- Cześć,
kaszalocie. Wychodzimy dzisiaj? – pyta Daniel, podchodząc do mojej szafki.
Ostatnią rzeczą
jakiej dzisiaj chcę jest wychodzenie. Wiem, że Daniel pewnie oderwałby od niej
moje myśli tym całym szalonym gównem, które wychodzi z jego ust, ale
nieszczególnie chcę odrywać od niej
myśli. Nie odzywałem się do niej od poniedziałku i jedyną rzeczą, która brzmi
zachęcająco oprócz niej, jest samotne użalanie się nad sobą.
- Może jutro. Nie
bardzo chce mi się dziś cokolwiek robić.
Daniel opiera
łokieć o szafkę i pochyla głowę, zbliżając się do mnie. – Serio zachowujesz się
jak męska wagina – mówi. – Nawet nie chodziłeś z tą laską. Weź się w garść i… -
Daniel zerka nad moim ramieniem, nie kończąc zdania. – Jaki masz, do diabła,
problem, puszku? – Mówi do kogoś stojącego za mną. Sposób w jaki to mówi może
oznaczać, że jest to tylko Grayson. Bojąc się, że zostanę walnięty od tyłu,
obracam się.
To nie Grayson.
Breckin stoi przede
mną i nie wygląda na zbyt zadowolonego tym faktem.
- Cześć – mówię.
- Muszę z tobą
pogadać – mówi. Wiem, że chce porozmawiać o Sky, a ja naprawdę nie chcę gadać o
Sky. Ani z Breckinem, ani z Danielem, nawet nie ze Sky. Nikt nic nie rozumie i
szczerze, to niczyja sprawa.
- Sorry, Breckin.
Nie jestem w nastroju, żeby o niej rozmawiać.
Breckin robi szybki
krok w przód, a ja się cofam, ponieważ nie spodziewałem się, że tak na mnie
ruszy. Opieram plecy o szafkę, a Daniel śmieje się w głos. Pewnie dlatego, że
Breckin jest dobre dwadzieścia kilo lżejszy ode mnie i kilka centymetrów
niższy, a on prawdopodobnie zastanawia się czemu jeszcze nie powaliłem
Breckina. Ale to nie powstrzymuje Breckina od przysunięcia się jeszcze bliżej i
szturchnięcia mnie palcem w tors.
- Gówno mnie
obchodzi w jakim jesteś nastroju, bo sam jestem w gównianym nastroju, Holder.
To nie ty musiałeś zbierać w tym tygodniu wszystkie rozbite kawałki Sky. Nie
wiem, co do diabła stało się na stołówce w poniedziałek, ale wystarczyło, by
pokazać mi, że cię nie lubię. Ani trochę cię nie lubię i nie mam pojęcia, co
widzi w tobie Sky… bo to co jej zrobiłeś? Jak wodziłeś ją przez kilka dni, a
potem odszedłeś jakby była stratą twojego czasu? – Breckin potrząsa głową,
wciąż wściekły. Opuszcza wzrok na moje ramię. Na tatuaż. – Żal mi ciebie –
wzdycha. Wciąga uspokajający oddech i powoli ponosi spojrzenie. – Żal mi
ciebie, bo ludzie tacy jak ona nie zdarzają się często. Zasługuje na kogoś, kto
zdaje sobie z tego sprawę. Kogoś, kto ją docenia. Kogoś, kto nigdy… - Kręci
głową, patrząc na mnie z rozczarowaniem. – Kogoś, kto nigdy nie zniszczyłby jej
nadziei, a potem sobie odszedł.
Breckin cofa się o
krok kończąc, a Daniel rzuca mi spojrzenie. Spojrzenie, które wskazuje, iż jest
gotowy zacząć jedną ze swoich bójek. Zanim mam szansę powiedzieć Danielowi, by
się wstrzymał, rusza w kierunku Breckina. Szybko staję między nimi i popycham
Daniela ramieniem na szafkę, przytrzymując jego klatkę piersiową. – Nie –
mówię, powstrzymując Daniela.
- Pozwól mu mnie
uderzyć – mówi głośno Breckin za mną. – Albo jeszcze lepiej, może ty to
zrobisz, co, Holder? W poniedziałek udowodniłeś Sky, jaki z ciebie twardziel.
No dawaj!
Puszczam Daniela i
obracam się do Breckina. Nie chcę go bić. Dlaczego miałbym go uderzyć, kiedy
wszystko co do mnie powiedział było absolutną prawdą? Jest na mnie wkurzony za
to, jak potraktowałem Sky. Jest wkurzony i ją broni, a ja nie mam pojęcia jak
powiedzieć mu, ile dla mnie znaczy to, że ona go ma.
Odwracam się i
otwieram moją szafkę, po czym wyciągam plecak i kluczyki samochodowe. Daniel
przygląda mi się z bliska, zastanawiając się dlaczego nie skopałem tyłka
Breckinowi. Raz jeszcze odwracam się do Breckina, a on patrzy na mnie z takim
samym skonsternowaniem, co Daniel. Zaczynam odchodzić, ale zatrzymuję się, gdy zrównuję
się z Breckinem. – Cieszę się, że ona ma ciebie, Breckin.
Nie odpowiada.
Zakładam plecak na ramię i oddalam się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz