzgotany. Zapomniałem, że te słowo w rezerwie. Ale byłbym dość mocno wkurzony.
Teraz stoi do mnie twarzą. Patrzy prosto na mnie i dobija mnie to, ponieważ chcę ją złapać, przytulić i powiedzieć jak bardzo przepraszam za zrujnowanie jej życia, ale nie mogę nic z tego zrobić, bo patrzy na mnie, jakby nie miała bladego pojęcia kim jestem. Chcę po prostu krzyknąć. – Hope! To ja! To Dean!
Łapię się za kark i staram się przetrawić tę całą sytuację. Nie tak wyobrażałem sobie odnalezienie jej. Fabularyzowałem i odgrywałem w głowie przez te wszystkie lata, ale myślałem, że jej powrót będzie bardziej kulminacyjny. Myślałem, że miałaby o wiele więcej łez, o wiele więcej uczuć i nie będzie wyglądać na niemal… zakłopotaną?
Wyraz jej twarzy ani trochę nie przypomina rozpoznania. Wygląda na przerażoną. Może ona mnie nie rozpoznaje. Może wyglądała na speszoną, przez to jak idiotycznie się na nią gapiłem. Może wygląda na przerażoną, bo praktycznie pobiegłem za nią i nie daję jej na to żadnego wyjaśnienia. Stoję tutaj jak dziwaczny prześladowca i nie mam nawet pojęcia jak zapytać ją czy jest dziewczyną, którą straciłem tyle lat temu.
Lustruje mnie ostrożnie wzrokiem. Wyciągam rękę, mając nadzieję na złagodzenie jej strachu przedstawieniem się. – Jestem Holder.
Opuszcza wzrok na moją wyciągniętą rękę i zamiast uścisnąć moją dłoń, cofa się do tyłu.
- Czego chcesz? – pyta ostro, ostrożnie spoglądając mi w twarz.
Zdecydowanie nie spodziewałem się takiej reakcji.
- Um – mówię, nie chcąc wyglądać na zaskoczonego. Ale szczerze to nie miałem nadzieję na taki kierunek tej sytuacji. Nawet nie wiedziałem jaki to był kierunek. Zaczynam wątpić we własny rozsądek. Patrzę na mój samochód po drugiej stronie parkingu i chciałbym po prostu odejść, ale wiem, że gdybym to zrobił, to żałowałbym nie porozmawiania z nią.
- To może zabrzmieć głupio – ostrzegam, patrząc na nią – ale wyglądasz naprawdę znajomo. Masz coś przeciwko, jak zapytam o twoje imię?
Wypuszcza oddech i wywraca oczami, potem sięga za siebie do klamki samochodu. - Mam chłopaka – odpowiada. Odwraca się i otwiera drzwi, po czym szybko wsiada do środka. Zaczyna zamykać drzwi, ale chwytam je ręką.
Nie mogę pozwolić jej odjechać dopóki nie będę pewien, że ona nie jest Hope. Nigdy nie byłem niczego tak pewien w swoim życiu i nie zamierzam pozwolić trzynastu latom poczucia winy, obsesji i analizowania jej zniknięcia pójść na marne tylko dlatego, iż obawiam się, że ją wkurzę.
- Twoje imię. Tylko tego chcę.
Patrzy się na moją dłoń przytrzymującą drzwi. – Mógłbyś? – mówi przez zaciśnięte zęby. Jej oczy wędrują do tatuażu na moim ramieniu, a moja adrenalina jeszcze bardziej się podnosi, gdy go odczytuje, mając nadzieję, że to coś jej powie. Jeżeli nie potrafi przypomnieć sobie mojej twarzy, to jestem prawie pewien, że przypomni sobie przezwisko, które dałem jej i Les.
W jej oczach nie ma nawet najmniejszego błysku emocji.
Znowu próbuje zamknąć drzwi, ale odmawiam ich puszczenia, dopóki nie dostanę od niej tego, co chcę.
- Twoje imię. Proszę.
Kiedy tym razem mówię proszę, jej twarz trochę łagodnieje i patrzy na mnie. Dopiero gdy tak na mnie patrzy, bez całego gniewu, to zdaję sobie sprawę dlaczego jestem tak speszony. To dlatego, że zależy mi na tej dziewczynie bardziej niż jakiejkolwiek innej dziewczynie na świecie oprócz Les. Gdy byliśmy dziećmi kochałem Hope jak siostrę i zobaczenie jej ponownie przywróciło wszystkie te emocje. Wywołuje to drżenie moich rąk, walenie mojego serca i ból mojej klatki piersiowej, ponieważ chcę tylko objąć ją ramionami, trzymać ją i dziękować Bogu, że nareszcie się odnaleźliśmy.
Lecz wszystkie te uczucie hamują z piskiem opon, kiedy zła odpowiedź opuszcza jej usta. - Sky – odpowiada cicho.
- Sky – mówię głośno, próbując nabrać temu sensu. Bo ona nie jest Sky. Jest Hope. Ona nie może nie być moją Hope.
Sky.
Sky, Sky, Sky.
Ona nie mówi, że jest Hope, lecz imię Sky wciąż jest niesamowicie znajome. Co jest takiego szczególnego w tym imieniu?
Potem to do mnie dociera.
Sky.
To o tej dziewczynie mówił Grayson w sobotnią noc.
 - Jesteś pewna? – pytam, mając nadzieję na cud, że jest tak tępa jak Shayna i dała mi po prostu złe imię. Jeśli naprawdę nie jest Hope, to całkowicie rozumiem jej reakcję na moje widocznie nieobliczalne zachowanie.
Wzdycha i wyciąga z tylnej kieszeni swój dowód osobisty. - Jestem pewna, że znam swoje imię – mówi, pokazując mi go.
Biorę go od niej.
Linden Sky Davis.
Zalewa mnie przypływ rozczarowania, pochłaniając mnie. Topiąc mnie. Czuję się jakbym znowu ją tracił.
- Przepraszam – mówię, odsuwając się od samochodu. – Mój błąd.
Przygląda mi się, jak coraz bardziej cofam się od auta, żeby mogła zamknąć drzwi. Wygląda trochę na rozczarowaną. Nie chcę nawet myśleć o tym jaki wyraz widzi teraz na mojej twarzy. Jestem pewien, że to mieszanka gniewu, rozczarowania, zawstydzenia… ale przeważnie strachu. Patrzę jak odjeżdża i czuję się jakbym raz jeszcze puszczał Hope.
Wiem, że ona nie jest Hope. Udowodniła, że nie była Hope.
Więc dlaczego mój instynkt każe mi ją zatrzymać?
- Cholera – jęczę, przeczesując palcami włosy. Jestem poważnie popaprany. Nie potrafię przeboleć Hope. Nie potrafię przeboleć Les. Robi się tak źle, że gonię przypadkowe dziewczyny po cholernym parkingu sklepu spożywczego?
Odwracam się i walę pięścią w maskę samochodu obok mnie, wkurzony na siebie za myślenie, że w końcu miałem wszystko poukładane. Nie mam niczego poukładanego. Ani trochę.
***
Nie wysiadam nawet całkiem z samochodu, kiedy już włączam na telefonie Facebooka. Wpisuję imię Sky i nie ma żadnych wyników. Otwieram drzwi wejściowe i kieruje się prosto po schodach na górę, żeby pójść po mojego laptopa.
Nie potrafię dać temu spokoju. Jeżeli nie przekonam siebie, że ona nie jest Hope, to oszaleję. Otwieram laptopa i znowu wpisuję jej informację, ale nic się nie pojawia. Przez pół godziny przeszukuję każdą stronę o jakiej mogę pomyśleć, ale jej imię nie daje żadnych wyników. Próbuję wyszukać jej urodziny, ale raz jeszcze nic nie wychodzi.
Wpisuję informację o Hope i od razu dostaję ekran pełen artykułów. Ale ja nie muszę na nie patrzeć. Spędziłem ostatnich parę lat na czytaniu każdego artykułu informującym o zniknięciu Hope. Znam je na pamięć. Zamykam komputer.

Muszę pobiegać.

Losing Hope - rozdział szósty i pół

Les,
No to zaczynam.
W zeszłym tygodniu nasza droga macocha Pamela przyłapała mnie i dziewczynę. Ona nie była jakąś tam dziewczyną. Miała na imię Makenna i spotkałem się z nią kilka razy. Była fajna, ale nie było to nic poważnego i tylko tyle powiem na ten temat. Tak czy inaczej Pamela wróciła wcześniej do domu, a Makenna i ja byliśmy w dość kompromitującej pozycji na kanapie w salonie. Pamiętasz tę kanapę, na której Pamela trzymała folię przez trzy lata, bo bała się, że ktoś ją poplami?
Ta. Nie było ładnie.
Zwłaszcza, że skierowaliśmy się z Makenną do salonu po zostawieniu za sobą ubrań od basenu, przez korytarz i na kanapie. Więc nie tylko byliśmy całkowicie nadzy, ale musiałem iść na zewnątrz, żeby znaleźć moje spodenki i ubrania Makenny. Pamela wrzeszczała na mnie przez całą drogę na podwórko, całą drogę do domu i całą drogę do samochodu Makenny.
Okropnie zażenowało to Makennę i potem tak jakby ze mną zerwała. Ale to nic, bo teraz mam ten fajny tatuaż z napisem Hopeless (pamiętasz te przezwisko, które dałem tobie i Hope?), a on przypomina mi, żebym do nikogo się nie zbliżał, więc nie pozwoliłem sobie jeszcze rozwinąć do niej głębszych uczuć. Chodziło tylko o seks.
Nie mogę uwierzyć, że powiedziałem to własnej siostrze. Sorki.
Tak czy inaczej, jak możesz się domyślić, tata był wściekły, gdy wrócił do domu. Ma jedyną zasadę w jego domu.
Nie wkurzać Pameli.
Złamałem tę zasadę. Złamałem ją mocno.
Właściwie to próbował dać mi szlaban, a ja mogłem się trochę zaśmiać, kiedy to powiedział. Nie chciałem pokazywać braku szacunku, bo wiesz, że choć bardzo rozczarował mnie przez te lata, to i tak nie zrobiłbym niczego co mogłoby go obrazić. Ale fakt, że próbował dać mi szlaban cztery dni po tym jak skończyłem osiemnastkę po prostu naprawdę mnie rozśmieszyło i niech to szlag… zaśmiałem się.
On ani trochę nie uważał to za zabawne i był wkurzony. Zaczął na mnie wrzeszczeć, nazywając mnie obraźliwym i niewdzięcznym, a to mnie zdenerwowało, bo, cholera, Les. Mam osiemnastkę! Jestem facetem! Faceci robią coś takiego jak uprawianie seksu z dziewczyną w domu ich rodziców, gdy mają osiemnaście lat. Ale Chryste, on zachowywał się jakbym kogoś zamordował! Więc tak. Wkurzył mnie i mogłem stracić kontrolę.
Ale to nie najgorsze. Najgorsze stało się, kiedy także na niego krzyknąłem, a on pochylił się nade mną. Poważnie miał jaja, żeby się nade mną pochylać. Nie, żeby był ode mnie większy, ale jednak. Jestem jego synem, a on pochylił się nade mną, jakby chciał się ze mną bić.
Więc co ja zrobiłem?
Uderzyłem go.
Nie uderzyłem go bardzo mocno, ale było to na tyle mocne, żeby zranić go w najwrażliwsze miejsce. W jego dumę.
Nie oddał mi. Nawet na mnie nie krzyknął. Podniósł tylko rękę do szczęki i popatrzył na mnie, jakby był rozczarowany, potem odwrócił się i odszedł. Wyjechałem godzinę później i wróciłem do domu. Od tamtej pory nie rozmawialiśmy.
Wiem, że zapewne powinienem do niego zadzwonić i go przeprosić, ale czy on tego nie zaczął, tak się nade mną nachylając? Tylko trochę? Jaki ojciec robi coś takiego swojemu synowi?
Ale przecież jaki syn uderza swojego ojca?
Boże, Les. Czuję się jak gówno. Nigdy nie powinienem był tego zrobić. Wiem, że muszę do niego zadzwonić, ale… sam nie wiem. Kurde.
O ile wiem, nigdy nie powiedział mamie co się stało, bo w ogóle o tym nie wspomniała. Była zaskoczona, kiedy wróciłem do domu parę dni temu. Szczęśliwa, ale zaskoczona. Nie pytała, co doprowadziło do mojego powrotu, więc nie oferowałem informacji. Teraz wydaje się inna. Wciąż widzę smutek w jej oczach, ale nie jest tak znaczący jak wtedy, gdy wyjeżdżałem rok temu. Tak naprawdę to się teraz uśmiecha, co jest dobre.
Jednak jej szczęście będzie krótkotrwałe. Jest poniedziałek i dziś zaczęła się szkoła. Pierwszy dzień ostatniego roku. Wyszła do pracy zanim się obudziłem. Nastawiłem budzik i miałem wszystko przygotowane. Dotarłem do szkoły i zrobiłem poranny trening, ale biegając po bieżni myślałem tylko o tym jak bardzo nie chcę tam być.
Nie chcę być tam bez ciebie. Nie chcę stawiać czoła wszystkiemu, czego nienawidzę w tej szkole i większości ludzi tam przebywających.
Zatem co zrobiłem, kiedy skończyłem bieg? Wróciłem na parking, wsiadłem do auta, pojechałem do domu i wróciłem do łóżka. Teraz jest prawie trzecia popołudniu i za parę godzin mama wróci do domu. Pójdę do sklepu po parę rzeczy, bo dzisiaj ugotuję jej kolację. Planuję poinformować ją o moim rzuceniu szkoły. Wiem, że nie będzie zadowolona, że nie dostanę tradycjonalnego dyplomu, więc stawiam na liście zakupów ciasteczka. Kobiety uwielbiają ciasteczka, prawda?
Nie mogę uwierzyć, że nie wracam do szkoły. Nigdy nie myślałem, że do tego dojdzie. Ciebie za to obwiniam.

H

Losing Hope - rozdział szósty

Nie mogę uwierzyć, że namówił mnie do jakiejkolwiek formy towarzyskiego spotkania w moim pierwszym tygodniu po powrocie. Przysiągłem sobie, że nie będę już przebywał z tymi ludźmi, ale minął cały rok. Miałem trochę czasu na ochłonięcie, oni też.
Idę do nieznajomego domu kilka metrów przed Danielem, ale zatrzymuję się przed drzwiami wejściowymi. Ze wszystkich ludzi, których nie widziałem przez zeszły rok, ani trochę nie spodziewałem się, że wpadnę na Graysona. Ale oczywiście rzecz, której najmniej się spodziewam zawsze zdarza się pierwsza.
Nie widziałem go od wieczora przed śmiercią Les, kiedy zostawiłem go krwawiącego na podłodze salonu w domu jego najlepszego kumpla. On wychodzi, gdy ja wchodzę do środka i przez parę sekund stoimy twarzą w twarz, lustrując się wzrokiem. Niewiele o nim myślałem odkąd wyjechałem, ale zobaczenie go teraz przynosi na wierzch całą nienawiść jaką do niego czuję, jakby ta nigdy nie zniknęła.
Widzę po jego spojrzeniu, że nie pojęcia co do mnie powiedzieć. Blokuję jego wyjście, a on blokuje moje wejście i żadne z nas nie chce się odsuwać. Obie dłonie zaciskam w obronne pięści, przygotowując się na cokolwiek, co ma do powiedzenia. Mógłby na mnie wrzasnąć, splunąć na mnie, nawet mógłby mnie przeprosić. Jakiekolwiek słowa opuszczą jego usta nie będzie mieć to znaczenia. Pragnienie, które teraz mam nie jest do słuchania jak mówi; tylko do zamknięcia mu gęby.
Daniel podchodzi krótko po mnie i zauważa dziejący się między nami cichy impas. Wsuwa się obok mnie, potem staje przede mną, blokując mi widok Graysona. Klepie dłońmi w moje policzki, dopóki na niego nie patrzę. – Nie pora na onanizowanie się! – krzyczy ponad muzyką. – Mamy piwo do skonsumowania! – Chwyta moje barki, wciąż blokując mi widok Graysona i ciągnie mnie na prawo. Opieram się, nie chcąc być pierwszym wycofującym się z naszego wizualnego impasu.
Nadchodzi Jaxon i kładzie rękę na ramieniu Graysona, ciągnąć go w przeciwnym kierunku. – Chodźmy zobaczyć co kombinują Six i Sky! – woła do niego.
Grayson potakuje, patrząc na mnie twardo, jak odchodzi. – Tak – odpowiada Jaxonowi. – Ta impreza właśnie zrobiła się nudna.
Gdyby był to zeszły rok, to leżałby na podłodze z moim kolanem przyciśniętym wygodnie do jego gardła. Ale to nie jest zeszły rok i jego gardło nie jest tego warte. Uśmiecham się do niego tylko, pozwalając Danielowi ciągnąć mnie do kuchni. Gdy Jaxon i Grayson opuścili dom, wypuszczam tłumiony oddech. Czuję ulgę na ich decyzję o opuszczeniu imprezy, żeby poszukać jakichś dziewczyn na tyle żałosnych, żeby dawać im rozrywkę.
Krzywię się na tę ostatnią myśl, wiedząc, że nieumyślnie wrzuciłem Les do tej kategorii dziewczyn. Ale na szczęście nie muszę się już martwić dziewczynami, z którymi spotyka się Grayson. Nie ma tutaj Les, która mogłaby zostać przez niego oszukana, więc jeśli o mnie chodzi, to Grayson może spotykać się z każdym, kto jest na tyle zrozpaczony, żeby go mieć.
- Przystaw usta do brzegu, odchyl głowę, wypij zawartość i bądź szczęśliwy – mówi Daniel, podając mi kieliszek czegoś. Nie pytam co to jest, robię tylko co każe i wypijam.
***
Jeden kieliszek, dwa piwa i pół godziny później poszliśmy z Danielem do salonu. Siedzę na kanapie nogi podpierając o stolik do kawy, a Daniel siedzi obok mnie, przechodząc przez listę ludzi, z którymi się kolegujemy i mówiąc mi o wszystkim, co robili przez ostatni rok. Zapomniałem jaki się robi gadatliwy przez alkohol i trudno mi za nim nadążyć. Unoszę palce do grzbietu nosa, ściskiem próbując odepchnąć ból głowy. Nie znam nikogo na tej imprezie. Daniel mówi, że większość koleguje się z dzieciakiem, który tutaj mieszka, ale nawet nie wiem kto tutaj mieszka. Pytam Daniela czemu w ogóle tutaj jesteśmy, skoro nikogo nie zna, a te pytanie cudem go ucisza. Patrzy w kuchnię i pokazuje głową w tamtym kierunku. – Przez nią – odpowiada.
Patrzę za siebie na parę dziewczyn opierających się o bar. Jedna z nich patrzy prosto na Daniela, kokieteryjnie mieszając swojego drinka.
- Jeżeli ona jest powodem, dla którego tutaj jesteśmy, to czemu tam nie stoisz?
Daniel odwraca się, zakładając ramiona na klatce piersiowej. – Nie ma cholernej mowy, stary. Nie rozmawialiśmy odkąd zerwaliśmy dwa tygodnie temu. Jeśli chce mnie przeprosić, to może sama tutaj podejść.
Znowu zerkam na dziewczynę i dostrzegam, że być może nie patrzy ona na niego kokieteryjnie, tak jak wcześniej myślałem. Ponieważ kokieteryjne uśmieszki, a złowieszcze uśmieszki są podzielone bardzo słabą linią i nie jestem pewien, po której stronie ona stoi, teraz gdy jestem świadkiem jej przeszywającego wzroku.
- Jak długo z nią byłeś?
- Parę miesięcy. Wystarczająco długo, żeby dowiedzieć się, że jest cholernie szalona – mówi, wywracając oczami. – I wystarczająco długo, żeby zorientować się, że powodem dlaczego ją kocham jest to, iż jest cholernie szalona. – Zauważa, że na nią patrzę i mruży oczy. – Przestań na nią patrzeć, stary. Dowie się, że o niej gadamy.
Śmieję się i odwracam wzrok, ale nie na tyle szybko, by uniknąć zobaczenia duetu wracającego przez drzwi wejściowe. Grayson idzie za Jaxonem i oboje kierują się do kuchni. Opieram głowę o kanapę i żałuję, że nie wypiłem więcej. Naprawdę nie chcę być nim zaabsorbowany przez resztę wieczoru.
Daniel znowu zaczyna gadać bez ustanku. Wyciszam go, gdy po raz drugi mówi mi o swoich nowych oponach i nawet udaje mi się pozostać we własnej głowie dopóki Jaxon i Grayson nie zbliżają się do salonu. Nie mają pojęcia, że siedzę na kanapie i chciałbym, żeby tak pozostało. Gdyby tylko Daniel mógł zamknąć się na tyle długo, żebym powiedział mu, że jestem gotowy wychodzić.
- Mam tego dosyć, do cholery – słyszę Graysona. – Każda sobotnia noc jest taka sama. Przysięgam na Boga, że jeśli ona nie podda się w następny weekend, to koniec.
Jaxon śmieje się. – Jestem pewien, że Sky potrzebuje tylko dobrej dozy odrzucenia. Dziewczyny lubią odrzucenie.
Nie wiem kim jest Sky, ale podoba mi się, że nie chce poddać się Graysonowi. Mądra dziewczyna.
- Wątpię, że to by z nią podziałało – odpowiada ze śmiechem Grayson. – Jest cholernie uparta.
- Racja – zgadza się Jaxon. – Pomyśleć można, że po wszystkim co o niej słyszeliśmy, będzie trochę mnie trudna. Ta dziewczyna musi być najbardziej zdzirowatą dziewicą, jaką kiedykolwiek spotkałem.
Grayson śmieje się z komentarza Jaxona i muszę się mocno starać, żeby ich wyciszyć. Doprowadza mnie do szału sposób, w jakim rozmawiają o tej dziewczynie, bo wiem, że najprawdopodobniej Grayson mówił tak samo o Les, kiedy się z nią umawiał.
Grayson nadal pieprzy o niej głupoty, a im więcej tam siedzę i słucham, tym więcej muszę słuchać tego jego żałosnego śmiechu. Przez to coraz bardziej chcę zamknąć mu gębę.
Ściągam nogi z kanapy i zaczynam się odwracać, żeby kazać im się odpieprzyć, ale Daniel kładzie rękę na moim barku, potrząsając głową. – Pozwól mi – mówi z psotnym uśmiechem. Siada na kolanach na kanapie i obraca się do Graysona i Jaxona.
- Przepraszam – odzywa się, unosząc do góry rękę, jakby był w klasie. Zawsze jest tak ożywiony, nawet kiedy wie, że ktoś skopie mu tyłek. Ja mógłbym w stanie przeciwstawić się Graysonowi, ale Daniel wie, że on nie może, jednak to go nie powstrzymuje.
Grayson i Jaxon odwracają się do niego, ale spojrzenie Grayson zatrzymuje się, kiedy pada na mnie. Podtrzymuję jego wstrętne spojrzenie, podczas gdy Daniel przytula poduszkę na oparciu kanapy i dalej do nich mówi. – Przypadkiem usłyszałem waszą rozmowę. Choć chciałbym się zgodzić, że Sky jest najbardziej zdzirowatą suką jaką kiedykolwiek spotkaliście, to muszę zauważyć, iż te spostrzeżenie jest całkowicie niepoprawne. Widzicie, po tym jak spędziłem z nią ostatnią noc, nie może być już uważana za dziewicę. Więc może to nie jej dziewictwa próbuje się trzymać odmawiając przespania się z tobą, Grayson. Całkiem możliwe to jej godność.
W ciągu paru sekund Grayson przeskakuje przez oparcie kanapy i przygważdża Daniela do podłogi. Będąc rozsądnym daję Danielowi dziesięć sekund na odwrócenie sytuacji zanim się wtrącę. Jednakże jestem rozczarowany moim brakiem wiary w Daniela, bo przewrócił Graysona na plecy w mniej niż pięć sekund. Musiał ćwiczyć, kiedy mnie nie było.
Powoli wstaję, widząc że Jaxon podchodzi do przodu kanapy, by pomóc Graysonowi. Chwyta Daniela za ramię, żeby go odciągnąć od Graysona, ale łapię za tył koszulki Jaxona i ciągnę go, dopóki nie siada na kanapie. Podchodzę bliżej, w chwili kiedy Grayson uderza Daniela w szczękę. Daniel zamierza odwzajemnić cios, ale chwytam jego ramię i podciągam go zanim ma na to szansę.
Przez lata to stało się zabawą dla Daniela. Zachęca ludzi i liczy na to, że ja się wtrącę, powstrzymując jego bijatyki zanim zostanie mocno poturbowany. Niestety przez to, że zawsze jestem w tyle podczas tych incydentów, moje imię stało się powiązywane ze wszystkimi tymi bójkami i jego szybkim temperamentem. W rzeczywistości uderzyłem tylko trzy osoby w życiu.
1] Dupka, który gadał bzdury o Les.
2] Graysona.
3] Mojego ojca.
I żałuję tylko tego ostatniego.
Ludzie wbiegają do pokoju, żeby dostrzec akcję, ale będą rozczarowani, bo wyciągam Daniela z domu zanim będzie mógł zrobić czy powiedzieć coś więcej. Na pewno nie potrzebuję teraz wymówki, żeby bić się z Graysonem. Wróciłem mniej niż tydzień temu. Na pewno nie chcę dawać mojej matce kolejnego powodu, żeby odesłała mnie z powrotem do Austin.
Daniel ściera krew z wargi, a ja nadal trzymam go za ramię, kiedy docieramy do jego samochodu. Wyrywa ramię i chwyta za brzeg swojej koszulki, podnosząc ją do ust. – Niech to szlag – mówi, odciągając bluzkę, żeby spojrzeć na krew. – Czemu ciągle przystępuję do sytuacji, które ryzykują spieprzeniem tej mojej pięknej twarzy? – Uśmiecha się i drugi raz ściera z ust krew.
- Nie martwiłbym się o to – mówię, śmiejąc się z tego jak zawsze jest zmartwiony swoim wyglądem. – Wciąż jesteś ładniejszy ode mnie.
Daniel uśmiecha się szeroko. – Dzięki, skarbie – odpowiada przekornie.
Ktoś podchodzi od tyłu do Daniela i zaciskam na moment pięści, myśląc, że może być to Grayson. Rozluźniam się, widząc, że to tylko dziewczyna, o której mówił wcześniej Daniel i która patrzyła na niego z kuchni. Nie wiem jednak dlaczego się rozluźniam, ponieważ ta dziewczyna zdecydowanie ma morderczy wygląd. Daniel nadal ściera krew z ust, gdy staje ona obok niego.
- Kim do diabła jest Sky?
Daniel obraca gwałtownie głowę w jej stronę, a jego oczy powiększają się z zaskoczenia. – Kto? O czym ty do cholery gadasz, Val?
Wywraca oczami i unosi rękę, wskazując na dom. – Słyszałam jak mówiłeś tam Graysonowi, że pieprzyłeś się z nią zeszłej nocy!
Daniel spogląda na dom, potem na Val i nagle do niego dociera. – Nie, Val! – mówi Daniel, podchodząc do niej i chwytając ją za dłonie. – Nie, nie, nie! Gadał bzdury, a ja chciałem go tylko wkurzyć. Nawet nie znam tej dziewczyny, o której mówił. Przysięgam…
Ona oddala się od niego, a on idzie za nią, błagając ją, żeby go wysłuchała. Postanawiam, że teraz najlepiej będzie wrócić do domu. Przyjechałem tutaj z Danielem, ale wygląda na to, że przez jakiś czas będzie zajęty. Jestem tylko cztery mile od mojego domu, więc wysyłam do niego wiadomość mówiącą, że wracam do domu, po czym ruszam w tamtym kierunku.

Cały ten wieczór przypomniał mi o wszystkich rzeczach, w których nie chciałem być centrum. Dramat. Testosteron. Grayson. Generalnie wszystko związane z liceum. Powinienem wypełnić kartę transferową w poniedziałek, ale szczerze mówiąc nie wiem czy chcę wracać. Wiem, że są inne możliwości, w których mogę się wykazać. Po prostu nie ma mowy, że moja matka na to pozwoli.