Podnoszę worek z drewnianej
podłogi i podchodzę do drzwi wejściowych, przyciskając dzwonek do drzwi. Nie
wiem czy to dobry pomysł. W rzeczywistości wiem,
że to zły pomysł. Ale z jakiegoś powodu ufam, że on zrobi to dla mnie.
Drzwi wejściowe
otwierają się, a na progu staje kobieta, najprawdopodobniej jego matka.
- Jest Breckin? –
pytam ją.
Lustruje mnie
wzrokiem od czubka głowy, powoli poprzez całe moje ciało, po stopy. Nie jest to
spojrzenie, które facet dostaje od kobiety, która go podziwia. To spojrzenie
dezaprobaty. – Breckin nie spodziewa się towarzystwa – odpowiada chłodno.
Dobra. Nie przewidziałem tej przeszkody.
- Wszystko w
porządku, mamo – słyszę Breckina, jak otwiera szerzej drzwi. – Nie przyszedł
tutaj dla mojego gejowskiego towarzystwa.
Matka Breckina
prycha, po czym wywraca oczami i oddala się, podczas gdy ja staram się
powstrzymać śmiech. Breckin staje teraz na jej miejscu, przyglądając mi się tak
samo dezaprobująco, jak ona. – Czego chcesz?
Przestępuję z nogi
na nogę, czując się trochę niekomfortowo na to jak bardzo jestem niemile
widziany w tym domu. – Chcę paru rzeczy – mówię. – Po pierwsze, chcę
przeprosić. Ale jestem też tutaj, żeby poprosić o przysługę.
Breckin wygina
brew. – Powiedziałem mamie, że nie jesteś tutaj dla mojego gejowskiego
towarzystwa, Holder. Więc proszę bardzo, przepraszaj, ale nie zrobię ci żadnej
przysługi.
Parskam śmiechem.
Uwielbiam to, że potrafi być taki wkurzony i równocześnie nabija się z samego
siebie. To takie w stylu Les. – Mogę wejść? – pytam. Czuję się w tej chwili
dość niezręcznie na ganku i nie chcę przeprowadzać tej rozmowy w progu. Breckin
cofa się i otwiera szerzej drzwi.
- Lepiej żeby to
był prezent na przeprosiny – mówi, wskazując worek w mojej ręce. Nie ogląda się
za siebie ani nie każe mi za sobą iść, kiedy kieruje się korytarzem, więc
zamykam drzwi i rozglądam się wokoło, po czym podążam za nim. Otwiera drzwi
swojej sypialni i wchodzę za nim. Pokazuje na krzesło. – Siadaj tam – mówi
stanowczo. Podchodzi do swojego łóżka i siada na jego brzegu, twarzą do mnie.
Powoli zajmuję miejsce na krześle, a on opiera łokcie na kolanach i składa
przed sobą dłonie, patrząc mi prosto w oczy. – Zakładam, że potem przeprosisz
Sky? Jak stąd wyjdziesz? Bo tylko ją tak naprawdę powinieneś przeprosić.
Stawiam siatkę przy
stopach i opieram się o krzesło. – Naprawdę jesteś względem niej opiekuńczy,
prawda?
Breckin wzrusza
obojętnie ramionami. – Kiedy te wszystkie gnojki traktują ją jak gówno, ktoś musi na nią uważać.
Zaciskam usta w
cienką linię i kiwam głową, ale nie od razu się odzywam. Patrzy na mnie przez
chwilę, prawdopodobnie starając się rozgryźć mój motyw bycia tutaj. Wypuszczam
szybki oddech i zaczynam mówić to, po co tutaj przyszedłem.
- Posłuchaj,
Breckin. Zapewne będę mówił bez większego sensu, ale wysłuchaj mnie, dobrze?
Breckin
wyprostowuje się w tym samym czasie, co przewraca oczami. – Proszę, powiedz mi,
że wytłumaczysz co, do diabła, stało się na stołówce. Jakieś tuzin razy
próbowaliśmy przeanalizować twoje zachowanie, ale nie ma ono żadnego sensu.
Potrząsam głową. –
Nie mogę ci powiedzieć, co się stało, Breckin. Nie mogę. Mogę ci tylko
powiedzieć, iż Sky znaczy dla mnie więcej niż kiedykolwiek będziesz w stanie
pojąć. Spieprzyłem i za późno jest, żeby wrócić i wszystko z nią poukładać. Nie
chcę jej przebaczenia, bo na nie nie zasługuję. Ty i ja oboje wiemy, że lepiej
jest jej beze mnie. Ale musiałem przyjść tutaj i przeprosić cię, ponieważ tylko
na ciebie patrząc wiem, jak bardzo ci na niej zależy. Dobija mnie to, że ją
zraniłem, ale wiem, że raniąc ją pośrednio zraniłem również ciebie. Więc
przepraszam.
Nie odrywam od
niego spojrzenia. Przechyla lekko głowę i przygryza dolną wargę, przyglądając
mi się.
- Jej urodziny są w
następną sobotę – mówię, podnosząc worek. – Kupiłem jej to i chcę, żebyś jej to
dał. Nie chcę by wiedziała, że jest ode mnie. Powiedz jej po prostu, że ty to
kupiłeś. Wiem, że jej się spodoba. – Wyciągam z worka e-reader i rzucam mu go.
Łapie go, po czym go ogląda.
Wpatruje się w
niego przez kilka minut, następnie odwraca na drugą stronę i patrzy na jego
tył. Odrzuca go na bok, po czym ściska razem ręce, patrząc się w podłogę.
Czekam, aż coś powie, bo ja powiedziałem już wszystko, co chciałem.
- Mogę tylko
powiedzieć jedną rzecz? – pyta, unosząc wzrok.
Potakuję.
Domyślałem się, że będzie miał o wiele więcej niż tylko jedną rzecz do powiedzenia.
- Sądzę, że
najbardziej wkurzył mnie fakt, że lubiłem jak z nią byłeś – mówi. – Podobało mi
się, że tamtego dnia była taka szczęśliwa. A chociaż obserwowałem cię z nią
przez jedynie pół godziny zanim coś ci odbiło – mówi, machając ręką w powietrzu
– to wydawało się to takie właściwe.
Wydawałeś się właściwy dla niej, a ona właściwa dla ciebie i… sam nie wiem,
Holder. Po prostu twoje zachowanie nie ma żadnego sensu. Nie miało sensu, kiedy
odszedłeś od niej tamtego dnia i na pewno nie ma sensu w tej chwili. Ale widzę,
że ci na niej zależy. Po prostu cię nie rozumiem. Ani trochę cię nie rozumiem,
a to mnie wkurza, ponieważ jeśli jestem dobry w choć jednej rzeczy na tym
świecie, to w rozumieniu ludzi.
Nie liczyłem, kiedy
mówił, ale jestem dość pewien, że wymienił więcej niż jedną rzecz. – Możesz po
prostu zaufać, że naprawdę mi na niej zależy? – pytam. – Chcę wszystkiego, co
dla niej najlepsze, a pomimo, że dobija mnie to, iż ja nie jestem dla niej
najlepszy, chcę widzieć ją szczęśliwą.
Breckin uśmiecha
się, po czym sięga obok siebie i podnosi e-reader. – No myślę, że jak dam jej
ten cudowny prezent, na który oszczędzam moje kieszonkowe, od razu zapomni o
Deanie Holderze. Jestem pewien, że będzie myśleć tylko o trocinach i słoneczku[1],
kiedy zatopi się w książkach, które tutaj załaduję.
Uśmiecham
się, chociaż nie mam pojęcia, co ma na myśli poprzez trociny i słoneczko.
[1] To taka
ciekawostka, że to jest odniesienie do „Morze spokoju” – Josh nazywał Nastyę
„Słoneczkiem”, a trociny zainteresowani wiedzą skąd są J
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz