3.8.14

Losing Hope - rozdział czterdziesty trzeci


Kiedy włączam swój telefon, jestem zalany wiadomościami. Paroma od Breckina, paroma od mamy. Są nieodebrane połączenia z telefonu Sky, więc przypuszczam, że są one od Karen. Wciąż nie jestem pewien jak to, co zrobiła, wpasowuje się w obrazek, ale trudno mi uwierzyć, że zrobiła to w złych intencjach.

Sky wierci się w łóżku i przewraca na drugi bok. Patrzę na nią i pochylam się, żeby ją pocałować, ale odwraca twarz i zamiast tego całuję jej policzek.

- Poranny oddech – pomrukuje, zsuwając się z łóżka. Idzie pod prysznic, a ja sprawdzam godzinę. Za godzinę możemy się wymeldować, więc zbieram nasze rzeczy.

Kiedy zapakowałem już większość rzeczy, wychodzi z łazienki. - Co robisz? – pyta.

Zerkam na nią. - Nie możemy zostać tutaj na zawsze, Sky. Musimy pomyśleć, co chcesz zrobić.

Podchodzi do mnie prędko. - Ale… ale ja jeszcze nie wiem. Nawet nie mam gdzie pójść.

Jej głos jest pełen paniki, więc zbliżam się do niej, chcąc ją uspokoić. – Masz mnie, Sky. Uspokój się. Możemy wrócić do mojego domu i pomyśleć. Poza tym, oboje nadal jesteśmy w szkole. Nie możemy po prostu przestać chodzić i na pewno nie możemy mieszkać cały czas w hotelu.

- Jeszcze jeden dzień – odpowiada. – Proszę, zostańmy jeszcze na jeden dzień, potem pojedziemy. Muszę spróbować to rozgryźć, a żeby to zrobić muszę pójść tam jeszcze raz.

Nie wiem, jakim sposobem sądzi, że powrót do tego domu jest dobrym pomysłem. Nie potrzebuje stamtąd absolutnie niczego. – Nie ma mowy. Nie przeprowadzę cię przez to jeszcze raz. Nie wrócisz tam.

- Muszę, Holder – mówi błagalnie. - Obiecuję, że tym razem nie wyjdę z samochodu. Obiecuję. Ale muszę zobaczyć dom jeszcze raz zanim pojedziemy. Dużo sobie przypomniałam, kiedy tam byłam. Chcę tylko jeszcze parę wspomnień, zanim zabierzesz mnie z powrotem i będę musiała zdecydować, co zrobić.

Jezu, ona jest nieugięta. Przemierzam podłogę, nie wiedząc jak wbić jej do głowy, że nie może tego zrobić.

- Proszę – powtarza.

Ugh! Nie mogę odmówić temu głosowi.

- Dobra – jęczę. - Powiedziałem ci, że zrobię cokolwiek, co wydaje ci się, że potrzebujesz zrobić. Ale nie będę zawieszał z powrotem tych ubrań.

Śmieje się i podchodzi do mnie, zarzucając mi ręce na szyję. – Jesteś najlepszym, najbardziej wyrozumiałym chłopakiem w całym szerokim świecie.

Odwzajemniam jej uścisk i wzdycham. – Nie, nie jestem. Jestem najbardziej pokopanym chłopakiem w całym szerokim świecie.

***

Siedzimy w moim samochodzie po drugiej stronie ulicy od jej starego domu i zaciskam kierownicę tak mocno, iż obawiam się, że mogę ją połamać. Jej ojciec właśnie wjechał na podjazd, a choć w przeszłości bywałem szalenie wściekły, to do tej pory nie miałem prawdziwe chęci, aby kogoś zabić. Tylko jego widok sprawia, że skręca mi się żołądek, a krew aż się gotuje. Unoszę rękę, żeby odpalić samochód, wiedząc, że nic dobrego z tego nie wyjdzie, jeśli w tej chwili nie odjadę.

- Nie odjeżdżaj – odzywa się ona, odsuwając moją dłoń od kluczyka. – Muszę zobaczyć, jak on wygląda.

Wzdycham, opadając na siedzenie. Musi się pospieszyć i dostać tego, czego potrzebuje, bo to jest złe. To jest bardzo, bardzo złe.

- O mój Boże – szepta. Odwracam się do niej, chcąc wiedzieć, dlaczego to powiedziała. – To nic – dodaje. – Po prostu wygląda… znajomo. Nie miałam w głowie jego obrazu, ale gdybym zobaczyła go na ulicy, to poznałabym go.

Przyglądamy się, jak kończy rozmowę przez komórkę i podchodzi do skrzynki pocztowej.

- Masz już dosyć? – pytam. – Bo ja nie zostanę tu ani sekundy dłużej bez wyjścia z auta i nie skopania mu tyłka.

- Prawie – odpowiada, pochylając się na siedzeniu, żeby lepiej się przyjrzeć. Nie rozumiem, po co w ogóle chciała go widzieć. Nie rozumiem, dlaczego nie wyskakuje z tego auta, żeby wyrwać mu jaja, bo w tej chwili to jest moje jedyne pragnienie.

Gdy jej ojciec nareszcie znika wewnątrz domu, odwracam się do niej.

- Teraz?

Kiwa głową. – Tak, teraz możemy jechać.

Podnoszę rękę do stacyjki i odpalam samochód, po czym patrzę z przerażeniem jak otwiera drzwi na oścież, i wybiega z auta.

Co do cholery?

Gaszę silnik i otwieram własne drzwi, biegnąc za nią. Gonię ją przez całe frontowe podwórko i łapię ją w połowie schodów gankowych. Obejmuję ją ramionami i unoszę, odwracając się z powrotem do auta. Próbuje ze mną walczyć, kopiąc mnie i robię wszystko, co w mojej mocy, żeby zabrać ją jak najdalej od domu, aby on jej nie usłyszał.

- Co ty wyprawiasz, do diabła? – pytam przez ściśnięte zęby.

- Puść mnie, Holder, albo będę krzyczeć! Przysięgam na Boga, będę krzyczeć!

Puszczam ją i obracam twarzą do siebie. Chwytam mocno jej ramiona i próbuję wstrząsnąć w nią przeklęty rozum.

- Nie rób tego, Sky. Nie musisz znowu stawiać mu czoła, nie po tym, co zrobił. Chcę, żebyś dała sobie więcej czasu.

Patrzy na mnie, potrząsając głową. – Muszę wiedzieć czy robi to komuś innemu. Muszę wiedzieć czy ma więcej dzieci. Nie mogę po prostu odpuścić, wiedząc do czego jest zdolny. Muszę go zobaczyć. Muszę z nim porozmawiać. Potrzebuję wiedzieć, że nie jest już tamtym mężczyzną, zanim wrócę do tego samochodu i odjadę.

Obejmuję dłońmi jej twarz i staram się przemówić jej do rozsądku. – Nie rób tego. Jeszcze nie. Możemy wykonać kilka telefonów. Najpierw wynajdziemy o nim cokolwiek możemy w Internecie. Proszę, Sky. – Odwracam ją do samochodu, a ona wzdycha. Nareszcie się ugina i zaczyna iść ze mną do auta.

- Czy jest tu jakiś problem?

Oboje odwracamy się na dźwięk jego głosu. Stoi u podnóża schodów gankowych, ostrożnie mi się przyglądając. Gdybym nie musiał fizycznie pilnować, żeby Sky nie upadła na ziemię, to już rzuciłbym się na niego.

- Młoda damo, czy ten mężczyzna robi ci krzywdę?

Robi się wiotka w moich ramionach w chwili, kiedy bezpośrednio się do niej odzywa. Przyciągam ją do piersi. – Chodźmy – szeptam. Obracam ją w stronę samochodu. Muszę zabrać ją od niego. Po prostu muszę dostać ją do samochodu.

- Nie ruszać się! – krzyczy on.

Sky zamiera na dźwięk jego głosu, ale nadal próbuję kierować ją do auta.

- Obróćcie się!

W tej chwili nie mogę już pchać Sky do przodu i nie widzę wyjścia z tej sytuacji. Odwracam ją razem ze sobą, obejmując ją ramieniem. Spogląda mi w oczy i dostrzegam w nich więcej trwogi niż mógłbym sobie wyobrazić.

- Udawaj – szepczę do jej ucha. – Może cię nie rozpozna.

Potakuje i oboje stoimy teraz twarzą do jej ojca. Nie jestem zaniepokojony faktem, że może mnie rozpoznać. Poza dniem, kiedy Hope zniknęła, nigdy ze mną nie rozmawiał. Mam tylko cholerną nadzieję, że nie rozpozna jej, ale wiem, że tak się stanie. Rodzic zawsze rozpozna własne dziecko, bez względu na to jak wiele czasu minęło.

Kieruje się w naszą stronę i im bliżej się znajduje, tym bardziej widzę rozpoznanie w jego oczach. Zna ją.

Cholera.

Zatrzymuje się, będąc parę metrów przed nami i próbuje spojrzeć jej w oczy, ale ona przyciska się do mnie, patrząc na ziemię.

- Księżniczko? – odzywa się on.

Czuję jak wysuwa mi się z ramion i spuszczam na nią wzrok. Jej oczy są wywrócone do wnętrza głowy i uginają jej się nogi. Mocno ją trzymam i układam na ziemi, żeby móc lepiej ją trzymać. Muszę ją stąd zabrać, w tej chwili.

Wsuwam ręce pod jej ramiona i staram się ją unieść. Jej ojciec podchodzi bliżej i chwyta ją za ręce, żeby mi pomóc.

- Nie dotykaj jej, do cholery! – krzyczę. Od razu się cofa, patrząc na mnie z szokiem.

Patrzę znowu na nią i obejmuję jej głowę, starając się przywrócić jej przytomność.

- Kochanie, otwórz oczy. Proszę.

Trzepocze powiekami i unosi na mnie wzrok. – Nic się nie dzieje – uspokajam ją. - Po prostu zemdlałaś. Potrzebuję, żebyś wstała. Musimy jechać. – Podnoszę ją na nogi, opierając o siebie. Daję jej chwilę na odzyskanie siły. Jej ojciec stoi teraz tuż przed nią.

- To jesteś ty – mówi, patrząc prosto na nią. Zerka na mnie, potem znowu na nią. – Hope? Pamiętasz mnie? – Jego oczy pełne są łez.

- Chodźmy – mówię do niej, starając się pociągnąć ją za sobą. Ona musi wiedzieć, jak bardzo powstrzymuję się teraz przed zaatakowaniem go. Musimy. Teraz. Odjechać.

Opiera się moim próbom, kiedy jej ojciec robi kolejny krok w jej stronę, a ja odsuwam ją od niego.

- Pamiętasz? – pyta znowu. – Hope, pamiętasz mnie?

Ciało Sky całe się napina. - Jak mogłabym cię zapomnieć? – wyrzuca z siebie.

Wciąga gwałtownie powietrze. - To ty – mówi, poruszając ręką po boku. – Żyjesz. Nic ci nie jest. – Wyciąga swoje radio, ale przysuwam się o krok do przodu i wytrącam mu je z ręki, zanim może coś zgłosić.

- Gdybym był tobą, nie dałbym nikomu znać, że ona tutaj jest – odzywam się. – Wątpię, abyś chciał, żeby fakt o tym, że jesteś pieprzonym zboczeńcem wylądował na pierwszej stronie gazet.

Krew odpływa z jego twarzy. – Co takiego? – Spogląda na Sky, kręcąc głową. – Hope, ktokolwiek cię zabrał… okłamał cię. Opowiedział ci rzeczy o mnie, które nie są prawdą. – Robi kolejny krok do przodu i znowu muszę ją odsunąć. – Kto cię zabrał, Hope? Kto to był?

Ona potrząsa mocno głową. – Pamiętam wszystko, co mi zrobiłeś – odpowiada, zbliżając się do niego z pewnością siebie. - A jeśli tylko dasz mi to, po co tutaj jestem, obiecuję, że odejdę i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.

Kręci głową, nie chcąc wierzyć, iż ona pamięta. Przygląda jej się przez chwilę. Wiem, że jest tak wytrącony z równowagi, jak my.

- Co chcesz? – pyta ją.

- Odpowiedzi – odpowiada Sky. – I chcę wszystko, co należało do mojej matki.

Sky sięga po moją dłoń, którą obejmuję ją w talii i ściska ją. Jest przestraszona.

Jej ojciec spogląda na mnie, po czym wraca spojrzeniem do Sky. – Możemy porozmawiać w środku – mówi cicho. Rozgląda się nerwowo po sąsiedztwie, upewniając się, że nie ma żadnych świadków. Fakt, iż w ogóle szuka świadków rozświetla ogromny znak ostrożności. Nie wiadomo do czego jest zdolny ten mężczyzna.

- Zostaw broń – żądam.

Przystaje na moment, po czym wyciąga pistolet z kabury. Kładzie ją na ganku.

- Obie – dodaję.

Nachyla się i wyciąga z nogawki drugi pistolet, kładąc go na ganku, po czym wchodzi do swojego domu. Obracam Sky twarzą do siebie zanim przechodzimy przez drzwi.

- Zostaję tutaj przy otwartych drzwiach. Nie ufam mu. Nie idź nigdzie dalej niż do salonu.

Kiwa głową i całuję ją szybko, patrząc jak odwraca się i wchodzi do salonu. Podchodzi do kanapy i zajmuje na niej miejsce, przez cały czas ostrożnie mu się przyglądając.

On unosi do niej spojrzenie. – Zanim cokolwiek powiesz – odzywa się. – Musisz wiedzieć, że kochałem cię i żałowałem tego, co zrobiłem w każdej sekundzie mojego życia.

- Chcę wiedzieć, dlaczego to zrobiłeś – odpowiada ona.

Opiera się o krzesło, pocierając dłońmi oczy. – Nie wiem – odpiera. – Kiedy umarła twoja matka znowu zacząłem ciężko pić. Rok później upiłem się tak mocno, że obudziłem się następnego poranka i wiedziałem, że zrobiłem coś strasznego. Miałem nadzieję, że był to tylko okropny sen, ale kiedy poszedłem cię obudzić byłaś… inna. Nie byłaś tą samą wesołą dziewczynką, co wcześniej. Przez jedną noc stałaś się kimś, kto był mną przerażony. Nienawidziłem samego siebie. Nie jestem nawet pewien, co ci zrobiłem, bo byłem zbyt pijany, żeby pamiętać. Ale wiedziałem, że było to coś okropnego i straszliwie mi za to przykro. To już nigdy się nie wydarzyło i zrobiłem wszystko co w mojej mocy, żeby ci to wynagrodzić. Cały czas kupowałem ci prezenty i dawałem ci, cokolwiek chciałaś. Nie chciałem, żebyś pamiętała tą noc.

Sky ściska kolana i widzę po tym, jak z trudem nabiera powietrza, że robi wszystko, co w jej mocy, aby zachować spokój.

- To działo się noc w noc… noc w noc… - mówi. Natychmiast rzucam się do kanapy i kucam obok niej. Oplatam ramieniem jej plecy i ściskam jej ramię, żeby siedziała w miejscu. – Bałam się położyć do łóżka, bałam się obudzić, bałam się wziąć kąpiel i bałam się rozmawiać z tobą. Nie byłam małą dziewczynką bojącą się potworów w szafie lub pod łóżkiem. Bałam się potwora, który miał mnie kochać! Miałeś mnie chronić przed ludźmi takimi, jak ty!

Cierpienie w jej głosie rozrywa moje serce. Chcę ją stąd wyciągnąć. Nie chcę, żeby słuchała jego wyjaśnień.

- Masz inne dzieci? – pyta.

On opuszcza głowę i przyciska rękę do czoła, ale nie odpowiada jej. – Masz? – krzyczy.

Zaprzecza głową. – Nie. Nigdy nie ożeniłem się ponownie po twojej matce.

- Czy tylko mnie to zrobiłeś?

Nie odrywa spojrzenia od podłogi, unikając jej pytań.

- Jesteś mi winien prawdę – mówi Sky, teraz spokojnym głosem. – Zrobiłeś to komuś innemu, zanim zrobiłeś to mnie?

Nastaje długie milczenie. On wpatruje się w podłogę, nie potrafiąc przyznać prawdy. Ona wpatruje się w niego, czekając, aż da jej to, po co tutaj przyszła.

Po długiej ciszy Sky zaczyna wstawać. Chwytam ją za ramię, ale patrzy mi w oczy i potrząsa głową. – Wszystko w porządku – mówi. Nie chcę jej puszczać, ale muszę dać jej zająć się tymi sprawami tak, jak tego pragnie.

Podchodzi do niego i klęka przed nim. - Byłam chora – zaczyna. – Moja matka i ja… leżałyśmy w moim łóżku, a ty wróciłeś do domu z pracy. Nie spała przez całą noc i była zmęczona, więc powiedziałeś jej, żeby poszła odpocząć.

Patrzy jej w oczy jak pełen żalu ojciec. Nie wiem jak.

- Tej nocy trzymałeś mnie tak, jak ojciec powinien trzymać swoją córkę. I zaśpiewałeś mi. Pamiętam, że śpiewałeś mi piosenkę o promyku nadziei. Zanim umarła moja matka… zanim musiałeś mierzyć się z bólem serca… nie zawsze robiłeś mi te rzeczy, prawda?

Potrząsa głową i dotyka jej twarzy.

Mam ochotę wyrwać mu rękę, tak jak zawsze miałem ochotę wyrwać rękę Graysonowi. Tylko że tym razem nie chcę zatrzymywać się na dłoni. Chcę mu wyrwać głowę, jaja i…

- Nie, Hope – odpowiada jej. - Mocno cię kochałem. Nadal kocham. Kochałem ciebie i twoją matkę bardziej niż samo życie, ale kiedy umarła… moje najlepsze cechy umarły razem z nią.

- Przykro mi, że musiałeś przez to przejść – mówi z małą emocją. - Wiem, że ją kochałeś. Pamiętam. Ale wiedza o tym wcale nie ułatwia mi znalezienia w sercu przebaczenia, za to co zrobiłeś. Nie wiem dlaczego to, co jest w tobie tak bardzo różni się od tego, co mają inni ludzie… tak bardzo, że pozwoliłeś sobie robić to, co mi zrobiłeś. Ale pomimo tych rzeczy, wiem, że mnie kochasz. I chociaż trudno jest mi to przyznać… ja też kiedyś cię kochałam. Kochałam wszystkie twoje dobre cechy.

Podnosi się i cofa o krok. – Wiem, że nie jesteś zły do szpiku kości. Wiem o tym. Ale jeśli kochasz mnie, tak jak twierdzisz… jeśli w ogóle kochałeś moją matkę… to zrobisz cokolwiek będziesz mógł, żeby pomóc mi się wyleczyć. Jesteś mi tyle winien. Chcę tylko, żebyś był szczery, abym mogła wyjść stąd z jakimiś pozorami spokoju. Jestem tutaj tylko po to, okej? Chcę spokoju.

Jej ojciec teraz płacze. Sky wraca do mnie i mogę szczerze powiedzieć, że jestem nią teraz zdumiony. Jestem zdumiony jej determinacją. Siłą. Odwagą. Sunę ręką po jej ramieniu, dopóki nie odnajduję jej małego palca i trzymam go. Ona w odpowiedzi zaciska swój palec na moim.

Jej ojciec wzdycha ciężko, znowu na nią patrząc. – Kiedy zacząłem po raz pierwszy pić… to był tylko raz. Zrobiłem coś mojej młodszej siostrze… ale to był tylko jeden raz. Było to kilka lat przed tym, jak poznałem twoją matkę.

Sky wypuszcza oddech. – A po mnie? Zrobiłeś to komuś innemu, odkąd zostałam zabrana? – Wyraźne jest, że to zrobił po tym jak poczucie winy ogarnia jego rysy. – Kto? – pyta. - Jak wiele?

Kręci lekko głową. – Była tylko jedna. Przestałem pić kilka lat temu i od tamtej pory nikogo nie dotknąłem. Przysięgam. Były tylko trzy osoby i to w najgorszych chwilach mojego życia. Kiedy jestem trzeźwy, panuję nad moimi pragnieniami. Dlatego już nie piję.

- Kim ona była? – pyta Sky.

Wskazuje głową na prawo, w kierunku domu stojącego obok.

W kierunku domu, w którym kiedyś mieszkałem.

Domu, w którym mieszkałem z Les.

Potem nie słyszę już żadnego słowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz