3.8.14

Losing Hope - rozdział piętnasty


Les,

Pamiętasz jak byliśmy dziećmi i kazałem wszystkim, by przestali nazywać mnie Deanem? Nigdy nikomu nie powiedziałem dlaczego wolę Holdera, nawet Tobie.

Mieliśmy po osiem lat i był to pierwszy oraz jedyny raz, kiedy poszliśmy do Disneylandu. Czekaliśmy w kolejce na rollercoastera, a ty i tata byliście przede mną, ponieważ nie mogłaś jechać sama. Byłem kilka centymetrów wyższy od Ciebie, a Ciebie wkurzało, że mogłem jeździć na większości kolejek sam, a ty nie.

Gdy dotarliśmy naprzód kolejki, wsadzili Ciebie i tatę do pierwszego wagonu, a ja musiałem czekać na następny. Stałem tam sam, czekając cierpliwie. Odwróciłem się, żeby znaleźć mamę, a ona stała jakieś 100 metrów dalej przy wyjściu, czekając na nas wszystkich. Pomachałem do niej i ona mi odmachała. Obróciłem się, gdy podjechał następny wagon.

Wtedy ją usłyszałem.

Usłyszałem jak Hope krzyczy moje imię. Obróciłem się i stanąłem na palcach, twarzą do dźwięku jej głosu.

- Dean! – krzyczała. Brzmiała z bardzo daleka, ale wiedziałem, że to ona, ponieważ mówiła z tym swoim akcentem. Zawsze zaciągała środek mojego imienia i robiła z niego więcej niż jedną sylabę. Zawsze lubiłem jak wymawiała moje imię, więc słysząc jak je wykrzykiwała, wiedziałem, że to ona. Musiała mnie zauważyć, a teraz wołała mnie o pomoc.

- Dean – zawołała znowu, tyle że tym razem brzmiała jeszcze dalej. Słyszałem panikę w jej głosie. Zacząłem sam panikować, ponieważ wiedziałem, że wpadnę w kłopoty, jeśli stracę miejsce w kolejce. Mama i tata spędzili cały tydzień przed wyjazdem, przypominając nam, byśmy cały czas trzymali się z jednym z nich.

Spojrzałem na mamę, ale ona na mnie nie patrzyła, przyglądała się Tobie i tacie na przejażdżce. Nie wiedziałem, co zrobić, bo ona nie wiedziałaby, gdzie będę, jeżeli opuściłbym kolejkę. Ale jak tylko Hope raz jeszcze wykrzyczała moje imię, przestało mnie to obchodzić. Musiałem ją znaleźć.

Zacząłem biec w stronę końca kolejki – do jej głosu. Krzyczałem jej imię, licząc na to, że mnie usłyszy i skieruje się w kierunku mojego głosu.

Boże, Les. Byłem tak podekscytowany. Byłem przerażony oraz podekscytowany i wiedziałem, że nasze modlitwy musiały zostać wysłuchane, ale musiałem się pospieszyć i ją znaleźć, a bałem się, że nie będę do tego zdolny. Ona tam była, a ja nie mogłem dotrzeć do niej wystarczająco szybko.

Wszystko to miałem rozplanowane w głowie. Jak tylko ją znajdę, wyściskam ją za wszystkie czasy, potem chwycę ją za ręce i zabiorę do miejsca, gdzie stała mama. Poczekamy przy wyjściu rollercoastera, żeby była ona pierwszą rzeczą, którą zobaczysz, gdy wyjdziesz.

Wiedziałem, jak szczęśliwa będziesz, kiedy ją zobaczysz. Żadne z nas nie było prawdziwie szczęśliwe w ciągu dwóch lat odkąd została zabrana i to była nasza szansa. Wszak Disneyland to najszczęśliwsze miejsce na ziemi i po raz pierwszy zaczynałem w to wierzyć.

- Hope! – zawołałem, obejmując dłońmi usta. Biegłem przez kilka minut, wciąż słuchając jej głosu. Ona wołała moje imię, potem ja jej imię, a ciągnęło się to wieczność, dopóki ktoś nie chwycił mojego ramienia, zatrzymując mnie w miejscu. Mama zarzuciła na mnie ręce i przytuliła mnie, ale starałem się jej wyrwać.

- Dean, nie możesz tak uciekać! – powiedziała. Klęczała, potrząsając moimi ramionami, patrząc mi gorączkowo w oczy. – Myślałam, że Cię zgubiłam.

Odsunąłem się od niej i chciałem dalej biec do Hope, ale mama nie chciała mnie puścić. – Przestań! – powiedziała, zdezorientowana, dlaczego próbowałem od niej uciec.

Spojrzałem na nią w panice i potrząsnąłem energicznie głową, próbując złapać oddech i znaleźć słowa. – To jest… - Wskazałem w kierunku, w którym chciałem pobiec. – To jest Hope, mamo! Znalazłem Hope! Musimy do niej iść, zanim znowu ją stracimy.

Smutek natychmiast sięgnął jej oczu i wiedziałem, że mi nie uwierzyła. – Dean – szepnęła, kręcąc głową ze współczuciem. – Kochanie.

Było jej mnie żal. Nie wierzyła mi, bo nie był to pierwszy raz, kiedy myślałem, że ją znalazłem. Ale wiedziałem, że tym razem się nie myliłem. Wiedziałem.

- Dean! – krzyknęła znowu Hope. – Gdzie jesteś? – Teraz była o wiele bliżej i poznawałem po jej głosie, że płakała. Mama spojrzała w kierunku głosu i wiedziałem, że również usłyszała jej wołanie.

- Musimy ją znaleźć, mamo – błagałem. – To ona. To Hope.

Mama spojrzała mi w oczy i zobaczyłem w nich strach. Potaknęła, biorąc mnie za rękę.

- Hope? – zawołała, przyglądając się tłumowi. Oboje wołaliśmy teraz jej imię i pamiętam, jak spojrzałem w pewnej chwili na mamę, patrząc na nią, gdy pomagała mi szukać. Kochałem ją wtedy mocniej niż kiedykolwiek, bo ona naprawdę mi uwierzyła.

Usłyszeliśmy raz jeszcze moje imię i tym razem było jeszcze bliżej. Mama spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. Oboje zaczęliśmy biec w stronę głosu Hope. Przepychaliśmy się przez tłum i… wtedy ją zobaczyłem. Stała do nas plecami i była samiutka.

- Dean! – krzyknęła ponownie.

Zamarliśmy z mamą. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Stała tuż przed nami, szukając mnie. Po dwóch latach braku informacji o tym, kto ją zabrał czy gdzie przebywała, nareszcie ją znaleźliśmy. Zacząłem iść do przodu, ale nagle zostałem odepchnięty na bok przez biegnącego do niej nastolatka. Kiedy do niej dotarł, złapał ją za ramię i ją obrócił.

- Ashley! Dzięki Bogu! – powiedział, przyciągając ją do siebie.

- Dean – powiedziała do chłopaka, oplatając dłońmi jego szyję. – Zgubiłam się.

Podniósł ją. – Wiem, siostrzyczko. Strasznie Cię przepraszam. Już nic Ci nie jest.

Oderwała zalaną łzami twarz od jego klatki piersiowej i zerknęła w naszym kierunku.

Ona nie była Hope.

Wcale nie była Hope.

A ja nie byłem Deanem, którego szukała.

Mama ścisnęła moją dłoń i ukucnęła przede mną. – Przykro mi, Dean – powiedziała. – Też myślałam, że to ona.

Szloch wydobył się z mojej piersi i rozpłakałem się. Płakałem tak cholernie mocno, Les. Mama objęła mnie ramionami i również zaczęła płakać, ponieważ nie sądzę, że wiedziała, iż ośmiolatek może mieć tak zmiażdżone serce.

Ale byłem załamany. Tamtego dnia moje serce rozerwało się na nowo.

I już nigdy nie chciałem usłyszeć imienia Dean.

H

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz