3.8.14

Losing Hope - rozdział trzydziesty ósmy


Nadal opieram się o blat, chowając głowę w rękach, kiedy słyszę zamykające się drzwi na górze. Byłem tu na dole kilkanaście minut i nie chcę, żeby myślała, iż staram się jej unikać, więc wracam na górę. Sprawdzam sypialnię i łazienkę, ale nigdzie jej tam nie ma. Patrzę na drzwi pokoju Les i zatrzymuję się na chwilę, zanim sięgam do klamki.

Siedzi na łóżku Les, trzymając zdjęcie. – Co ty robisz? – pytam ją. Nie wiem dlaczego tutaj jest. Nie chcę tu być i chcę, żeby wróciła ze mną do pokoju.

- Szukałam łazienki – odpowiada cicho. – Przepraszam. Potrzebowałam chwili.

Potakuję, bo ja też potrzebowałem chwili. Rozglądam się po pokoju. Nie postawiłem tutaj nogi odkąd znalazłem notes. Jej dżinsy nadal leżą pośrodku podłogi, tam gdzie je zostawiła.

- Nikt tutaj nie był? Odkąd ona…

- Nie – mówię, nie chcąc słyszeć, jak dokańcza te zdanie. – Jaki byłby w tym sens? Odeszła.

Potakuje głową i odkłada zdjęcie na stolik nocny. – Umawiała się z nim?

Jej pytanie zbija mnie na chwilę z tropu, potem orientuję się, że musiała zobaczyć zdjęcie Les z Graysonem. Nigdy jej nie powiedziałem, że ze sobą chodzili. Powinienem był.

Wchodzę do sypialni po raz pierwszy od ponad roku. Podchodzę do łóżka i siadam obok niej. Powoli badam pokój, zastanawiając się czemu uważaliśmy z mamą, że lepszym pomysłem będzie po prostu zamknięcie tych drzwi po jej śmierci zamiast pozbycie się jej rzeczy. Sądzę, że żadne z nas nie jest jeszcze gotowe, żeby dać jej odejść.

Zerkam na Sky, a ona wciąż wpatruje się w te same zdjęcie w oprawce na stoliku nocnym Les. Obejmuję ją ramieniem i przyciskam do siebie. Kładzie rękę na moim torsie i ściska koszulkę w pięści.

- Zerwał z nią w wieczór zanim to zrobiła – mówię, dając jej wyjaśnienie. Nie bardzo chcę o tym gadać, ale jedynym innym tematem jest to, co dopiero wydarzyło się w moim łóżku i wiem, że Sky najprawdopodobniej potrzebuje jeszcze trochę czasu, zanim to poruszymy.

- Myślisz, że to przez niego to zrobiła? Dlatego tak bardzo go nienawidzisz?

Potrząsam głową. – Nienawidziłem go zanim z nią zerwał. Przeprowadził ją przez wiele gówna, Sky. I nie, nie myślę, że to przez niego to zrobiła. Myślę, że może to był czynnik decydujący w decyzji, którą chciała podjąć od dłuższego czasu. Miała problemu długo przed tym jak Grayson wszedł do obrazka. Więc nie, nie winię go. Nigdy nie winiłem. – Biorę ją za rękę i wstaję, bo szczerze nie chcę o tym rozmawiać. Myślałem, że mogę, ale nie. – Chodź. Już nie chcę tutaj być.

Podnosi się i ruszamy do drzwi. Wyrywa mi dłoń, kiedy docieramy do drzwi, więc obracam się. Patrzy na zdjęcie mnie i Les, gdy byliśmy dziećmi.

Uśmiecha się do zdjęcia, ale moje tętno od razu przyspieszy, kiedy zdaję sobie sprawę, że widzi mnie i Les jako dzieci. Widzi nas w taki sposób, w jaki nas kiedyś znała. Nie chcę, żeby sobie przypomniała. Gdyby miała teraz mieć najmniejsze wspomnienie, to zaczęłaby zadawać pytania. Nie potrzeba jej po tym załamaniu dowiedzenia się prawdy.

Zamyka na chwilę oczy i wyraz jej twarzy jeszcze bardziej przyspiesza mój puls. – Nic ci nie jest? – pytam, starając się wyciągnąć zdjęcie z jej rąk. Natychmiast je zabiera i patrzy na mnie.

Jest to pierwszy znak rozpoznania, jaki widzę na jej twarzy i czuję się, jakby całe moje ciało więdło.

Robię krok w jej stronę, lecz ona od razu się cofa. Wciąż zerka na zdjęcie, potem na mnie, a ja chcę po prostu złapać za ramkę i rzucić nią przez pieprzony pokój, i wyciągnąć stąd Sky, ale mam przeczucie, że jest za późno.

Unosi rękę do ust i powstrzymuje szloch. Patrzy na mnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie może mówić.

- Sky, nie – szepczę.

- Jak? – pyta z bólem, spuszczając wzrok na zdjęcie. - Tam jest huśtawka. I studnia. I… wasz kot. Utknął w studni. Holder, znam ten salon. Salon jest zielony, a kuchnia miała blat kuchenny, który był dla nas zbyt wysoki i… twoja matka. Twoja matka nazywa się Beth. – Jej napływ słów urywa się i przenosi na mnie spojrzenie. – Holder? – mówi, wciągając głośno powietrze. – Czy Beth to imię twojej matki?

Nie dziś, nie dziś. Boże, ona dziś tego nie potrzebuje. – Sky…

Patrzy na mnie zrozpaczona. Przebiega obok mnie, na drugą stronę korytarza i wpada do łazienka, gdzie trzaska za sobą drzwiami. Idę za nią i próbuję otworzyć drzwi, ale je zamknęła.

- Sky, otwórz drzwi. Proszę.

Nic. Nie otwiera drzwi i nic nie mówi.

- Kochanie, proszę. Musimy porozmawiać, a nie mogę robić tego tutaj. Proszę, otwórz drzwi.

Mija kolejny moment, a ona dalej nie otwiera drzwi. Ściskam brzegi framugi i czekam. Za późno jest już na wycofanie. Teraz mogę tylko czekać, dopóki nie będzie gotowa na wysłuchanie prawdy.

Drzwi się otwierają i ona patrzy na mnie oczami pełnymi gniewu, nie strachu.

- Kim jest Hope? – pyta głosem zaledwie głośniejszym od szeptu.

Jak mam to powiedzieć? Jak mam odpowiedzieć na te pytanie, bo wiem, że jak tylko to zrobię, to będę musiał przyglądać się jak rozpada się jej cały świat.

- Kim, do diabła, jest Hope? – pyta, tym razem o wiele głośniej.

Nie mogę. Nie mogę jej powiedzieć. Znienawidzi mnie, a to mnie zrujnuje.

Jej oczy zachodzą łzami. - Czy to ja? – pyta ledwo słyszalnie. – Holder… czy ja jestem Hope?

Oddech opuszcza moje płuca i wyczuwam nadchodzące łzy. Unoszę wzrok na sufit, żeby je powstrzymać. Zamykam oczy i przyciskam czoło do ramienia, wdychając oddech, który pokryje głos wypuszczający jedno słowo, które znowu ją zniszczy.

- Tak.

Jej oczy stają się większe i po prostu tam stoi, powoli kręcąc głową. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, co dzieje się teraz w jej głowie.

Niespodziewanie przepycha się obok mnie, wychodząc na korytarz. - Sky, poczekaj – wołam, kiedy przeskakuje po dwa schodki naraz na dół. Ruszam za nią, próbując ją złapać zanim wyjdzie. Jak tylko sięga dolnego schodka, upada nagle na podłogę.

- Sky! – Opadam na kolana i biorę ją w ramiona, ale walczy ze mną. Nie mogę pozwolić jej uciec. Musi dowiedzieć się reszty prawdy zanim stąd pójdzie.

- Na zewnątrz – sapie. – Muszę wyjść na zewnątrz. Proszę, Holder.

Wiem jak to jest, kiedy tak bardzo potrzebuje się powietrza. Rozluźniam uchwyt i patrzę jej w oczy. - Nie uciekaj, Sky. Wyjdź na zewnątrz, ale proszę, nie odchodź. Musimy porozmawiać.

Potakuje i pomagam jej wstać. Wychodzi na zewnątrz, kierując się na trawnik, a tam odchyla głowę i wpatruje się w gwiazdy.

W niebo.

Przyglądam jej się przez cały ten czas, niczego bardziej nie chcąc jak ją przytulić. Ale wiem, że to ostatnia rzecz, jakiej chce teraz ona. Wie, że ją okłamywałem i ma wszelkie prawo, by mnie nienawidzić.

Po chwili w końcu się odwraca i wraca do środka. Mija mnie bez patrzenia mi w oczy i wchodzi prosto do kuchni. Wyciąga z lodówki butelkę wody i otwiera ją, wypijając kilka łyków, po czym nareszcie spogląda mi w oczy.

- Zabierz mnie do domu.

Wyciągnę ją stąd, ale nie zabiorę jej do domu.

***

Jesteśmy teraz na lotnisku. Nie potrafiłem wymyślić innego cichszego miejsca i nie chciałem zawozić ją do domu zanim nie dowie się wszystkiego, czego musi. W drodze tutaj zapytała mnie tylko, dlaczego mam mój tatuaż. Odpowiedziałem jej tak samo, jak ostatnio; tyle że tym razem sądzę, że faktycznie zrozumiała.

- Jesteś gotowa na odpowiedzi? – pytam. Od kilkunastu minut patrzyliśmy bez słowa w gwiazdy. Staram się dać jej szansę na uspokojenie. Na oczyszczenie głowy.

- Jestem gotowa, jeśli zamierzasz tym razem być naprawdę szczery – odpowiada z cieniem gniewu w głosie.

Odwracam się do niej i ból w jej oczach jest tak widoczny, jak gwiazdy na niebie. Unoszę się na łokciu i patrzę na nią z góry.

Niedawno spoglądałem na nią w ten sam sposób, zapamiętując w niej wszystko. Kiedy byliśmy w tamtym momencie na moim łóżku, patrzyłem na nią z taką nadzieją. Czułem, że ona jest moja, a ja jestem jej, a ta chwila i uczucie będą trwały wiecznie. Ale teraz, patrząc na nią… czuję, że to wszystko się skończy.

Kładę rękę na jej policzku. – Muszę cię pocałować.

Potrząsa głową. - Nie – odpowiadam stanowczo.

Mam przeczucie, że dzisiejsza noc jest naszą ostatnią i jeśli nie pozwoli mi na jeszcze jeden pocałunek, to umrę. - Muszę cię pocałować – powtarzam. – Proszę, Sky. Boję się, że po tym jak powiem ci, to co zamierzam… to już nigdy nie będę mógł cię pocałować. – Mocniej chwytam jej twarz i przyciągam ją do siebie. – Proszę.

Jej oczy rozpaczliwie przeszukują moje, możliwie po to, żeby zobaczyć czy w moich słowach jest prawda. Nic nie mówi. Leciutko kiwa głową, ale to mi wystarczy. Opuszczam głowę i przyciskam mocno usta do jej ust. Ściska ręką moje przedramię i rozchyla usta, pozwalając, bym pocałował ją intymniej.

Całujemy się przez kilka minut, bo nie sądzę, że którekolwiek z nas chce już stawić czoła prawdzie. Unoszę się na kolanach, nie odrywając się od niej i pochylam się nad nią. Przesuwa dłonią po moich włosach, przyciągając mnie bliżej.

Zaciska pięści na mojej bluzce, kiedy szloch wyrywa się z jej gardła. Przesuwam usta na jej policzek i całują ją delikatnie, zbliżając wargi do jej ucha. - Tak bardzo przepraszam – szepczę, trzymając ją wolną ręką. – Bardzo cię przepraszam. Nie chciałem, żebyś wiedziała.

Odpycha mnie od siebie i siada. Przyciąga kolana do klatki piersiowej i chowa w nich twarz.

- Chcę tylko, żebyś mówił, Holder. Zapytałam cię o wszystko, o co mogłam w drodze tutaj. Chcę, żebyś mi teraz odpowiedział, abym mogła pojechać do domu – mówi, brzmiąc na zmęczoną i wyczerpaną. Głaszczę ją po włosach i daję jej odpowiedzi, których potrzebuje.

- Nie byłem pewien czy jesteś Hope, kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem. Byłem tak przyzwyczajony do widywania jej w każdej nieznajomej w naszym wieku, że kilka lat temu przestałem próbować ją znaleźć. Ale gdy zobaczyłem cię w sklepie i spojrzałem w twoje oczy… miałem przeczucie, że nią jesteś. Kiedy pokazałaś mi swój dowód i zorientowałem się, że jednak tak nie było, czułem się śmiesznie. To było jak budzik, którego potrzebowałem, żeby w końcu dać odejść jej wspomnieniu.

- Mieszkaliśmy obok ciebie i twojego taty przez rok. Ty, ja i Les… byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Choć bardzo trudno jest przypomnieć sobie twarze z tak dawna. Myślałem, że jesteś Hope, ale także myślałem, że gdybyś naprawdę nią była, to bym w to nie wątpił. Myślałem, że gdybym kiedykolwiek znowu ją zobaczył, to wiedziałbym na pewno.

- Gdy tamtego dnia opuściłem sklep, od razu wyszukałem w Internecie imię, które mi podałaś. Nic nie mogłem o tobie znaleźć, nawet na Facebooku. Szukałem przez całą godzinę i stałem się tak sfrustrowany, że poszedłem pobiegać, żeby ochłonąć. Kiedy minąłem zakręt i zobaczyłem cię stojącą przed moim domem, nie mogłem oddychać. Po prostu tam stałaś, wyczerpana z biegania i… Jezu, Sky. Byłaś taka piękna. Wciąż nie byłem pewien czy jesteś Hope czy nie, ale w tamtej chwili nawet nie przeszło mi to przez myśl. Nie obchodziło mnie kim jesteś; po prostu musiałem cię poznać.

- Po spędzeniu z tobą czasu w tamtym tygodniu, nie mogłem się powstrzymać od przyjścia do ciebie w tamten piątkowy wieczór. Nie pokazałem się z zamiarem odkopania twojej przeszłości czy nawet nadzieją, że coś wydarzy się między nami. Przyszedłem do twojego domu, ponieważ chciałem, żebyś poznała prawdziwego mnie, nie tego, o którym słyszałaś od wszystkich innych. Po spędzeniu z tobą tyle czasu tego wieczora, nie myślałem o niczym innym poza wymyśleniem jak mógłbym spędzić z tobą więcej czasu. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto mnie tak rozumiał, jak ty. Nadal zastanawiałem się czy to możliwe… czy jesteś nią. Zwłaszcza byłem tego ciekawy, jak powiedziałaś mi, że jesteś adoptowana, ale jednak myślałem, że może to tylko zbieg okoliczności.

- Ale potem, kiedy zobaczyłem bransoletkę…

Potrzebuję, żeby teraz spojrzała mi w oczy, więc unoszę jej brodę, zmuszając by na mnie spojrzała.

- Moje serce się złamało, Sky. Nie chciałem, żebyś nią była. Chciałem, żebyś powiedziała mi, że dostałaś tę bransoletkę od twojej przyjaciółki albo że ją znalazłaś, albo kupiłaś. Po tych wszystkich latach, których spędziłem szukając ciebie w każdej twarzy, na którą spojrzałem, nareszcie cię znalazłem… i byłem zdruzgotany. – Gdy tylko wypowiadam te słowo, żałuję go. Bo wiem, że to nieprawda. Byłem zdenerwowany. Byłem przytłoczony. Ale nie znałem nawet znaczenia zdruzgotania. Wzdycham i dokańczam moje wyznanie. - Nie chciałem, żebyś była Hope. Chciałem tylko, żebyś była sobą.

Kręci głową. – Ale dlaczego po prostu mi nie powiedziałeś? Czy tak trudno było przyznać, że kiedyś się znaliśmy? Nie rozumiem czemu kłamałeś w tym temacie.

Boże, to takie trudne.

- Co pamiętasz o swojej adopcji?

- Niewiele – odpowiada, potrząsając głową. - Wiem, że byłam w rodzinie zastępczej po tym jak ojciec mnie oddał. Wiem, że zaadoptowała mnie Karen i przeprowadziłyśmy się tutaj ze stanu, kiedy miałam pięć lat. Poza tym i paroma dziwnymi wspomnieniami, nic nie wiem.

Ona tego nie rozumie. To nie jest coś co ona pamięta. To jest coś, co jej powiedziano. Siadam naprzeciwko niej, twarzą do niej. Chwytam ją za ramiona. - To wszystko powiedziała ci Karen. Chcę wiedzieć, co ty pamiętasz. Co ty pamiętasz, Sky?

Zrywa kontakt wzrokowy, namyślając się. Gdy nic nie przychodzi jej do głowy, podnosi na mnie wzrok. – Nic. Najwcześniejsze wspomnienia mam związane z Karen. Jedyną rzecz jaką pamiętam przed Karen to dostanie bransoletki, ale to tylko dlatego, że nadal ją mam i trzyma się mnie to wspomnienie. Nawet nie byłam pewna, kto mi ją dał

Schylam się i całuję ją w czoło, wiedząc, że następne słowa, które wyjdą z moich ust będą słowami, których nie chce usłyszeć. Tak jakby widziała, jak bardzo mnie to boli, oplata ramionami moją szyję i wspina się na moje kolana, przytulając się do mnie mocno. Obejmuję ją, nie całkiem rozumiejąc, jakim cudem chce mnie teraz pocieszać.

- Po prostu to powiedz – szepcze. – Powiedz mi to, czego nie chciałbyś mi mówić.

Opuszczam głowę, zaciskając mocno powieki. Sądzi, że chce poznać prawdę, ale tak naprawdę nie chce. Gdyby potrafiła wyczuć, jak przez to będzie się czuć, to nie chciałaby wiedzieć.

- Powiedz mi, Holder.

Wzdycham, odsuwając się od niej. - W dzień, kiedy Les dała ci tę bransoletkę, płakałaś. Pamiętam każdy szczegół, jakby wydarzyło się to wczoraj. Siedziałaś na podwórku przy twoim domu. Siedzieliśmy z Les przy tobie długi czas, ale nie przestawałaś płakać. Jak dała ci twoją bransoletkę, wróciła do naszego domu, ale ja nie potrafiłem. Czułem się źle zostawiając cię tam, bo myślałem, że może znowu byłaś zła na twojego tatę. Zawsze przez niego płakałaś, a to sprawiło, że go nienawidziłam. Nie pamiętam nic związanego z tym facetem, poza tym, że nienawidziłem go do szpiku kości za sprawianie, że tak się czułaś. Miałem tylko sześć lat, więc nigdy nie wiedziałem co powiedzieć, kiedy płakałaś. Sądzę, że tego dnia powiedziałem coś w stylu „Nie martw się…”.

- Nie będzie żył wiecznie – mówi, dokańczając zdanie. – Pamiętam ten dzień. Les dała mi bransoletkę, a ty powiedziałeś, że nie będzie żył wiecznie. Te dwie rzeczy pamiętałam przez cały ten czas. Jedynie nie wiedziałam, że to byłeś ty.

- Tak, to właśnie ci powiedziałem. – Obejmuję dłońmi jej twarz. – A potem zrobiłem coś, czego żałuję każdego dnia mojego życia.

- Holder – mówi, kręcąc głową. - Nic nie zrobiłeś. Po prostu odszedłeś.

Kiwam głową. – Dokładnie. Poszedłem na moje podwórko, chociaż wiedziałem, że powinienem był usiąść obok ciebie na trawniku. Stałem na moim podwórku i patrzyłem jak płaczesz w swoich ramionach, kiedy powinnaś w moich. Jedynie tam stałem… i patrzyłem, jak samochód zatrzymał się przy krawężniku. Patrzyłem jak otwiera się okno od strony pasażera i usłyszałem, że ktoś woła twoje imię. Patrzyłem, jak podniosłaś wzrok na auto i otarłaś oczy. Wstałaś i otrzepałaś swoje szorty, po czym podeszłaś do auta. Patrzyłem, jak wsiadasz do środka i wiedziałem, że cokolwiek się działo, to nie powinienem był po prostu tam stać. Ale ja tylko obserwowałem, kiedy powinienem był być z tobą. To nigdy by się nie zdarzyło, gdybym został tam z tobą.

Nabiera głębokiego tchu. – Co nigdy by się nie zdarzyło

Przesuwam kciukami po jej kościach policzkowych i patrzę na nią z tak wielkim spokojem oraz pocieszeniem, na jakie mnie stać, ponieważ wiem, że zaraz będzie tego potrzebować.

- Zabrali cię. Ktokolwiek był w tym samochodzie, zabrał cię od twojego taty, ode mnie, od Les. Byłaś zaginiona od trzynastu lat, Hope.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz