Kiedy włączam swój telefon, jestem
zalany wiadomościami. Paroma od Breckina, paroma od mamy. Są nieodebrane
połączenia z telefonu Sky, więc przypuszczam, że są one od Karen. Wciąż nie
jestem pewien jak to, co zrobiła, wpasowuje się w obrazek, ale trudno mi
uwierzyć, że zrobiła to w złych intencjach.
Sky wierci się w łóżku i przewraca na
drugi bok. Patrzę na nią i pochylam się, żeby ją pocałować, ale odwraca twarz i
zamiast tego całuję jej policzek.
- Poranny oddech – pomrukuje,
zsuwając się z łóżka. Idzie pod prysznic, a ja sprawdzam godzinę. Za godzinę
możemy się wymeldować, więc zbieram nasze rzeczy.
Kiedy zapakowałem już większość
rzeczy, wychodzi z łazienki. - Co robisz? – pyta.
Zerkam na nią. - Nie możemy zostać
tutaj na zawsze, Sky. Musimy pomyśleć, co chcesz zrobić.
Podchodzi do mnie prędko. - Ale… ale
ja jeszcze nie wiem. Nawet nie mam gdzie pójść.
Jej głos jest pełen paniki, więc
zbliżam się do niej, chcąc ją uspokoić. – Masz mnie, Sky. Uspokój się. Możemy
wrócić do mojego domu i pomyśleć. Poza tym, oboje nadal jesteśmy w szkole. Nie
możemy po prostu przestać chodzić i na pewno nie możemy mieszkać cały czas w
hotelu.
- Jeszcze
jeden dzień – odpowiada. – Proszę, zostańmy jeszcze na jeden dzień, potem
pojedziemy. Muszę spróbować to rozgryźć, a żeby to zrobić muszę pójść tam
jeszcze raz.
Nie wiem,
jakim sposobem sądzi, że powrót do tego domu jest dobrym pomysłem. Nie
potrzebuje stamtąd absolutnie niczego. – Nie ma mowy. Nie przeprowadzę cię
przez to jeszcze raz. Nie wrócisz tam.
- Muszę,
Holder – mówi błagalnie. - Obiecuję, że tym razem nie wyjdę z samochodu.
Obiecuję. Ale muszę zobaczyć dom jeszcze raz zanim pojedziemy. Dużo sobie
przypomniałam, kiedy tam byłam. Chcę tylko jeszcze parę wspomnień, zanim
zabierzesz mnie z powrotem i będę musiała zdecydować, co zrobić.
Jezu, ona
jest nieugięta. Przemierzam podłogę, nie wiedząc jak wbić jej do głowy, że nie
może tego zrobić.
- Proszę –
powtarza.
Ugh! Nie
mogę odmówić temu głosowi.
- Dobra –
jęczę. - Powiedziałem ci, że zrobię cokolwiek, co wydaje ci się, że
potrzebujesz zrobić. Ale nie będę zawieszał z powrotem tych ubrań.
Śmieje się
i podchodzi do mnie, zarzucając mi ręce na szyję. – Jesteś najlepszym,
najbardziej wyrozumiałym chłopakiem w całym szerokim świecie.
Odwzajemniam
jej uścisk i wzdycham. – Nie, nie jestem. Jestem najbardziej pokopanym chłopakiem w całym szerokim
świecie.
***
Siedzimy w
moim samochodzie po drugiej stronie ulicy od jej starego domu i zaciskam
kierownicę tak mocno, iż obawiam się, że mogę ją połamać. Jej ojciec właśnie
wjechał na podjazd, a choć w przeszłości bywałem szalenie wściekły, to do tej
pory nie miałem prawdziwe chęci, aby kogoś zabić. Tylko jego widok sprawia, że
skręca mi się żołądek, a krew aż się gotuje. Unoszę rękę, żeby odpalić
samochód, wiedząc, że nic dobrego z tego nie wyjdzie, jeśli w tej chwili nie
odjadę.
- Nie
odjeżdżaj – odzywa się ona, odsuwając moją dłoń od kluczyka. – Muszę zobaczyć,
jak on wygląda.
Wzdycham,
opadając na siedzenie. Musi się pospieszyć i dostać tego, czego potrzebuje, bo
to jest złe. To jest bardzo, bardzo złe.
- O mój
Boże – szepta. Odwracam się do niej, chcąc wiedzieć, dlaczego to powiedziała. –
To nic – dodaje. – Po prostu wygląda… znajomo. Nie miałam w głowie jego obrazu,
ale gdybym zobaczyła go na ulicy, to poznałabym go.
Przyglądamy
się, jak kończy rozmowę przez komórkę i podchodzi do skrzynki pocztowej.
- Masz już
dosyć? – pytam. – Bo ja nie zostanę tu ani sekundy dłużej bez wyjścia z auta i
nie skopania mu tyłka.
- Prawie –
odpowiada, pochylając się na siedzeniu, żeby lepiej się przyjrzeć. Nie
rozumiem, po co w ogóle chciała go widzieć. Nie rozumiem, dlaczego nie
wyskakuje z tego auta, żeby wyrwać mu jaja, bo w tej chwili to jest moje jedyne
pragnienie.
Gdy jej
ojciec nareszcie znika wewnątrz domu, odwracam się do niej.
- Teraz?
Kiwa głową.
– Tak, teraz możemy jechać.
Podnoszę rękę
do stacyjki i odpalam samochód, po czym patrzę z przerażeniem jak otwiera drzwi
na oścież, i wybiega z auta.
Co do cholery?
Gaszę
silnik i otwieram własne drzwi, biegnąc za nią. Gonię ją przez całe frontowe
podwórko i łapię ją w połowie schodów gankowych. Obejmuję ją ramionami i
unoszę, odwracając się z powrotem do auta. Próbuje ze mną walczyć, kopiąc mnie
i robię wszystko, co w mojej mocy, żeby zabrać ją jak najdalej od domu, aby on
jej nie usłyszał.
- Co ty wyprawiasz, do diabła? – pytam przez
ściśnięte zęby.
- Puść
mnie, Holder, albo będę krzyczeć! Przysięgam na Boga, będę krzyczeć!
Puszczam ją
i obracam twarzą do siebie. Chwytam mocno jej ramiona i próbuję wstrząsnąć w
nią przeklęty rozum.
- Nie rób tego, Sky. Nie musisz znowu stawiać
mu czoła, nie po tym, co zrobił. Chcę, żebyś dała sobie więcej czasu.
Patrzy na
mnie, potrząsając głową. – Muszę wiedzieć czy robi to komuś innemu. Muszę
wiedzieć czy ma więcej dzieci. Nie mogę po prostu odpuścić, wiedząc do czego
jest zdolny. Muszę go zobaczyć. Muszę z nim porozmawiać. Potrzebuję wiedzieć,
że nie jest już tamtym mężczyzną, zanim wrócę do tego samochodu i odjadę.
Obejmuję
dłońmi jej twarz i staram się przemówić jej do rozsądku. – Nie rób tego.
Jeszcze nie. Możemy wykonać kilka telefonów. Najpierw wynajdziemy o nim
cokolwiek możemy w Internecie. Proszę, Sky. – Odwracam ją do samochodu, a ona
wzdycha. Nareszcie się ugina i zaczyna iść ze mną do auta.
- Czy jest
tu jakiś problem?
Oboje
odwracamy się na dźwięk jego głosu. Stoi u podnóża schodów gankowych, ostrożnie
mi się przyglądając. Gdybym nie musiał fizycznie pilnować, żeby Sky nie upadła
na ziemię, to już rzuciłbym się na niego.
- Młoda
damo, czy ten mężczyzna robi ci krzywdę?
Robi się
wiotka w moich ramionach w chwili, kiedy bezpośrednio się do niej odzywa.
Przyciągam ją do piersi. – Chodźmy – szeptam. Obracam ją w stronę samochodu.
Muszę zabrać ją od niego. Po prostu muszę dostać ją do samochodu.
- Nie
ruszać się! – krzyczy on.
Sky zamiera
na dźwięk jego głosu, ale nadal próbuję kierować ją do auta.
- Obróćcie
się!
W tej
chwili nie mogę już pchać Sky do przodu i nie widzę wyjścia z tej sytuacji.
Odwracam ją razem ze sobą, obejmując ją ramieniem. Spogląda mi w oczy i
dostrzegam w nich więcej trwogi niż mógłbym sobie wyobrazić.
- Udawaj – szepczę
do jej ucha. – Może cię nie rozpozna.
Potakuje i
oboje stoimy teraz twarzą do jej ojca. Nie jestem zaniepokojony faktem, że może
mnie rozpoznać. Poza dniem, kiedy Hope zniknęła, nigdy ze mną nie rozmawiał.
Mam tylko cholerną nadzieję, że nie rozpozna jej, ale wiem, że tak się stanie.
Rodzic zawsze rozpozna własne dziecko, bez względu na to jak wiele czasu
minęło.
Kieruje się
w naszą stronę i im bliżej się znajduje, tym bardziej widzę rozpoznanie w jego
oczach. Zna ją.
Cholera.
Zatrzymuje
się, będąc parę metrów przed nami i próbuje spojrzeć jej w oczy, ale ona
przyciska się do mnie, patrząc na ziemię.
- Księżniczko? – odzywa się on.
Czuję jak
wysuwa mi się z ramion i spuszczam na nią wzrok. Jej oczy są wywrócone do
wnętrza głowy i uginają jej się nogi. Mocno ją trzymam i układam na ziemi, żeby
móc lepiej ją trzymać. Muszę ją stąd zabrać, w tej chwili.
Wsuwam ręce
pod jej ramiona i staram się ją unieść. Jej ojciec podchodzi bliżej i chwyta ją
za ręce, żeby mi pomóc.
- Nie
dotykaj jej, do cholery! – krzyczę. Od razu się cofa, patrząc na mnie z
szokiem.
Patrzę
znowu na nią i obejmuję jej głowę, starając się przywrócić jej przytomność.
- Kochanie,
otwórz oczy. Proszę.
Trzepocze
powiekami i unosi na mnie wzrok. – Nic się nie dzieje – uspokajam ją. - Po
prostu zemdlałaś. Potrzebuję, żebyś wstała. Musimy jechać. – Podnoszę ją na
nogi, opierając o siebie. Daję jej chwilę na odzyskanie siły. Jej ojciec stoi
teraz tuż przed nią.
- To jesteś ty – mówi, patrząc prosto na nią.
Zerka na mnie, potem znowu na nią. – Hope? Pamiętasz mnie? – Jego oczy pełne są
łez.
- Chodźmy –
mówię do niej, starając się pociągnąć ją za sobą. Ona musi wiedzieć, jak bardzo
powstrzymuję się teraz przed zaatakowaniem go. Musimy. Teraz. Odjechać.
Opiera się
moim próbom, kiedy jej ojciec robi kolejny krok w jej stronę, a ja odsuwam ją
od niego.
-
Pamiętasz? – pyta znowu. – Hope, pamiętasz mnie?
Ciało Sky
całe się napina. - Jak mogłabym cię zapomnieć?
– wyrzuca z siebie.
Wciąga
gwałtownie powietrze. - To ty – mówi, poruszając ręką po boku. – Żyjesz. Nic ci
nie jest. – Wyciąga swoje radio, ale przysuwam się o krok do przodu i wytrącam
mu je z ręki, zanim może coś zgłosić.
- Gdybym
był tobą, nie dałbym nikomu znać, że ona tutaj jest – odzywam się. – Wątpię,
abyś chciał, żeby fakt o tym, że jesteś pieprzonym zboczeńcem wylądował na
pierwszej stronie gazet.
Krew
odpływa z jego twarzy. – Co takiego?
– Spogląda na Sky, kręcąc głową. – Hope, ktokolwiek cię zabrał… okłamał cię.
Opowiedział ci rzeczy o mnie, które nie są prawdą. – Robi kolejny krok do
przodu i znowu muszę ją odsunąć. – Kto cię zabrał, Hope? Kto to był?
Ona
potrząsa mocno głową. – Pamiętam wszystko, co mi zrobiłeś – odpowiada,
zbliżając się do niego z pewnością siebie. - A jeśli tylko dasz mi to, po co
tutaj jestem, obiecuję, że odejdę i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Kręci
głową, nie chcąc wierzyć, iż ona pamięta. Przygląda jej się przez chwilę. Wiem,
że jest tak wytrącony z równowagi, jak my.
- Co
chcesz? – pyta ją.
-
Odpowiedzi – odpowiada Sky. – I chcę wszystko, co należało do mojej matki.
Sky sięga po
moją dłoń, którą obejmuję ją w talii i ściska ją. Jest przestraszona.
Jej ojciec
spogląda na mnie, po czym wraca spojrzeniem do Sky. – Możemy porozmawiać w
środku – mówi cicho. Rozgląda się nerwowo po sąsiedztwie, upewniając się, że
nie ma żadnych świadków. Fakt, iż w ogóle szuka świadków rozświetla ogromny
znak ostrożności. Nie wiadomo do czego jest zdolny ten mężczyzna.
- Zostaw
broń – żądam.
Przystaje
na moment, po czym wyciąga pistolet z kabury. Kładzie ją na ganku.
- Obie –
dodaję.
Nachyla się
i wyciąga z nogawki drugi pistolet, kładąc go na ganku, po czym wchodzi do
swojego domu. Obracam Sky twarzą do siebie zanim przechodzimy przez drzwi.
- Zostaję
tutaj przy otwartych drzwiach. Nie ufam mu. Nie idź nigdzie dalej niż do
salonu.
Kiwa głową
i całuję ją szybko, patrząc jak odwraca się i wchodzi do salonu. Podchodzi do
kanapy i zajmuje na niej miejsce, przez cały czas ostrożnie mu się
przyglądając.
On unosi do
niej spojrzenie. – Zanim cokolwiek powiesz – odzywa się. – Musisz wiedzieć, że
kochałem cię i żałowałem tego, co zrobiłem w każdej sekundzie mojego życia.
- Chcę
wiedzieć, dlaczego to zrobiłeś – odpowiada ona.
Opiera się
o krzesło, pocierając dłońmi oczy. – Nie wiem – odpiera. – Kiedy umarła twoja
matka znowu zacząłem ciężko pić. Rok później upiłem się tak mocno, że obudziłem
się następnego poranka i wiedziałem, że zrobiłem coś strasznego. Miałem
nadzieję, że był to tylko okropny sen, ale kiedy poszedłem cię obudzić byłaś…
inna. Nie byłaś tą samą wesołą dziewczynką, co wcześniej. Przez jedną noc stałaś
się kimś, kto był mną przerażony. Nienawidziłem samego siebie. Nie jestem nawet
pewien, co ci zrobiłem, bo byłem zbyt pijany, żeby pamiętać. Ale wiedziałem, że
było to coś okropnego i straszliwie mi za to przykro. To już nigdy się nie
wydarzyło i zrobiłem wszystko co w mojej mocy, żeby ci to wynagrodzić. Cały
czas kupowałem ci prezenty i dawałem ci, cokolwiek chciałaś. Nie chciałem,
żebyś pamiętała tą noc.
Sky ściska
kolana i widzę po tym, jak z trudem nabiera powietrza, że robi wszystko, co w
jej mocy, aby zachować spokój.
- To działo
się noc w noc… noc w noc… - mówi. Natychmiast rzucam się do kanapy i kucam obok
niej. Oplatam ramieniem jej plecy i ściskam jej ramię, żeby siedziała w
miejscu. – Bałam się położyć do łóżka, bałam się obudzić, bałam się wziąć
kąpiel i bałam się rozmawiać z tobą. Nie byłam małą dziewczynką bojącą się
potworów w szafie lub pod łóżkiem. Bałam się potwora, który miał mnie kochać!
Miałeś mnie chronić przed ludźmi
takimi, jak ty!
Cierpienie
w jej głosie rozrywa moje serce. Chcę ją stąd wyciągnąć. Nie chcę, żeby
słuchała jego wyjaśnień.
- Masz inne
dzieci? – pyta.
On opuszcza
głowę i przyciska rękę do czoła, ale nie odpowiada jej. – Masz? – krzyczy.
Zaprzecza
głową. – Nie. Nigdy nie ożeniłem się ponownie po twojej matce.
- Czy tylko
mnie to zrobiłeś?
Nie odrywa
spojrzenia od podłogi, unikając jej pytań.
- Jesteś mi
winien prawdę – mówi Sky, teraz spokojnym głosem. – Zrobiłeś to komuś innemu,
zanim zrobiłeś to mnie?
Nastaje
długie milczenie. On wpatruje się w podłogę, nie potrafiąc przyznać prawdy. Ona
wpatruje się w niego, czekając, aż da jej to, po co tutaj przyszła.
Po długiej
ciszy Sky zaczyna wstawać. Chwytam ją za ramię, ale patrzy mi w oczy i potrząsa
głową. – Wszystko w porządku – mówi. Nie chcę jej puszczać, ale muszę dać jej
zająć się tymi sprawami tak, jak tego pragnie.
Podchodzi
do niego i klęka przed nim. - Byłam chora – zaczyna. – Moja matka i ja…
leżałyśmy w moim łóżku, a ty wróciłeś do domu z pracy. Nie spała przez całą noc
i była zmęczona, więc powiedziałeś jej, żeby poszła odpocząć.
Patrzy jej
w oczy jak pełen żalu ojciec. Nie wiem jak.
- Tej nocy
trzymałeś mnie tak, jak ojciec powinien trzymać swoją córkę. I zaśpiewałeś mi.
Pamiętam, że śpiewałeś mi piosenkę o promyku nadziei. Zanim umarła moja matka…
zanim musiałeś mierzyć się z bólem serca… nie zawsze robiłeś mi te rzeczy,
prawda?
Potrząsa
głową i dotyka jej twarzy.
Mam ochotę
wyrwać mu rękę, tak jak zawsze miałem ochotę wyrwać rękę Graysonowi. Tylko że
tym razem nie chcę zatrzymywać się na dłoni. Chcę mu wyrwać głowę, jaja i…
- Nie, Hope
– odpowiada jej. - Mocno cię kochałem. Nadal kocham. Kochałem ciebie i twoją
matkę bardziej niż samo życie, ale kiedy umarła… moje najlepsze cechy umarły
razem z nią.
- Przykro
mi, że musiałeś przez to przejść – mówi z małą emocją. - Wiem, że ją kochałeś.
Pamiętam. Ale wiedza o tym wcale nie ułatwia mi znalezienia w sercu
przebaczenia, za to co zrobiłeś. Nie wiem dlaczego to, co jest w tobie tak
bardzo różni się od tego, co mają inni ludzie… tak bardzo, że pozwoliłeś sobie
robić to, co mi zrobiłeś. Ale pomimo tych rzeczy, wiem, że mnie kochasz. I
chociaż trudno jest mi to przyznać… ja też kiedyś cię kochałam. Kochałam
wszystkie twoje dobre cechy.
Podnosi się
i cofa o krok. – Wiem, że nie jesteś zły do szpiku kości. Wiem o tym. Ale jeśli kochasz mnie, tak jak twierdzisz… jeśli w ogóle kochałeś moją matkę… to zrobisz
cokolwiek będziesz mógł, żeby pomóc mi się wyleczyć. Jesteś mi tyle winien.
Chcę tylko, żebyś był szczery, abym mogła wyjść stąd z jakimiś pozorami
spokoju. Jestem tutaj tylko po to, okej? Chcę spokoju.
Jej ojciec
teraz płacze. Sky wraca do mnie i mogę szczerze powiedzieć, że jestem nią teraz
zdumiony. Jestem zdumiony jej determinacją. Siłą. Odwagą. Sunę ręką po jej
ramieniu, dopóki nie odnajduję jej małego palca i trzymam go. Ona w odpowiedzi
zaciska swój palec na moim.
Jej ojciec
wzdycha ciężko, znowu na nią patrząc. – Kiedy zacząłem po raz pierwszy pić… to
był tylko raz. Zrobiłem coś mojej młodszej siostrze… ale to był tylko jeden
raz. Było to kilka lat przed tym, jak poznałem twoją matkę.
Sky
wypuszcza oddech. – A po mnie?
Zrobiłeś to komuś innemu, odkąd zostałam zabrana? – Wyraźne jest, że to zrobił
po tym jak poczucie winy ogarnia jego rysy. – Kto? – pyta. - Jak wiele?
Kręci lekko
głową. – Była tylko jedna. Przestałem pić kilka lat temu i od tamtej pory
nikogo nie dotknąłem. Przysięgam. Były tylko trzy osoby i to w najgorszych
chwilach mojego życia. Kiedy jestem trzeźwy, panuję nad moimi pragnieniami.
Dlatego już nie piję.
- Kim ona
była? – pyta Sky.
Wskazuje
głową na prawo, w kierunku domu stojącego obok.
W kierunku
domu, w którym kiedyś mieszkałem.
Domu, w
którym mieszkałem z Les.
Potem nie
słyszę już żadnego słowa.