Ona nie ma żadnych wyraźnych cech, które
pamiętam. Żadnych znamion. Fakt, że zobaczyłem dziewczynę z brązowymi włosami
oraz brązowymi oczami i poczułem, że była tą samą brązowowłosą, brązowooką
dziewczynką sprzed trzynastu lat całkiem możliwie graniczy z obsesją.
Czy ja mam obsesję? Czy czuję się, że nie będę mógł przeboleć śmierci
Les jeśli nie naprawię przynajmniej jednej z rzeczy, którą spieprzyłem w życiu?
Zachowuję się absurdalnie. Muszę dać
temu spokój. Muszę dać spokój temu, że nigdy nie odzyskam Les i nigdy nie
znajdę Hope.
Mam te same myśli przez całe dwie
mile mojego biegu. Ciężar w mojej piersi unosi się z każdym krokiem, który
biorę. Z każdym krokiem przypominam sobie, że Sky to Sky, a Hope to Hope, Les
jest martwa, zostałem tylko ja i muszę się ogarnąć.
Bieg zaczyna pomagać mi w złagodzeniu
napięcia, które stworzyło się po incydencie w sklepie. Przekonałem się, że Sky
to nie Hope, ale z jakiegoś powodu, chociaż jestem niemal przekonany, że nie
jest ona Hope, to wciąż myślę o Sky. Nie mogę wyrzucić jej z głowy i
zastanawiam się czy to wina Graysona. Gdybym nie usłyszał jak mówił o niej na
tamtej imprezie, to pewnie dość szybko zapomniałbym o incydencie w sklepie i
wcale bym o niej nie myślał.
Lecz nie mogę powstrzymać tego
rosnącego pragnienia do bronienia jej. Wiem jaki jest Grayson i jakimś cudem
tylko widząc tę dziewczyny przez parę minut wiem, że nie zasługuje ona na to,
przez co prawdopodobnie on ją przeprowadzi. Żadna dziewczyna na tym świecie nie
zasługuje na faceta w typie Graysona.
Sky powiedziała w sklepie, że ma
chłopaka i możliwość, że może uważać Graysona za swojego chłopaka załazi mi za
skórę. Nie wiem dlaczego, tak po prostu jest. Tylko kilkominutowe myślenie, że
była Hope już sprawiło, że czuję się wobec niej niezwykle terytorialny.
Zwłaszcza teraz, kiedy skręcam za rogiem
i widzę jak stoi przed moim domem.
Ona jest tutaj. Dlaczego ona jest tutaj, do diabła?
Przestaję biec i kładę ręce na
kolanach, nie odrywając oczu od jej pleców i łapiąc przy tym oddech. Dlaczego ona stoi przed moim domem, do
diabła?
Stoi na krawędzi mojego podjazdu,
opierając się o skrzynkę pocztową. Wypiła całą butelkę wody i potrząsa nią nad
ustami, próbując wyciągnąć z niej więcej wody, ale jest kompletnie pusta. Gdy
zdaje sobie z tego sprawę, jej ramiona opadają i unosi twarz do nieba.
Z tymi nogami to wyraźne, że jest
biegaczką.
Jasna cholera, nie mogę oddychać.
Próbuję przypomnieć sobie wszystko z
jej dowodu i to, co mówił o niej w sobotę Grayson, bo nagle chcę wiedzieć
wszystko, co można o niej wiedzieć. Nie dlatego, iż wydawało mi się, że była Hope,
ale dlatego, że kimkolwiek jest… jest cholernie piękna. Nie wiem czy w ogóle
dostrzegłem w sklepie jak atrakcyjna była, bo moje myśli tam nie zachodziły.
Ale teraz, widząc ją przed sobą? Moje myśli bardzo
tam zachodzą.
Bierze głęboki wdech, potem zaczyna
iść. Od razu przyśpieszam i ją doganiam.
- Hej, ty.
Zatrzymuje się na dźwięk mojego
imienia i jej ramiona natychmiast się napinają. Powoli się odwraca i nie mogę
powstrzymać uśmiechu na ostrożny wyraz jej twarzy.
- Hej – odpowiada, zszokowana widząc
mnie przed sobą. Właściwie to teraz wydaje się być bardziej zrelaksowana. Nie
jest mną tak przerażona jak na parkingu, o tyle dobrze. Jej oczy powoli opadają
na mój tors, potem spodenki. Na chwilę podnosi wzrok na moją twarz, po czym
spuszcza go na swoje stopy.
Swobodnie opieram się o skrzynkę
pocztową i udaję, że ignoruję fakt, iż przed chwilą totalnie zlustrowała mnie
wzrokiem. Zignoruję to, żeby oszczędzić jej zażenowania, ale zdecydowanie o tym
nie zapomnę. Właściwie to zapewne przez resztę dnia będę myśleć o tym jak jej
oczy przesuwały się po moim ciele.
- Biegasz? – pytam. Jest to
prawdopodobnie najoczywistsze pytanie na świecie, ale teraz nie myślę zbyt
rozsądnie.
Potakuje, wciąż oddychając ciężko po
efekcie jej ćwiczeń. – Zazwyczaj rano – przyznaje. - Zapomniałam jak gorąco jest popołudniu. –
Podnosi rękę do oczu, żeby osłonić je przed słońcem, gdy na mnie patrzy. Jej
skóra jest zarumieniona, a usta suche. Wyciągam do niej moją butelkę wody, a
ona znowu się wzdryga. Staram się nie roześmiać, ale czuję się dość żałośnie,
że tak bardzo przestraszyłem ją w sklepie, iż teraz myśli, że mogę ją skrzywdzić.
- Wypij to. – Macham do niej moją
butelką wody. – Wyglądasz na wyczerpaną.
Bierze bez wahania butelkę i
przyciska usta do brzegu, wypijając kilka łyków. – Dzięki – mówi, oddając mi
ją. Wierzchem dłoni ściera wodę z górnej wargi i zerka za siebie. – Cóż, mam
kolejną półtora milę na powrót, więc lepiej już zacznę.
- Bliżej dwóch i pół – mówię. Staram
się nie gapić, lecz jest to strasznie trudne, kiedy ma na sobie prawie nic i
każdy kształt jej ust, szyi, ramion, klatki piersiowej i brzucha wygląda jakby
był stworzony dla mnie. Gdybym mógł zamówić sobie idealną dziewczynę, to nawet
nie zbliżyłbym się do wersji stojącej teraz przede mną.
Przystawiam butelkę wody do ust,
wiedząc, że najprawdopodobniej tylko tak blisko będę jej ust. Nie mogę nawet
oderwać od niej spojrzenia na tyle długo, żeby się napić.
- Co? – pyta, potrząsając głową.
Wygląda na wytrąconą z równowagi. Boże, proszę,
niech tak będzie.
- Powiedziałem, że bliżej jest dwóch
i pół. Mieszkasz na Conroe, które jest dwie mile stąd. To prawie pięć mili
biegu w obydwie strony. – Nie znam wielu dziewczyn, które biegają, nie mówiąc
już o pięciu milach. Imponujące.
Mruży oczy i unosi ramiona,
zakładając je na brzuchu. – Wiesz, na której ulicy mieszkam?
- Taa.
Jej spojrzenie pozostaje chłodne i
skupione na mnie, a ona milczy. Ostatecznie jej oczy leciutko się zwężają i
wygląda na to, że zaczyna ją irytować moja narastająca cisza.
– Linden Sky Davis, urodzona 29 września;
1455 Conroe Street. 160 cm wzrostu. Dawczyni.
Gdy tylko słowo ‘dawczyni’ opuszcza
moje usta, cofa się o krok, jej zirytowane spojrzenie zmienia się w mieszankę
szoku i strachu. - Twój dowód osobisty – mówię szybko, wyjaśniając dlaczego
tyle o niej wiem. – Wcześniej pokazałaś mi swój dowód osobisty. W sklepie.
- Patrzyłeś na niego dwie sekundy –
odpowiada obronnie.
Wzruszam ramionami. – Mam dobrą
pamięć.
- Prześladujesz.
Śmieję się. – Ja prześladuję? To ty stoisz przed moim domem. – Pokazuję na dom za
mną, potem stukam palcami w skrzynkę pocztową, żeby pokazać jej, że to ona jest
intruzem. Nie ja.
Jej oczy powiększają się w
zawstydzeniu, kiedy przygląda się domowi za mną. Jej twarz czerwienieje ze
świadomością jak to musiało wyglądać, że stała sobie przypadkiem przed moim
domem. - Dzięki za wodę – mówi szybko. Macha do mnie i obraca się, ruszając.
- Poczekaj chwilkę – wołam za nią.
Przebiegam obok niej i obracam się, starając się wymyślić wymówkę, żeby jeszcze
nie odchodziła, – Pozwól mi napełnić twoją butelkę. – Biorę od niej butelkę. -
Zaraz będę. – Rzucam się do domu, mając nadzieję na kupienie sobie z nią więcej
czasu. Wyraźnie mam wiele do nadrobienia w wydziale pierwszych wrażeń.
- Kim jest ta dziewczyna? – pyta
mama, kiedy wchodzę do kuchni. Trzymam butelkę Sky pod kranem, dopóki nie jest
pełna, a wtedy odwracam się do niej. – Nazywa się Sky – mówię z uśmiechem. –
Poznałem ją wcześniej w sklepie.
Mama zerka na nią przez okno, potem
patrzy na mnie i przekrzywia głowę. – I już przyprowadziłeś ją do naszego domu?
Trochę szybko, nie uważasz?
Unoszę butelkę wody. – Zdarzyło się
jej przebiegać tutaj, a teraz nie ma już wody. – Ruszam do drzwi i odwracam się
do mamy, puszczając jej oko. – Na szczęście dla mnie, zdarza się nam mieć wodę.
Śmieje się. Uśmiechy na twarzy mojej
mamy są miłe, bo jest ich tak mało i tak rzadko. – No to powodzenia, Casanovo –
woła za mną.
Oddaję Sky butelkę, a ona od razu
zabiera się za picie. Staram się znaleźć sposób na naprawienie mojego
pierwszego wrażenia.
- Zatem… wcześniej? – odzywam się
niepewnie. - W sklepie? Jeżeli cię zaniepokoiłem, przepraszam.
Patrzy mi prosto w oczy. - Nie
zaniepokoiłeś mnie.
Kłamie. Absolutnie ją zaniepokoiłem. Nawet ją przeraziłem. Ale patrzy na
mnie teraz z takim przekonaniem.
Jest dezorientująca. Naprawdę dezorientująca.
Przyglądam jej się przez minutę,
mocno próbując ją rozgryźć, ale nie mam pojęcia. Gdybym teraz spróbował ją
poderwać, to nie wiem czy by mnie walnęła, czy pocałowała. W tej chwili jestem
pewien, że nie przeszkadzałoby mi żadne z tych dwóch.
- Również nie próbowałem cię poderwać
– mówię, pragnąc wyciągnąć z niej jakąś reakcję. – Po prostu myślałem, że byłaś
kimś innym.
- To nic – odpowiada cicho. Jej
uśmiech jest nieznaczny i rozczarowanie w jej głosie jest wyraźne. Uśmiecham
się, wiedząc, że trochę ją rozczarowałem.
- Nie to, że nie chciałbym cię poderwać – wyjaśniam. – Jedynie nie robiłem tego
w tym akurat momencie.
Uśmiecha się. Po raz pierwszy dostaję
od niej szczery uśmiech i czuję się, jakbym właśnie wygrał triatlon.
- Chcesz, żebym z tobą pobiegł? –
pytam, wskazując na jej drogę do domu.
- Nie, jest dobrze.
Kiwam głową, ale nie podoba mi się
jej odpowiedź. – Cóż, i tak zmierzam w tamtą stronę. Biegam dwa razy na dzień i
wciąż mam parę…
Podchodzę do niej bliżej, gdy dostrzegam
świeżego, wyraźnego siniaka pod jej okiem. Łapię jej brodę i odchylam jej
głowę, żeby lepiej się przyjrzeć. Moje wcześniejsze myśli są odsunięte na bok i
nagle czuję ogromną potrzebę skopania tyłka komukolwiek, kto ją dotknął.
- Kto ci to zrobił? Twoje oko nie
było takie wcześniej.
Odsuwa się ode mnie. – To był
wypadek. Nigdy nie przerywaj drzemki nastoletniej dziewczyny. – Stara się zbyć
to śmiechem, ale ja wiem lepiej. W przeszłości widziałem wiele niewyjaśnionych
siniaków na Les, żeby wiedzieć, że dziewczyny potrafią ukrywać takie coś lepiej
niż każdy chce to przyznać.
Przesuwam kciukiem po jej siniaku,
uspokajając przepływający przeze mnie gniew. – Powiedziałabyś komuś, prawda?
Gdyby ktoś ci to zrobił?
Ona tylko się we mnie wpatruje. Bez
odpowiedzi. Żadnego „Tak, oczywiście,
żebym powiedziała”. Nawet małego „Może”.
Jej brak potwierdzenia zabiera mnie do takich sytuacji z Les. Nigdy nie
przyznała, że Grayson fizycznie ją krzywdził, ale siniaki, które widziałem na
jej ramieniu tydzień przed tym jak zmusiłem go do zerwania z nią, niemal
zakończyły się morderstwem. Jeżeli dowiem się, że to on zrobił to Sky, to nie
będzie miał już ręki, żeby ją dotknąć.
- Biegnę z tobą – mówię. Kładę
stanowczo ręce na jej barkach i obracam ją, nie dając jej szansy na zaprotestowanie.
Ale nawet nie próbuje protestować.
Zaczyna biec, więc dorównuję jej spokojnym tempem. Gotuję się w środku przez
całą drogę do jej domu. Wkurzony, że nigdy nie dotarłem do sedna tego, co
działo się z Les i wkurzony, że Sky może mierzyć się z tym samym gównem.
Nie rozmawiamy przez całą drogę do
jej domu, dopóki nie odwraca się i macha mi na pożegnanie na krawędzi jej
podjazdu. – Chyba do zobaczenia? – pyta, idąc tyłem do jej domu.
- Absolutnie – odpowiadam, dobrze
wiedząc, że znowu się z nią zobaczę. Zwłaszcza, gdy wiem, gdzie mieszka.
Uśmiecha się i obraca w stronę domu,
a dopiero gdy jest w połowie drogi zdaję sobie sprawę, że nie mam jak się z nią
skontaktować. Nie ma Facebooka, więc tak się z nią nie skontaktuję. Nie mam jej
numeru telefonu. Nie mogę pojawić się w jej domu niezapowiedziany.
Nie chcę, żeby odchodziła, dopóki nie
będę wiedział na pewno, że znowu z nią porozmawiam.
Natychmiast odkręcam nakrętkę mojej
butelki i wylewam wodę na trawnik. Zakręcam z powrotem nakrętkę.
- Sky, poczekaj – wołam. Zatrzymuje
się i obraca. - Zrobisz mi przysługę?
- Tak?
Rzucam jej niby przypadkiem pustą
butelkę wody. Łapie ją, potakuje i biegnie do środka, żeby ją napełnić.
Wyciągam z kieszeni komórkę i piszę do Daniela.
Sky Davis. Dziewczyna, o której Grayson gadał w sobotni wieczór? Czy ona
ma chłopaka?
Sky otwiera drzwi frontowe i wraca na
zewnątrz, kiedy on odpowiada.
Z tego co słyszałem, to ma kilku.
Wciąż wpatruję się w wiadomość, gdy
ona dociera do mnie z wodą. Biorę ją od niej i upijam trochę, nie wiedząc
dlaczego trudno jest mi znaleźć prawdę w wiadomości Daniela. Choć wciąż jest
dla mnie zagadką, to widzę po tym jak jest pełna rezerwy, że nie tak łatwo ufa
ludziom. Opierając się na mojej interakcji z nią, ona po prostu nie pasuje do
opisu, który wszyscy jej nadają.
Zakręcam nakrętkę na butelce i robię
co mogę, żeby nie odrywać wzroku od jej oczu, ale niech to szlag, jeśli teraz
ten sportowy biustonosz nie jest magnesem. - Biegasz na bieżni?
Zakrywa brzuch ramionami, a ten ruch
sprawia, że chcę się walnąć za to że tak wyraźnie jej się przyglądam. Nie chcę
sprawiać, żeby czuła się niekomfortowo. ‘
- Nie – odpowiada. - Choć myślę o
spróbowaniu.
- Powinnaś. Ledwie jesteś zdyszana, a
właśnie przebiegłaś blisko pięć mil. Jesteś w ostatniej klasie?
Uśmiecha się. Już po raz drugi tak
się do mnie uśmiechnęła, a to naprawdę zaczyna mieszać mi w głowie.
- Nie powinieneś już wiedzieć czy
jestem w ostatniej klasie? – pyta, wciąż się uśmiechając. - Zaniedbujesz swoje
prześladowcze umiejętności.
Śmieję się. - Cóż, tak jakby
utrudniasz te prześladowanie. Nawet nie mogłem znaleźć cię na Facebooku.
Znowu się uśmiecha. Nie cierpię tego,
że to liczę. Trzy.
- Nie jestem na Facebooku –
odpowiada. - Nie mam dostępu do Internetu.
Nie wiem czy okłamuje mnie, żeby łatwo
mnie spławić, czy może mówi szczerze o braku dostępu do Internetu. Nie wiem, w
które ciężej jest uwierzyć. - Co z twoim telefonem? Nie możesz mieć Internetu
na komórce?
Unosi ramiona, żeby poprawić kucyka i
czuję się, jakby to mnie teraz
brakowało tchu. - Żadnej komórki. Moja matka nie jest fanką nowoczesnej
technologii. Także żadnego telewizora.
Czekam na jej śmiech, ale po kilku
sekundach wyraźne jest, że mówi poważnie. Nie jest dobrze. Jak do diabła mam
pozostać z nią w kontakcie? Nie, żebym tego potrzebował. Po prostu mam
przeczucie, że będę chciał. - Cholera
– śmieję się. – Mówisz poważnie? Co robisz dla zabawy?
Wzrusza ramionami. - Biegam.
Tak, zdecydowanie to robi. A jeśli ja
będę miał w tym coś do powiedzenia, to nie będzie już biegała sama.
- W takim razie – mówię, pochylając
się do niej - nie zdarzyłoby ci się wiedzieć o jakiej porze pewien ktoś wstaje
na swoje poranne biegi, prawda?
Wciąga szybko powietrze, potem
próbuje opanować to uśmiechem. Trzy i
pół.
- Nie wiem czy chciałbyś wstawać tak wcześnie
– odpowiada.
Gdyby tylko wiedziała, że poszedłbym
tak daleko, że nawet nie poszedłbym już nigdy
spać, gdyby tylko zgodziła się ze mną biegać. Nachylam się jeszcze bliżej i
zniżam głos. – Nie masz pojęcia, jak
bardzo chcę wstawać tak wcześnie.
Gdy tylko pojawia się jej czwarty
uśmiech, ona znika. Dzieje się to tak
szybko, że nie mam nawet czasu na reakcję. Dźwięk, który wydaje, gdy uderza o
beton sprawia, że się krzywię. Od razu kucam i przewracam ją.
- Sky? – mówię, potrząsając nią. Jest
nieprzytomna. Patrzę w kierunku jej domu, po czym podnoszę ją i pędzę do drzwi.
Nie kłopoczę się pukaniem, bo nie mam dodatkowych dłoni. Unoszę nogę i kopię do
drzwi wejściowych, mając nadzieję, że jest ktoś w domu, kto mnie wpuści.
Po paru sekundach drzwi się otwierają
i pojawia się kobieta. Patrzy na mnie w kompletnym skonsternowaniu, dopóki nie
zauważa w moich ramionach Sky.
- O mój Boże! – Od razu otwiera
szerzej drzwi, aby mnie wpuścić.
- Zemdlała na podjeździe – odzywam
się. – Myślę, że jest odwodniona.
Kobieta natychmiast biegnie do
kuchni, gdy ja kładę Sky na kanapie w salonie. Gdy tylko jej głowa dotyka
podparcia kanapy, jęczy cicho i unosi powieki. Wzdycham z ulgą, po czym odsuwam
się na bok, kiedy pojawia się jej matka.
- Sky, wypij trochę wody – mówi. Pomaga
jej się napić, po czym odstawia szklankę. - Przyniosę ci chłodną szmatkę –
dodaje, kierując się do przedpokoju.
Sky unosi na mnie wzrok i krzywi się.
Kucam obok niej, czując się okropnie, że pozwoliłem jej tak upaść. Wydarzyło
się to tak szybko. W jednej chwili stała przede mną; w drugiej już nie. -
Jesteś pewna, że nic ci nie jest? – pytam, gdy jej matka wyszła z pokoju.
- Był to dosyć paskudny upadek.
Do jej policzka przyklejony jest żwir
i kurz, więc większość ścieram. Zaciska powieki i zakrywa twarz ramieniem.
- O Boże - jęczy. – Tak mi przykro.
To takie upokarzające.
Chwytam jej nadgarstek i zabieram go
z jej twarzy. Nie chcę, żeby czuła się zawstydzona. Wdzięczny jestem, że nic
jej nie jest. I jeszcze bardziej wdzięczny, że miałem wymówkę, aby wnieść ją do
środka. Teraz jestem w jej domu i mam wymówkę na powrót i sprawdzenie co u
niej. Nic nie mogło się ułożyć dla mnie lepiej.
- Cii - szepczę. – Trochę się z tego
cieszę.
Jej usta unoszą się w uśmiechu. Pięć.
- Masz szmatkę, skarbie. Chcesz coś
na ból? Masz mdłości? – Jej matka podaje mi szmatkę i idzie do kuchni. – Mogę
mieć trochę nagietku albo korzenia łopianu.
Sky wywraca oczami. - Nic mi nie
jest, mamo. Nic nie boli.
Ścieram szmatką resztę brudu z jej
policzka. – Teraz możesz nie być obolała, ale będziesz – mówię cicho. Ona nie
widziała jak mocno uderzyła o ziemię. Jutro zdecydowanie to poczuje. – Powinnaś
coś wziąć na wszelki wypadek.
Kiwa głową i próbuje usiąść, więc jej
pomagam. Jej matka wraca do pokoju z małą szklanką soku i podaje ją Sky.
- Wybacz mi – odzywa się, wyciągając
do mnie rękę. – Jestem Karen Davis.
Podnoszę się i ściskam jej dłoń. –
Dean Holder – odpowiadam, zerkając szybko na Sky. - Przyjaciele nazywają mnie Holderem.
Karen uśmiecha się. - Znacie się ze
Sky?
- Tak naprawdę, to nie – mówię. – Jak
sądzę, byłem po prostu we właściwym miejscu we właściwej chwili.
- Cóż, dziękuję, że jej pomogłeś. Nie
wiem dlaczego zemdlała. Nigdy nie zemdlała. – Skupia uwagę na Sky. – Zjadłaś
coś dzisiaj?
- Kęs kurczaka na lunchu – odpowiada
Sky. – Jedzenie stołówkowe jest do bani.
Jedzenie stołówkowe. Więc chodzi do szkoły publicznej. Może jednak zastanowię się jeszcze
nad moją decyzją edukacyjną.
Karen przewraca oczami i wyrzuca ręce
w powietrze. – Czemu biegałaś bez zjedzenia najpierw?
- Zapomniałam – odpowiada obronnie
Sky. - Zazwyczaj nie biegam wieczorami.
Karen wraca do kuchni ze szklanką i
wzdycha ciężko. – Nie chcę żebyś już biegała, Sky. Co by się stało, gdybyś była
sama? I tak biegasz za dużo.
Mina Sky jest bezcenna. Najwyraźniej
bieganie jest dla niej tak istotne jak oddychanie.
- Proszę posłuchać – odzywam się,
znajdując szansę na uspokojenie obydwu stron, a zwłaszcza siebie. – Mieszkam na
Rover i biegam tędy codziennie w popołudniowych biegach. Jeśli poczułaby się
pani lepiej, z przyjemnością mogę biegać z nią przez następny tydzień lub
więcej o porankach. Zazwyczaj biegam na bieżni w szkole, ale to nic. Wie pani,
żeby się upewnić, że to znowu się nie wydarzy.
Karen wraca do salonu i przygląda się
nam. - Nie mam nic przeciwko – mówi. – Jeżeli Sky myśli że to dobry pomysł.
Proszę, myśl, że to dobry pomysł.
- Może być – odpowiada Sky,
wzruszając ramionami.
Miałem nadzieję na „do diabła tak” ale „może być” wystarczy.
Znowu próbuje wstać, ale kołysze się
na lewo. Od razu wyciągam rękę i chwytam ją za ramię, sadzając ją z powrotem na
kanapie.
- Powoli – mówię. Spoglądam na Karen. – Ma
pani jakieś krakersy, które mogłaby ona zjeść? Mogą pomóc.
Karen wraca do kuchni i skupiam teraz
na Sky pełną uwagę. - Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – Przeciągam
kciukiem po jej policzku, tylko dlatego, że chciałem znowu dotknąć jej
policzka. Gdy tylko moje palce ocierają się o jej skórę, dreszcze przebiegają
po jej ramionach. Nie mogę powstrzymać uśmiechu, wiedząc, że sprawiła to moja
dłoń na jej policzku. Najlepsze. Uczucie. Na. Świecie.
Zerkam na Karen, by upewnić się, że
nie idzie do salonu, po czym schylam się nad Sky. - O której godzinie
powinienem jutro przyjść cię prześladować?
- Szósta trzydzieści? – odpowiada bez
tchu.
- Szósta trzydzieści brzmi dobrze. – Szósta trzydzieści jest moją nową ulubioną
częścią dnia.
- Holder, nie musisz tego robić. –
Spogląda mi prosto w oczy, jakby chciała mi dać szansę na wycofanie się.
Dlaczego do diabła chciałbym się wycofywać?
- Wiem, że nie muszę tego robić, Sky.
Robię, co chcę. – Nachylam się jeszcze bliżej, chcąc raz jeszcze zobaczyć
dreszcze na jej ramionach. – A chcę z tobą biegać.
Odsuwam się, kiedy Karen wraca do
salonu. Sky skupia oczy na mnie, a przez to życzę sobie, żeby był już
jutrzejszy poranek.
- Jedz – mówi Karen, wkładając
krakersy do ręki Sky.
Wstaję i żegnam się z Karen. – Uważaj
na siebie – mówię do Sky, oddalając się do drzwi wejściowych. - Do zobaczenia
rano?
Potakuje i tylko takiego
potwierdzenia potrzebuję. Zamykam za sobą drzwi, zadowolony, że udało mi się
zrehabilitować. Kiedy tylko jestem z powrotem na chodniku, wyciągam komórkę z
kieszeni i dzwonię do Daniela.
- Cześć, Beznadziejny – mówi,
odbierając.
- Mówiłem, żebyś przestał mnie tak
nazywać, Dupku.
- Trzeba było o tym pomyśleć zanim
zrobiłeś tatuaż – odparowuje. – Co jest?
- Sky Davis – mówię szybko. – Kim ona
jest, skąd jest, czy chodzi tutaj do szkoły i czy umawia się z Graysonem?
Daniel się śmieje. – Wow, stary.
Zwolnij. Po pierwsze, nigdy jej nie spotkałem. Po drugie, jeżeli to ta sama
Sky, którą twierdziłem, że pozbawiłem dziewictwa przed Val na tamtej imprezie,
to na pewno nie będę o nią rozpytywał. Nadal próbuję przekonać Val, że nigdy
nie spałem z tą dziewczyną. Pytając o nią ludzi tylko pogorszę swoją sytuację,
koleś.
Jęczę. – Daniel, proszę. Muszę
wiedzieć, a ty jesteś w tym lepszy niż ja.
Po jego stronie trwa długa cisza. –
Dobra – mówi. – Ale pod jednym warunkiem.
Wiedziałem, że będzie warunek. Jeśli
chodzi o Daniela, to zawsze jest warunek. – Jakim warunkiem?
- Jutro pójdziesz do szkoły. Tylko na
jeden dzień. Zapisz się jutro i wypróbuj na jeden dzień, a jeśli absolutnie nie
będzie ci się podobało, to możesz oficjalnie rzucić szkołę z moim
błogosławieństwem.
- Zgoda – odpowiadam natychmiast.
Mogę iść na jeden dzień. Zwłaszcza, jeśli będzie tam Sky.