3.8.14

Losing Hope - rozdział czterdziesty czwarty


Ktoś może pomyśleć, że znalezienie ciała mojej siostry było najgorszą rzeczą, która mi się przydarzyła.

Wcale nie. Najgorsza rzecz, która mi się przydarzyła nadeszła później tamtej nocy, kiedy musiałem powiedzieć mojej matce, że jej córka nie żyje.

Pamiętam jak ułożyłem Les na moich kolanach, robiąc wszystko, co w mojej mocy, aby nadać sens temu, co się działo. Starałem się znaleźć sens w tym, dlaczego ona nie odpowiadała. Dlaczego nie oddychała, nie śmiała się ani nie mówiła. Po prostu nie miało dla mnie sensu to, że ktoś może być tutaj w jednej chwili, a w następnej już nie. Po prostu… nie.

Nie wiem jak długo ją trzymałem. Mogły to być sekundy. Mogły to być minuty. Do diabła, byłem tak zamroczony, że mogły to być godziny. Wiem tylko, że wciąż ją trzymałem, kiedy na dole trzasnęły drzwi wejściowe.

Pamiętam panikę na świadomość tego, co zaraz się wydarzy. Miałem zejść na dół i spojrzeć mojej mamie w oczy. Miałem powiedzieć jej, że jej córka nie żyje.

Nie wiem jak to zrobiłem. Nie wiem jak puściłem Les na tyle długo, żeby wstać. Nie wiem jak znalazłem siłę, żeby w ogóle wstać. Gdy dotarłem do szczytu schodów, ona i Brian ściągali kurtki. On wziął jej kurtkę i obrócił się, żeby zawiesić ją na wieszaku. Ona uniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się, ale potem przestała.

Zacząłem schodzić do niej po schodach. Moje ciało było takie słabe, że schodziłem bardzo powoli. Po jednym schodku naraz. Patrząc na nią przez cały czas.

Nie wiem czy miała matczyną intuicję czy po prostu potrafiła dostrzec w wyrazie mojej twarzy co się stało, ale zaczęła potrząsać głową i cofać się ode mnie.

Rozpłakałem się, ona zaczęła panikować i cofała się ode mnie, dopóki nie uderzyła plecami w drzwi wejściowe. Brian patrzył na nas, ani trochę nie rozumiejąc, o co chodzi.

Odwróciła się i chwyciła się framugi, przyciskając policzek do drzwi i zaciskając mocno powieki. Tak jakby próbowała mnie odciąć. Jeśli mnie odetnie, nie będzie musiała stawiać czoła prawdzie.

Jej ciało zwijało się z rozpaczy i szlochała tak mocno, że z jej ust nie wydobywał się nawet żaden dźwięk. Pamiętam jak dotarłem na ostatni stopień, przyglądając się jej z miejsca, gdzie stałem. Przyglądając się, jak dała całkiem nowe znaczenie słowu zdruzgotanie. W tamtej chwili szczerze wierzyłem, że słowo zdruzgotanie powinno być zarezerwowane dla matek.

Już w to nie wierzę.

Słowo zdruzgotanie powinno być również zarezerwowane dla braci.

***

- Les – szepczę, odwracając się od Sky i jej ojca. – O Boże, nie. – Przyciskam głowę do framugi drzwi i ściskam dłońmi kark. Wybucham tak mocnym płaczem, że nie jestem nawet w stanie wydać żadnego dźwięku. Boli mnie klatka piersiowa i gardło, ale moje serce zostało właśnie całkowicie unicestwione.

Sky podchodzi do mnie od tyłu. Oplata mnie ramionami i próbuje pocieszyć mnie tak, jak potrafi, ale nie czuję tego. Nie czuję jej i nie czuję już zdruzgotania, ponieważ odczuwam tylko tę przytłaczającą ilość nienawiści oraz wściekłości. Staram się powstrzymać od rzucenia się na niego, ale chyba nie mam tyle samokontroli. Obejmuję ramieniem Sky i przytulam ją do siebie, mając nadzieję, że pomoże mi jej obecność, ale nie pomaga. Uspokoiłaby mnie tylko świadomość, że mężczyzna stojący za mną już dłużej nie oddycha.

On jest powodem. On jest powodem tego wszystkiego.

Przez niego nie ma już tutaj Les. To on złamał Hope. Przez niego moja matka zna znaczenie zdruzgotania. Ten łajdak ukradł mojej siostrze siłę i chcę, żeby był martwy. Ale to ja chcę go zabić.

Zabieram ramię ze Sky i odpycham ją od siebie. Odwracam się do jej ojca, ale ona staje między nami, patrząc na mnie błagalnymi oczami, napierając na mój tors. Wie, co chcę mu zrobić i próbuje wypchać mnie za drzwi. Spycham ją z drogi, ponieważ nie wiem do czego jestem w tej chwili zdolny i nie chcę jej zranić.

Zaczynam kierować się do niego, ale wtedy sięga za kanapę, po czym szybko się odwraca i unosi pistolet. Szczerze nie obchodziłoby mnie, że trzyma spluwę, ale odzywają się moje opiekuńcze instynkty, gdy myślę o Sky, więc zatrzymuję się. Wolną ręką przysuwa swoje radio do ust, celując we mnie pistoletem przez cały czas, kiedy do niego mówi.

- Ranny policjant na Oak Street 35/22.

Jego słowa natychmiast rejestrują się w mojej głowie i zdaję sobie sprawę, co zamierza zrobić.

Nie.

Nie, nie, nie.

Nie przy Sky.

Nakierowuje pistolet na siebie, patrząc na nią. - Bardzo mi przykro, Księżniczko – szepcze.

Zamykam oczy i sięgam po nią w chwili, kiedy strzela do siebie z pistoletu. Zakrywam jej oczy, a ona zaczyna histerycznie krzyczeć. Zabiera moją rękę z oczu, właśnie wtedy, gdy on upada na podłogę, powodując jej głośniejszy wrzask.

Kładę rękę na jej ustach i od razu wyciągam ją przez drzwi wejściowe. Jest teraz w zbyt wielkiej histerii, żebym mógł ją nieść, więc ciągnę ją za sobą.

W głowie mam tylko teraz myśl, że musimy dostać się do samochodu. Musimy stąd odjechać zanim ktokolwiek dowie się, że tutaj byliśmy. Bo jeśli ktoś dowie się, że tu byliśmy, świat Sky już nigdy nie będzie taki sam.

Kiedy docieramy do samochodu, trzymam rękę na jej ustach i przyciskam jej plecy do drzwi, patrząc twardo w jej oczy. – Przestań – mówię do niej. - Musisz przestać krzyczeć. W tej chwili.

Kiwa energicznie głową, jej oczy są szeroko otwarte. - Słyszysz to? – pytam, chcąc aby zrozumiała konsekwencje tego, co może się wydarzyć, jeśli teraz nie odjedziemy. – To są syreny, Sky. Będą tutaj za mniej niż minutę. Zabieram rękę, a ty musisz wsiąść do auta i być tak spokojna, jak to możliwe, bo musimy stąd odjechać.

Znowu potakuje, więc zabieram rękę i szybko wypcham ją do samochodu. Biegnę do strony kierowcy i wsiadam do środka, następnie odpalam samochód i odjeżdżam. Sky pochyla się i chowa głowę w kolanach. W drodze do hotelu nie przestaje mamrotać pod nosem. – Nie, nie, nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz