3.8.14

Losing Hope - rozdział szesnasty


Praktycznie zeskakuję ze schodów i wbiegam do kuchni. Dziś jest drugi poniedziałek roku szkolnego i tylko myślenie o moim odmiennym nastawieniu, kiedy obudziłem się tydzień temu, wywołuje we mnie śmiech. Nigdy w życiu nie wyobrażałbym sobie, że będę tak bardzo pochłonięty myślami o dziewczynie. Od chwili, jak opuściłem jej dom w sobotę, jadłem, oddychałem i śniłem, myśląc tylko o niej.

- Więc jak podoba ci się Sky? – pyta mama. Siedzi przy kuchennym stole, jedząc śniadanie i czytając gazetę. Jestem zaskoczony, że pamięta jej imię. Tylko raz ją wspomniałem. Zamykam drzwi lodówki i podchodzę do kontuaru.

- Ona jest świetna – odpowiadam. – Bardzo mi się podoba.

Mama odkłada gazetę i przechyla głowę. – Ona? – pyta z uniesioną brwią. Nie rozumiem jej zdezorientowania. Gapię się na nią, dopóki nie potrząsa głową i parska śmiechem. – O Jezu – mówi. – Straciłeś głowę.

Wciąż zdezorientowany. – O co ci chodzi? Zapytałaś jak podoba mi się Sky i odpowiedziałem ci.

Teraz śmieje się jeszcze mocniej. – Powiedziałam szkoła, Holder. Zapytałam jak podoba ci się szkoła.

Och.

Może naprawdę straciłem głowę.

- Cicho. – Śmieję się, zakłopotany.

Przestaje się śmiać i podnosi gazetę, trzymając ją przed sobą. Biorę picie oraz plecak i ruszam do drzwi. – No więc? – pyta. – Jak podoba ci się szkoła?

Wywracam oczami. – Jest dobrze – odpowiadam, wycofując się z kuchni. – Ale bardziej podoba mi się Sky.

Idę do samochodu i wsadzam plecak do środka. Żałuję, że nie zaproponowałem jej dziś podwózki, ale po spędzeniu całej niedzieli na esemesowaniu zgodziliśmy się nie spieszyć. Postanowiliśmy nie biegać razem o poranku. Powiedziała, że to byłoby zbyt dużo, zbyt szybki, a ja zdecydowanie chciałem trzymać się jej tempa, więc się zgodziłem. Jednakże nie mogę zaprzeczyć faktowi, iż byłem lekko rozczarowany, że ona chce biegać sama. Chcę być w jej towarzystwie o każdej porze dnia, ale wiem również, że ma rację. Spędziliśmy razem jeden weekend i już wydaje mi się, jakbym połączył się z nią na głębszym poziomie niż z jakąkolwiek inną dziewczyną, z jaką się umawiałem. To dobre uczucie, ale jednak diabelnie mnie przeraża.

Nim wyjeżdżam z podjazdu, wyciągam komórkę i piszę do niej.

Nie wiem czy twoje ego potrzebuje dzisiaj zmniejszenia. Sam to ocenię, kiedy w końcu będę mógł Cię zobaczyć za piętnaście minut.

Odkładam telefon i wycofuję z podjazdu. Gdy dojeżdżam do pierwszego znaku stopu, znowu podnoszę komórkę i do niej piszę.

Czternaście minut.

Trzymam telefon w ręce i raz jeszcze do niej piszę, gdy mija kolejna minuta.

Trzynaście minut.

Robię to co minutę, dopóki nie wjeżdżam na parking szkolny i minęły wszystkie minuty.

Kiedy docieram do klasy, zerkam przez okienko w drzwiach. Ona siedzi na tyle pomieszczenia obok szczęśliwie pustej ławki. Moje tętno przyspiesza zaledwie na jej widok. Otwieram drzwi i wchodzę do środka, a jej twarz od razu rozjaśnia się od uśmiechu, jak tylko mnie zauważa.

Dochodzę do końca klasy i zaczynam kłaść plecak na pustej ławce w tym samym czasie, co jakiś koleś próbuje postawić na niej swoje picie. Patrzę na niego, a on na mnie, po czym oboje spoglądamy na Sky, ponieważ nie chcę go odpędzać, dopóki ona nie da mi pozwolenia.

- Wygląda na to, że mamy tutaj kłopotliwe położenie, chłopcy – odzywa się z uroczym uśmiechem. Patrzy na kawę trzymaną w rękach faceta stojącego obok mnie. – Widzę, że Mormon przyniósł królowej ofiarę kawy. Bardzo imponujące. – Zerka na mnie, unosząc brew. – Chciałbyś wyjawić swoją ofiarę, beznadziejny chłopcze, bym mogła zdecydować, kto będzie towarzyszył mi dziś na klasowym tronie?

Droczy się ze mną. Uwielbiam to. A jak teraz o tym myślę, to ten koleś musi być tym, z kim ona siedzi na lunchu od tygodnia. Jedno spojrzenie na jego ciemnoróżowe buty i dopasowane spodnie uwalnia mnie od jakichkolwiek zmartwień, że mógłby być on moją konkurencją.

Zabieram plecak i pozwalam mu zająć miejsce. - Wygląda a to, że ktoś jest dziś w potrzebie burzącej-ego wiadomości. – Zajmuję puste miejsce w rzędzie przed nią.

- Gratulacje, giermku – mówi do faceta z kawą. – Jesteś dzisiejszym wybrankiem królowej. Usiądź. Był to całkiem niesamowity weekend.

Zajmuje miejsce, ale przygląda się jej z ciekawością. Widać po jego minie, iż nie ma pojęcia co wydarzyło się tego weekendu pomiędzy Sky i mną. – Breckin, to jest Holder – mówi Sky, przedstawiając mnie mu. – Holder nie jest moim chłopakiem, ale jeśli przyłapię go na próbie złamania rekordu najlepszego pierwszego pocałunku z inną dziewczyną, to wkrótce będzie moim nieoddychającym nie-chłopakiem.

Och, nie martw się, skarbie. Nie zamierzam łamać tego rekordu z nikim innym, jak tobą.

Uśmiecham się do niej. – Nawzajem.

- Holder, to jest Breckin – mówi, wskazując na niego ręką. – Breckin jest moim nowym najlepszejszym przyjacielem w całym szerokim świecie.

Jeśli jest najlepszym przyjacielem Sky, to jestem pewien, że wkrótce stanie się moim drugim najlepszym przyjacielem. Wyciągam do niego rękę. Breckin jest ostrożny, ściskając moją dłoń, po czym odwraca się do Sky i zniża głos. – Czy nie-twój-chłopak zdaje sobie sprawę, że jestem Mormonem?

Sky uśmiecha się, potakując głową. – Okazuje się, że Holder w ogóle nie ma problemu z Mormonami. Jedynie ma problem z dupkami.

Breckin śmieje się, a ja wciąż próbuję się zorientować czy Mormon w tym przypadku naprawdę oznacza Mormona, ponieważ z pewnością brzmi to na hasło na coś zupełnie innego.

- Cóż, w takim wypadku, witamy w przymierzu – mówi do mnie Breckin.

Opuszczam wzrok na kawę stojącą na jego ławce. Jeśli Mormon oznacza Mormona, lepiej by była to kawa bezkofeinowa. – Myślałem, że Mormoni nie mogą zażywać kofeiny – mówię do niego.

Breckin wzrusza ramionami. – Postanowiłem złamać tę zasadę w poranek, kiedy obudziłem się homoseksualny.

Śmieję się. Chyba lubię tego Mormona.

Sky opiera się o krzesło i uśmiecha do mnie. Dobrze jest dostawać aprobatę od jedynego przyjaciela, którego wydaje się mieć. Pan Mulligan wchodzi do środka, więc nachylam się do Sky zanim zacznie swój wykład. – Zaczekasz na mnie po lekcji?

Uśmiecha się i kiwa głową.

***

Kiedy podchodzimy do jej szafki, ta znowu oblepiona jest karteczkami.

Palanty.

Odrywam je wszystkie i rzucam na podłogę, tak jak robię zawsze, mijając jej szafkę. Ona zamienia podręczniki, po czym odwraca się do mnie przodem. – Przyciąłeś włosy – mówi.

Nie zamierzam nawet przyznawać jak trudno jest znaleźć otwartego fryzjera w niedzielę.

- Tak. Ta laska, którą znam nie chciała przestać jęczeć na ten temat. To było naprawdę irytujące.

- Podobają mi się – odpowiada.

- Dobrze.

Uśmiecha się do mnie i przyciska książki do klatki piersiowej. Nie mogę przestać myśleć o sobocie i jak oddałbym wszystko, by powrócić z nią teraz do jej pokoju. Dlaczego do diabła jej nie pocałowałem? Dzisiaj ją pocałuję, niech to szlag. Po szkole. Albo podczas szkoły, jeśli mi się uda. Albo teraz.

- Chyba powinniśmy iść do klasy – mówi, patrząc gdzieś obok mnie.

- Tak – zgadzam się. Serio powinniśmy pewnie iść do klasy, ale ona nie jest w mojej następnej klasie, więc nie mam pośpiechu, żeby tam iść.

Wpatruje się we mnie chwilę dłużej. Wystarczająco długo, bym ułożył sobie w głowie plan. Wiem, że to poniedziałek, ale chcę ją dziś gdzieś zabrać. Wtedy będę musiał odprowadzić ją do drzwi. A kiedy dotrzemy do jej drzwi, będę całował ją przez co najmniej pół godziny, tak jak powinienem był zrobić w sobotni wieczór.

Odpycha się od szafki i zaczyna odchodzić, ale łapię jej ramię i przyciągam do siebie. Podpieram ją o szafkę, a ona wciąga gwałtownie powietrze, kiedy blokuję ją ramionami.

Znowu jest speszona.

Wyciągam dłoń do jej twarzy i wsuwam ją pod jej szczękę, przesuwając kciukiem po jej dolnej wardze. Wyczuwam, jak jej klatka piersiowa unosi się przy mojej, a jej oddechy przyspieszają.

- Żałuję, że nie pocałowałem cię w sobotni wieczór – szepczę, wpatrując się w jej wargi. Rozchyla usta i nie przestaję przesuwać po nich kciukiem. – Nie mogę przestać sobie wyobrażać, jak smakujesz. – Przyciskam kciuk do środka jej ust i szybko ją całuję. Ale odsuwam się równie szybko, ponieważ te droczenie się mnie zabija. Jej oczy są zamknięte i puszczam jej twarz, oddalając się.

Jestem całkiem pewien, iż właśnie stałem się mistrzem samokontroli, ponieważ odejście od tych ust było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jaką kiedykolwiek zrobiłem.

***

- Cześć, wąsista babeczko – odzywa się Daniel, wpychając się w kolejkę przede mną.

- Wąsista babeczko? – wzdycham, potrząsając głową. Przysięgam, że nie wiem skąd on bierze te gówno.

- Cóż, nie lubisz jak nazywam cię Beznadziejnym. Albo kurczakową pizdą. Albo wargą sromową. Albo…

- Mógłbyś nazywać mnie po prostu Holderem.

- Wszyscy inni nazywają cię Holderem, a ja nienawidzę wszystkich innych, więc nie. Nie mogę. – Bierze dwie puste tace i podaje mi jedną. Wskazuje głową stolik Sky. – Mam nadzieję, że warto było porzucać mnie w sobotę dla tamtych serowych cycków.

- Ona nazywa się Sky – poprawiam go.

- No nie mogę nazywać jej Sky. Wszyscy inni nazywają ją Sky, a ja nienawidzę wszystkich innych, więc…

Wybucham śmiechem. – Więc dlaczego nazywasz Valerie po jej imieniu?

Obraca się wokoło. – Kto to Valerie? – pyta, patrząc na mnie jakbym stracił rozum.

- Val? Twoja była? Albo obecna dziewczyna. Kimkolwiek jest.

Daniel śmieje się. – Nie, stary. Ona nie nazywa się Valerie, tylko Tessa.

Co do diabła?

- Nazywam ją Val,  bo to skrót na Valium i zawsze jej mówię, by brała te gówno wiadrami. Nie kłamałem, kiedy mówiłem, że jest cholernie szalona.

- Czy ty kogokolwiek nazywasz po prawdziwym imieniu?

Zastanawia się przez chwilę nad moim pytaniem, po czym patrzy na mnie ze zdezorientowaniem. – Czemu miałbym to robić?

Poddaję się. – Dzisiaj siadam ze Sky – mówię mu. – Chcesz z nami usiąść?

Daniel kręci głową. – Nie. Val ma dziś dobry dzień, więc lepiej to wykorzystam. – Bierze resztę od kasjera stołówkowego. – Na razie, zadku rekina.

Czuję nawet ulgę, że siedzi z Val. Nie jestem pewien czy jestem już gotowy, by Sky dostała dozę Daniela. Płacę za moje jedzenie i idę do ich stolika. Gdy do nich docieram, wygląda na to, że Sky opowiada Breckinowi o naszym weekendzie. Breckin dostrzega mnie, jak podchodzę do niej od tyłu, ale puszcza tylko oko i nie mówi jej, że słucham.

- Pojawił się w moim domu w piątek i po sporych nieporozumieniach, w końcu się dogadaliśmy, że po prostu źle się zrozumieliśmy. Potem piekliśmy, przeczytałam mu trochę pornografii i poszedł do domu. Wrócił sobotniego wieczora i gotował dla mnie. Potem poszliśmy do mojego pokoju i…

Opuszczam tacę obok jej i siadam. – Nie zatrzymuj się – mówię. – Z chęcią usłyszę, co dalej zrobiliśmy.

Posyła mi szybki uśmiech, kiedy widzi moją tacę obok jej, po czym przewraca oczami i zwraca się z powrotem do Breckina. – Wtedy złamaliśmy rekord najlepszego pierwszego pocałunku w historii pierwszych pocałunków bez prawdziwego całowania.

- Imponujące – mówi Breckin.

- Był to nieznośnie nudny weekend – odpowiadam.

Breckin rzuca mi spojrzenie, jakby chciał skopać mi tyłek za obrażanie Sky. Za to właśnie zdobył duże punkty.

- Holder uwielbia nudę – wyjaśnia Sky. – Ma na myśli miłą rzecz.

Breckin unosi widelec i przesuwa między nami wzrokiem. – Niewiele mnie dezorientuje. Ale wasza dwójka jest wyjątkiem.

Nie tylko on jest nami zdezorientowany. Ja jestem poważnie nami zdezorientowany. Nigdy wcześniej nie czułem się tak komfortowo z dziewczyną, a nawet ze sobą nie chodzimy. Nawet się nie pocałowaliśmy. Chociaż podarowałem jej całkiem mocny niepocałunek. Myślenie o tym trochę mnie niepokoi. – Jesteś dzisiaj zajęta?

Wyciera usta serwetką. – Może – odpowiada, uśmiechając się.

Puszczam jej oko, wiedząc, że to jej uparty sposób powiedzenia, iż nie jest zajęta.

- Czy pornografia, którą ci przeczytała była tą, którą jej pożyczyłem? – pyta Breckin.

- Pornografia? – śmieję się. – Nie sądzę, że to była pornografia, ale nie wyłapałem większości książki, ponieważ mój umysł miał lekko odwróconą uwagę.

Sky wali mnie po ramieniu. – Dałeś mi czytać przez całe trzy godziny i nawet nie skupiałeś uwagi?

Zarzucam ramię na jej barki i przyciągam ją do siebie, całując ją w bok głowy. – Już ci powiedziałem, że skupiałem uwagę – szepczę jej do ucha. – Tylko nie na słowach, które wychodziły z twoich ust. – Odwracam się do Breckina. – Choć trochę wyłapałem. Niezła książka. Nigdy nie sądziłem, że zainteresuje mnie romans, ale jestem ciekawy, jak ten facet odnajdzie sposób by wygrzebać się z tego gówna.

Breckin zgadza się i nawiązuje temat o fabule. Zaczynam rozmawiać o książce i nie mogę nie zauważyć, iż Sky milczy przez cały czas, kiedy rozmawiam z Breckinem. Ciągle na nią spoglądam, ale całkiem się wyłączyła, tak jak tamtego sobotniego wieczora w jej kuchni. Po jakimś czasie jej milczenia, zaczynam się martwić, że coś jest nie tak.

- W porządku? – pytam, skupiając na niej uwagę. Nawet nie mruga oczami. Pstrykam palcami przed jej twarzą. – Sky – mówię trochę głośniej. Jej oczy nareszcie kierują się na mnie i wyrywa się z transu. – Gdzie poszłaś? – pytam zmartwiony.

Uśmiecha się, ale wygląda na zawstydzoną tym, że się wyłączyła. Wyciągam rękę i obejmuję jej policzek, przesuwając po nim kciukiem. – Musisz przestać tak znikać. Trochę mnie to przeraża.

Wzrusza ramionami. – Przepraszam. Łatwo się rozpraszam. – Uśmiecha się i odrywa moją dłoń od swojej twarzy, ściskając ją krzepiąco. – Naprawdę nic mi nie jest.

Spuszczam wzrok na rękę, która trzyma moją. Dostrzegam znajomą połówkę srebrnego serduszka zwisającą spod jej rękawa, więc natychmiast obracam jej dłoń, przekręcając jej nadgarstek.

Ona ma bransoletkę Les.

Czemu do diabła, ma ona bransoletkę Les?

- Skąd to masz? – pytam, wciąż patrząc na bransoletkę, która z cholerną pewnością nie powinna być teraz na jej nadgarstku.

Spogląda na swoją rękę i wzrusza ramionami, jakby to nie była wielka sprawa.

Tylko wzrusza ramionami?

Wzrusza ramionami, jakby nic ją nie obchodziło, że właśnie całkowicie pozbawiła mnie tchu. Dlaczego ona ma tę bransoletkę? To bransoletka Les. Ostatni raz widziałem tę bransoletkę na nadgarstku Les.

- Skąd to masz? – pytam bardziej nagląco.

Patrzy na mnie teraz, jakby przerażała ją siedząca przed nią osoba. Zdaję sobie sprawę, że trzymam mocno jej nadgarstek, więc puszczam go, a ona odsuwa się ode mnie.

- Myślisz, że dostałam ją od faceta? – pyta zdezorientowana.

Nie, nie myślę, że ona jest od faceta. Chryste. Wcale tak nie myślę. Myślę, że ma bransoletkę mojej martwej siostry i nie chce mi powiedzieć skąd ją ma. Nie może sobie ot tak wzruszać ramionami, zachowując się jakby to był zbieg okoliczności, ponieważ ta bransoletka jest wykonana ręcznie i jest tylko jedna jedyna taka druga bransoletka w całym przeklętym świecie. Więc jeżeli ona nie jest Hope, to jakimś cudem ma bransoletkę Les i chcę wiedzieć dlaczego, do diabła, ją ma!

Jeżeli ona nie jest Hope.

Prawda uderza mnie z ogromną siłą i czuję, że będzie mi niedobrze. Nie, nie, nie.

- Holder – mówi Breckin, przesuwając się do przodu. – Wyluzuj, człowieku.

Nie, nie, nie. To nie może być bransoletka Hope. Skąd miałaby ją mieć po takim czasie? W mojej głowie pojawią się jej słowa z sobotniego wieczoru.

Jedyną rzecz, którą mam zanim zaadoptowała mnie Karen to jakaś biżuteria i nie mam pojęcia od kogo ona jest.”

Nachylam się do przodu, modląc się, by ta bransoletka nie była biżuterią, o którą jej chodziło. – Kto dał ci cholerną bransoletkę, Sky?

Wciąga głośno powietrze, wciąż nie potrafiąc dać mi odpowiedzi. Nie może mi odpowiedzieć, ponieważ ona naprawdę nie ma pojęcia. Wpatruje się we mnie, jakbym właśnie ją złamał i do diabła… chyba to zrobiłem.

Wiem, że nie ma pojęcia o tym, co dzieje się teraz w moim umyśle, ale jak mógłbym jej powiedzieć? Jak, do diabła, mam jej wytłumaczyć, że ona może nie wie skąd wzięła się bransoletka na jej nadgarstku, ale ja wiem? Jak mam jej powiedzieć, że ta bransoletka jest od Les? Od najlepszej przyjaciółki, której nie pamięta? I jak mam przyznać, że dostała tę bransoletkę parę minut przed tym jak od niej odszedłem? Parę minut przed tym, jak jej całe życie zostało obrócone do góry nogami?

Nie mogę jej powiedzieć. Nie mogę jej powiedzieć, bo ona szczerze nie ma wspomnień o mnie, o Les czy o tym jak dostała cholerną bransoletkę. Patrząc na nią nie sądzę nawet, że pamięta Hope. Ona nawet nie pamięta samej siebie. Powiedziała w sobotni wieczór, że nie wspomnień swojego życia przed pojawieniem się Karen.

Jak ona może nie pamiętać? Jak ktokolwiek może nie pamiętać, że został porwany z własnego domu? Zabrany od najlepszej przyjaciółki?

Jak ona może nie pamiętać mnie?

Zaciskam powieki i odwracam się od niej. Przyciskam dłonie do czoła i wciągam głęboki wdech. Muszę się uspokoić. W tej chwili ją przerażam, a to ostatnia rzecz, jakiej pragnę. Chwytam się za kark, żeby zająć czymś ręce, by nie walnąć w stolik.

Ona jest Hope. Sky jest Hope, a Hope jest Sky i… - Cholera!

Nie chciałem mówić tego głośno, bo wiem, że ją przerażam. Ale to największy spokój, jaki teraz osiągnę. Muszę się stąd wydostać. Muszę wymyślić, jak mam jej to wyjaśnić, do cholery.

Podnoszę się i pędzę do wyjścia stołówki, zanim zrobię lub powiem coś innego. Jak tylko znajduję się za drzwiami, sam na korytarzu, opadam na najbliższą szafkę i podnoszę drżące ręce do twarzy.

- Cholera, cholera, cholera!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz