3.8.14

Losing Hope - ostatni rozdział


Les,

Minęło trochę czasu. Natknąłem się na te listy, bo potrzebowałem pudełek, żeby spakować się do college’u. Natknąłem się również na parę dżinsów, które leżały na Twojej podłodze przez ponad rok. Właśnie wrzuciłem je za Ciebie do kosza na pranie. Nie ma za co.

Więc… tak. Studia. Ja. Ja idę na studia. Całkiem fajne, co?

Nadal mam jeszcze miesiąc zanim wyjadę, ale Sky jest już tam od paru miesięcy. Miała swoje przywileje po nauce w domu, więc tuż po zakończeniu liceum wyjechała, żeby pierwsza zacząć studia.

Jest taka konkurencyjna.

Ale nie martwię się, bo planuję prześcignąć ją, kiedy tam przyjadę. Mam już ułożony cały diabelski plan. Za każdym razem, kiedy przyłapię ją na nauce albo odrabianiu zadania, szepnę jej do ucha coś seksownego albo błysnę dołeczkami. Wtedy zrobi się cała speszona, rozproszy się, przestanie nadążać za pracą szkolną, zawali zajęcia i pierwszy zdobędę swój stopień naukowy, a zwycięstwo będzie moje!

Albo po prostu dam jej wygrać. Czasami nawet lubię dawać jej wygrywać.

Tęsknię za nią jak szalony, ale znowu będziemy w tym samym mieście za miesiąc.

Mieście bez rodziców.

Mieście bez godzin policyjnych.

A jeśli będę miał coś do powiedzenia, to będzie miała pełną szafę samych sukienek.

Kurde. Teraz jak o tym pomyślę, to oboje możemy ostatecznie zawalić zajęcia.

Dużo wydarzyło się od ostatniego razu, gdy do Ciebie napisałem, ale z drugiej strony nic się nie wydarzyło. W porównaniu do pierwszych miesięcy po moim powrocie z Austin, reszta roku była całkiem spokojna. Gdy Sky dowiedziała się prawdy, Karen złagodziła ograniczenia technologiczne. Na prawdziwe urodziny dałem jej iPhone’a i ma teraz laptopa, więc codziennie wieczorem widujemy się przez Skype’a.

Kocham Skype’a. Bardzo. Tak tylko mówię.

Mama i tata mają się dobrze. Tata nie dodał dwa do dwóch, kiedy poznał Sky, czego wcale od niego nie oczekiwałem. Nigdy nie spędzał przy niej dużo czasu, kiedy byliśmy dziećmi, bo tak dużo pracował. Ale uwielbia ją. A mama? Dobry Boże, Les. Mama nie ma jej dość. Trochę mnie to przeraża jak bliskie się sobie stały, ale jest to również dobre. Dobre dla mamy. Myślę, że posiadanie Sky w rodzinie pomogło jej pozbyć się trochę żalu, który nadal odczuwa po Twojej śmierci.

I tak, wszyscy wciąż go czujemy. Wszyscy, którzy Cię kochali nadal go czują. A choć już nie odtwarzam Twojej śmierci, nadal tęsknię za Tobą jak diabli. Tak bardzo za Tobą tęsknię. Szczególnie, kiedy dzieje się coś, co wiem, że uważałabyś za zabawne. Przyłapuję się na śmiechu, a potem zdaję sobie nagle sprawę, że tylko ja się śmieję i uderza we mnie to, że spodziewałem się także Twojego śmiechu. Tęsknię za Twoim śmiechem.

Mógłbym rozpisywać się nad rzeczami związanymi z Tobą, za którymi tęsknię, do punktu, gdzie znowu zacznę użalać się nad sobą. Ale przez ostatni rok nauczyłem się, co oznacza prawdziwa tęsknota za kimś. Tęsknienie za kimś oznacza, że byłeś na tyle uprzywilejowany, by w ogóle mieć tego kogoś w swoim życiu.

A chociaż siedemnaście lat nie są nawet bliskie wystarczającego czasu, który miałem z Tobą spędzić, to wciąż siedemnaście lat więcej od ludzi, którzy nigdy Ciebie nie znali. Więc jeśli spojrzeć na to w ten sposób… to mam cholerne szczęście.

Jestem najszczęśliwszym bratem w całym szerokim świecie.

Będę teraz żył własnym życiem, Les. Życiem, którego naprawdę nie mogę się doczekać, a szczerze myślałem, że nigdy czegoś takiego nie powiem. Jednakże szczerze myślałem, że zawsze będę beznadziejny, ale odnajduję nadzieję każdego dnia.

A czasami odnajduję ją nawet w nocy… na Skypie.

Kocham Cię.

Dean

Losing Hope - rozdział czterdziesty dziewiąty i trzy czwarte


- Myślałem, że mówiła, że w ten weekend nie jedzie – mówię do Sky, gdy przechodzimy przez jej drzwi wejściowe.

- Błagałam ją, żeby pojechała. Od wielu dni cały czas się do mnie kleiła i powiedziałam jej, że jeśli nie pojedzie na swój pchli targ, to ucieknę.

Podążamy do sypialni Sky i zamykam za nami drzwi. – Czy to znaczy, że mogę cię dziś zapłodnić?

Obraca się do mnie, wzruszając ramionami. – Chyba moglibyśmy poćwiczyć – odpowiada z uśmiechem.

I ćwiczymy. Ćwiczymy co najmniej trzy razy przed północą.

***

Leżymy na jej łóżku, splątani razem pod jej pościelą. Unosi do góry nasze dłonie, które są razem ściśnięte i przypatruje się im. – Pamiętam, wiesz – odzywa się cicho.

Przechylam głowę, dopóki nie dotyka jej głowy na poduszce. – Co pamiętasz?

Zabiera palce, po czym otacza małym palcem mój mały palec. – To – szepcze. – Pamiętam pierwszy raz, jak trzymałem tak moją rękę. I pamiętam wszystko, co powiedziałeś mi tamtego wieczoru.

Zamykam oczy, nabierając głęboki wdech.

- Niedługo po tym jak Karen mnie tutaj przywiozła, poprosiła, żebym zapomniała o moim starym imieniu i całemu złu, które było z nim związane. Więc pomyślałam o tobie… i powiedziałam jej, że chcę być nazywana Sky.

Unosi się na łokciu, spoglądając na mnie. – Zawsze tu byłeś, wiesz. Nawet, kiedy nie pamiętałam… zawsze tutaj byłeś.

Odsuwam jej włosy za ucho i całuję ją krótko. – Tak bardzo cię kocham, Sky.

- Też cię kocham, Holder.

Wysuwam spod niej ramię i przewracam ją na plecy, patrząc na nią z góry. – Zrobisz mi przysługę?

Potakuje.

- Od tej pory chcę, byś nazywała mnie Dean.

Losing Hope - rozdział czterdziesty dziewiąty i pół


Razem ze Sky wzięliśmy zrobiliśmy sobie wolne od szkoły w ostatnie dwa dni tygodnia. Stwierdziliśmy, że i tak opuściliśmy już trzy dni, więc co zaszkodzą jeszcze dwa? Poza tym Karen przez cały tydzień chciała mieć oko na Sky. Martwi się, jak to wszystko na nią wpływa.

Zgodziłem się dać Sky przestrzeń na tych parę dni, ale Karen nie zdaje sobie sprawy, że okno Sky nadal widuje regularny ruch uliczny w środku nocy. Przeze mnie.

Ostatnich parę dni spędziłem na głębokich dyskusjach z mamą. Chciała wiedzieć wszystko, co wiem o Les i Hope, no i oczywiście chciała wiedzieć, co wydarzyło się w ostatni weekend w Austin. Potem chciała dowiedzieć się wszystkiego o moim związku ze Sky, więc wszystko jej powiedziałem. A potem powiedziała, że chce ją poznać.

Więc oto jesteśmy. Sky właśnie przestąpiła drzwi wejściowe i mama przytula ją do siebie. Niemal od razu się rozpłakała, co sprawiło, że i Sky trochę się rozkleiła. Teraz stoją w hallu i mama nie chce jej puścić.

- Nie chcę przerywać tego spotkania po latach – odzywam się. – Ale jeśli jej nie puścisz, mamo, to możesz ją odstraszyć.

Mama śmieje się i pociąga nosem, odsuwając się od Sky. – Jesteś taka śliczna – mówi, uśmiechając się do Sky. Odwraca się do mnie. – Jest śliczna, Holder.

Wzruszam ramionami. – No, jest w porządku.

Sky śmieje się i uderza mnie w ramię. – Pamiętasz? Obelgi są tylko zabawne w formie tekstowej.

Łapię ją i przyciągam do siebie. – Nie jesteś śliczna, Sky – szepczę do jej ucha. – Jesteś niewiarygodna.

W odpowiedzi oplata mnie ramionami. – Sam nie jesteś taki zły – odpowiada.

Mama chwyta ją za rękę i odciągając ode mnie, zaprowadza ją do salonu, gdzie zaczyna bombardować ją pytaniami. Nawet to doceniam, ponieważ nie zadaje pytań o jej sytuację czy przeszłość. Zadaje normalne pytania, na jaki chce pójść kierunek, kiedy pójdzie na studia i gdzie planuje iść na studia. Zostawiam je obie w salonie, żeby kontynuowały swoją rozmowę, podczas gdy idę do garażu po parę pudeł. Rozmawiałem już wcześniej z mamą o posprzątaniu pokoju Les. Teraz, kiedy mam tutaj Sky, sądzę, że chyba będę w stanie to zrobić.

Wracam do salonu i podaję im pudła. – Chodźcie – mówię, kierując się do schodów. – Mamy pokój do sprzątnięcia.

Spędzamy resztę popołudnia na sprzątaniu pokoju Les. Chowamy do jednego pudła jej zdjęcia i wszystko, co coś dla niej znaczyło, a do reszty pudełek wkładamy jej ubrania, które oddamy biednym. Biorę oba notesy, oplatam je w dżinsy, które leżały na podłodze od ponad roku i chowam to do pudła. Pudła, który zatrzymam.

Gdy pokój jest skończony, mama i Sky idą na dół. Wystawiam pudła na korytarz i odwracam się, by zamknąć drzwi. Nim zamykam je całkowicie, spoglądam na jej łóżko. Nie patrzę znowu na jej śmierć. Patrzę na jej uśmiech.

Losing Hope - rozdział czterdziesty dziewiąty


Wchodzę do gabinetu mojej mamy i widzę, że rozmawia przez telefon. Unosi wzrok, kiedy zamykam za sobą drzwi. Podchodzę do jej biurka, odsuwam komórkę od jej ucha i rozłączam połączenie.

- Ty wiesz? – pytam ją. – Wiesz o tym, co ten sukinsyn zrobił Les? – Ocieram oczy grzbietem dłoni, a ona podnosi się ze łzami w oczach. – Wiesz, co zrobił Hope? I wiesz, że Hope żyje i nic jej nie jest? Wszystko wiesz?

Matka kręci głową i strach wkrada się do jej oczu. Nie potrafi stwierdzić czy jestem wściekły, czy zaraz wybuchnę.

- Holder… - odzywa się. – Nie mogliśmy ci powiedzieć. Wiedziałam, co ci to zrobi, gdybyś wiedział, że coś takiego wydarzyło się twojej siostrze.

Opadam na krzesło, nie potrafiąc dłużej stać. Obchodzi biurko i klęka przede mną. – Przepraszam, Holder. Proszę, nie znienawidź mnie. Tak strasznie cię przepraszam.

Płacze, patrząc na mnie z tak wielkim żalem i przeprosinami. Od razu odnajduję siłę na wstanie i podniesienie jej razem ze mną. – Boże, nie – odpowiadam, obejmując ją. – Mamo, cieszę się, że wiesz. Czuję taką ulgę, że Les miała cię przy sobie w tym czasie. A Hope? – Odsuwam ją od siebie, patrząc jej w oczy. – Ona jest Sky, mamo. Hope to Sky, a Sky jest cała i zdrowa, i kocham ją. Kocham ją tak mocno i nie miałem pojęcia jak ci o tym powiedzieć, bo bałem się, że ją rozpoznasz.

Otwiera szeroko oczy i cofa się ode mnie, osuwając na krzesło. – Twoja dziewczyna? Twoja dziewczyna to Hope?

Potakuję, wiedząc, że nie ma to dla niej żadnego sensu. – Pamiętasz, jak poznałem Sky w sklepie parę miesięcy temu? Rozpoznałem ją. Myślałem, że to Hope, ale potem pomyślałem, że się mylę. A potem cholernie się w niej zakochałem, mamo. Nie wiem nawet jak zacząć ci mówić o tym, co przeszedłem w tym tygodniu. – Mówię szybciej niż pewnie potrafi to ogarnąć. Siadam na krześle naprzeciwko niej i przysuwam je bliżej do niej, nachylam się i biorę ją za ręce. – Nic jej nie jest. Mnie nic nie jest. Więcej niż nic mi nie jest. I wiem, że robiłaś co mogłaś dla Les, mamo. Mam nadzieję, że ty również o tym wiesz. Zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy, ale czasami nawet cała miłość matek oraz braci nie wystarcza, aby wyciągnąć kogoś z jego koszmaru. Musimy po prostu zaakceptować, że sprawy są takie jakie są i nie zmieni tego cały żal oraz poczucie winy na świecie.

Rozpłakuje się. Oplatam ją ramionami i przytulam do siebie.

Losing Hope - rozdział czterdziesty ósmy


Upuszczam notes na podłogę.

I płaczę.

 

Losing Hope - rozdział czterdziesty siódmy i pół


Drogi Holderze,

Jeżeli to czytasz, to straszliwie mi przykro. Bo jeśli to czytasz, to wiem, co Ci zrobiłam.

Ale mam szczerą nadzieję, że nigdy nie odnajdziesz tego listu. Mam nadzieję, że ktokolwiek odnajdzie ten notes, nie zobaczy w nim wiele użytku i wyrzuci go, ponieważ nie chcę złamać Ci serca. Ale mam Ci tak mnóstwo do powiedzenia, czego nigdy nie będę w stanie powiedzieć Ci w twarz, więc zamiast tego robię to tutaj.

Lecz zamierzam zacząć od tego, co wydarzyło się w naszym dzieciństwie. Z Hope.

Wiem jak bardzo obwiniałeś się za to, że od niej odszedłeś. Ale musisz zdać sobie sprawę, że nie tylko Ty to zrobiłeś, Holder. Ja również od niej odeszłam. I robiłeś to, co zrobiłoby w tej sytuacji każde inne dziecko. Ufałeś, że dorośli w jej życiu robili to, co było dla niej najlepsze. Jak mogłeś przewidzieć, co się stanie, kiedy podeszła do tego samochodu? Nie mogłeś, więc przestań sądzić, że mogłeś zrobić coś zupełnie inaczej. Nie mogłeś i szczerze, nie powinieneś. Wejście Hope do tamtego samochodu było najlepszą rzeczą, jaka kiedykolwiek jej się przydarzyła.

Kilka tygodni po tym, jak została porwana, jej ojciec zapytał mnie czy chcę mu pomóc zrobić latawce. Oczywiście, że chciałam mu pomóc. Zrobiłabym wszystko, co pomogłoby przywrócić nam Hope.

Gdy weszłam do jego domu, czułam, że coś jest nie tak. Zaprowadził mnie do jej pokoju. Powiedział mi, że materiał na latawce jest w pokoju Hope. Potem zamknął za nami drzwi i kompletnie roztrzaskał moje życie.

To trwało latami. Trwało, dopóki pewnego dnia nie mogłam już dłużej tego znieść i w końcu powiedziałam mamie.

Natychmiast poszła na policję. Tego samego dnia miałam rozmowę z terapeutką i moje zeznanie zostało udokumentowane. Miałam tylko dziewięć czy dziesięć lat, więc niewiele z tego pamiętam. Pamiętam tylko, że mijały tygodnie i mama z tatą kilka razy chodzili na komisariat policji. Przez cały ten czas ojciec Hope ani razu nie wrócił do domu.

Później dowiedziałam się, że został aresztowany. Zostało przeprowadzone śledztwo i sprawa została nawet podana do sądu. Pamiętam dzień, kiedy mama wróciła do domu i powiedziała, że się przeprowadzamy. Tata nie mógł zostawić pracy, a ona nie chciała trzymać nas w Austin, więc przeprowadziła się z nami. Nie wiem czy o tym wiesz, ale próbowali naprawić relację. Tata starał się znaleźć pracę, która wspomoże nas w nowym mieście, ale nigdy mu się to nie udało. Myślę, że ostatecznie zorientowali się, że lepiej jest być w odosobnieniu. Może oboje obwiniali się o to, co wydarzyło się mnie.

Teraz, kiedy wspominam terapię, na którą skierowała mnie mama, nienawidzę tego, iż nie widziała potrzeby, aby samej odwiedzać terapeutę. Zawsze zastanawiałam się czy ich małżeństwo mogłoby zostać uratowane, gdyby porozmawiali z kimś o tym. Jednakże ja trwałam w terapii przez kilka lat i najwyraźniej mnie nie uratowała. Chciałabym, żeby uratowała i może tak by się stało, gdybym wiedziała jak ją stosować. Pomogła mi przetrwać parę lat, ale nie potrafiła ochronić mnie przed samą sobą, ilekroć musiałam nocą zamknąć oczy. I choć mama mocno starała się mnie uratować, ona także nie mogła tego zrobić. Ja nie chciałam być uratowana.

Chciałam, żeby dano mi odejść.

Kilka lat później dowiedziałam się, że ojciec Hope nigdy nie musiał zapłacić za to, co mi zrobił. Za to, co zrobił Hope. Był niesamowicie manipulacyjny i sprawił, że wszystko wyglądało tak, jakbym obwiniała go za zniknięcie Hope i to była moja zemsta. Stanęło za nim całe społeczeństwo. Nie potrafili uwierzyć, jak ktoś mógł oskarżyć mężczyznę o tak okrutny czyn po tym, jak została mu odebrana córka.

Więc uszło mu to na sucho. Wolno mu było robić cokolwiek zechciał, a ja czułam się, jakbym została zamknięta na wieczność w piekle.

Mama nie chciała, żebyś dowiedział się o tym, co mi się stało. Bała się, co to może Ci zrobić. Obie widziałyśmy, jak strasznie obwiniałeś siebie o to, co wydarzyło się z Hope i nie chciała patrzeć jak jeszcze bardziej cierpisz.

Ja również nie chciałam na to patrzeć.

Teraz nadchodzi najtrudniejsza część tego listu. Tak straszliwie trudno mi to powiedzieć, bo czuję przez to mnóstwo poczucia winy. Każdego dnia, gdy widziałam ból w twoich oczach, wiedziałam, że gdybym po prostu wyznała Ci to, co zamierzam powiedzieć, uwolniłoby Cię to od tej wielkiej agonii.

Ale nie potrafiłam. Nie potrafiłam znaleźć sposobu na powiedzenie Ci, że Hope żyje. Że była cała i zdrowa, że raz widziałyśmy ją z mamą, jakieś trzy lata temu.

Miałam czternaście lat i jadłyśmy w restauracji, tylko mama i ja. Piłam ze szklanki, kiedy uniosłam wzrok i zobaczyłam, jak ona wchodzi przez drzwi.

Odwróciłam się do mamy i wiem, że musiałam być blada niczym duch, bo wyciągnęła rękę przez stół i chwyciła mnie za rękę.

- Lesslie, co się stało, skarbie?

Nie mogłam mówić. Gapiłam się jedynie na Hope. Mama obróciła się i w chwili, kiedy padła na nią spojrzeniem, wiedziała, że to ona. Obie byłyśmy oniemiałe.

Kelnerka zaprowadziła je do stolika obok naszego. Mama i ja siedziałyśmy tam po prostu, patrząc się na nią. Hope zerknęła mnie, kiedy zajęła swoje miejsce, po czym odwróciła wzrok, jakby mnie nie rozpoznała. Ta świadomość złamała mi serce. Chyba wtedy zaczęłam płakać. Po prostu byłam tak emocjonalnie przybita i nie wiedziałam, co zrobić. Przesunęłam palcami po bransoletce na nadgarstku i wyszeptałam jej imię, tylko po to, by zobaczyć czy mnie usłyszy i znowu się odwróci.

Nie usłyszała mnie, ale usłyszała kobieta, która z nią była. Zwróciła głowę w naszym kierunku z czystą paniką w oczach. Zdezorientowało mnie to. Zdezorientowało mamę.

Kobieta spojrzała na Hope. – Chyba zostawiłam włączony piekarnik – powiedziała, wstając. – Musimy iść. – Hope wyglądała na skonsternowaną, ale również wstała. Jej matka pospieszyła ją w stronę wyjścia restauracji. Wtedy właśnie mama wstała i ruszyła za nimi. Ja też to zrobiłam.

Gdy wszystkie byłyśmy na zewnątrz, kobieta zaprowadziła Hope do samochodu i natychmiast zamknęła za nią drzwi. Podeszłyśmy do niej z mamą i kiedy tylko kobieta odwróciła się do mamy, łzy zebrały się w jej oczach.

- Proszę – błagała kobieta. Nic potem nie powiedziała. Mama patrzyła na nią przez chwilę, nic nie odpowiadając. Stałam tak bez ruchu, próbując zrozumieć, co się działo.

- Dlaczego pani ją zabrała? – zapytała w końcu mama.

Kobieta rozpłakała się, potrząsając głową. – Błagam – szlochała. – Ona nie może do niego wrócić. Proszę jej tego nie robić. Proszę, proszę, proszę.

Mama skinęła głową. Podeszła do przodu i położyła uspokajająco rękę na ramieniu kobiety. – Proszę się nie martwić – odparła mama. – Proszę się nie martwić. – Mama zerknęła na mnie i łzy zaszkliły jej oczy, po czym spojrzała znowu na kobietę. – Zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, żeby uratować również moją córkę.

Kobieta spojrzała z konsternacją na mamę. Wiem, że nie rozumiała, ile dokładnie wiedziała mama, ale rozumiała szczerość mamy. Pochyliła głowę, oddychając głęboko. – Dziękuję – powiedziała, cofając się od nas. – Dziękuję. – Otworzyła drzwi i wsiadła do auta, a potem odjechały.

Nie wiem, gdzie ona mieszka. Nigdy nie poznałyśmy imienia tej kobiety i nigdy nie poznałyśmy imienia, którym posługuje się teraz Hope. Po tym dniu przestałam także nosić tę bransoletkę, ponieważ wiedziałam w sercu, że ona nie potrzebowała odnalezienia. Ale chciałam, żebyś wiedział, Holder. Chcę, żebyś wiedział, że ona żyje i nic jej nie jest, a twoje odejście od niej tamtego dnia było najlepszą rzeczą, jaką mogłeś jej kiedykolwiek zrobić.

Co do mnie, cóż… jestem straconym przypadkiem. Spędziłam ostatnie osiem lat egzystując w tym ciągłym koszmarze i jestem po prostu zmęczona. Terapia i lekarstwa pomagają otumanić ból, ale nie chcę czuć tego otępienia, Holder. Dlatego planuję zrobić to, co potrzebuję zrobić, a to właśnie doprowadziło Cię do przeczytania tego listu. Jestem zmęczona, wyczerpana i mam dosyć prowadzenia życia, którego nie chcę już prowadzić. Jestem zmęczona udawaniem dla Ciebie szczęścia, ponieważ nie jestem szczęśliwa. Za każdym razem, gdy się uśmiecham, czuję się, jakbym Cię okłamywała, ale nie wiem jak inaczej żyć. I wiem, że kiedy to zrobię, to złamię Ci serce. Wiem, że zdruzgocze to mamę i tatę. I wiem, że mnie znienawidzisz.

Ale świadomość tego wszystkiego nie zmieni mojego zdania. Straciłam zdolność do troski, więc trudno mi wczuć się w to, co będziecie przeżywać, gdy mnie nie będzie. Nie pamiętam jak to jest troszczyć się na tyle o życie, by myśl o śmierci mogła mnie zrujnować. Więc chcę, żebyś wiedział, iż przepraszam, ale nic na to nie poradzę.

Byłam rozczarowana przez te życie o jeden raz za dużo i szczerze mówiąc mam dosyć tracenia nadziei.

Kocham Cię bardziej niż o tym wiesz.

Les

 

P.S. Mam nadzieję, że nigdy nie pozwolisz sobie wierzyć, iż zrobiłam to, bo w jakiś sposób mnie zawiodłeś. Wszystkie te noce, kiedy trzymałeś mnie i dałeś mi się wypłakać… nie masz pojęcia, jak wiele razy mnie uratowałeś.

Losing Hope - rozdział czterdziesty siódmy


Wesołego Halloween. Mam nadzieję, że choć raz założysz coś seksownego.

Wysyłam wiadomość i kładę komórkę na szafce nocnej, wstając z łóżka. Opuściłem dom Sky dopiero po czwartej nad ranem, potem wróciłem do domu i napisałem Les list, po czym poszedłem spać. Te dni pełne były małego snu i wysokich emocji.

Podchodzę do szafy i biorę koszulkę, zakładając ją przez głowę. Rozbrzmiewa moja komórka, więc idę do niej i czytam wiadomość.

Cześć, Holder. Tu Karen. Wciąż nie oddałam Sky telefonu, ale przekażę wiadomość. Albo i nie.

O kurde. Śmieję się i odpisuję Karen.

Lol… sorki za to. Ale jak już z tobą piszę, jak ona się dzisiaj czuje?

Czekam na jej odpowiedź, która nie zajmuje długo.

W porządku. Wiele przeszła i wiem, że to zajmie trochę czasu. Ale jest najodważniejszą dziewczyną, którą znam, więc mam w nią pełną wiarę.

Uśmiecham się i odpisuję jej.

Tak. Trochę przypomina mi jej mamę.

Odsyła mi serduszko. Odkładam telefon na łóżko i siadam obok niego. Znowu go podnoszę i przebiegam wzdłuż kontaktów, odnajdując numer ojca.

Cześć, tato. Tęsknię. Myślałem nad tym, żeby przywieźć moją dziewczynę w odwiedziny na przerwę Dziękczynienia. Chcę, żebyś ją poznał. Powiedz Pameli, że obiecuję trzymać się z daleka od kanapy.

Wysyłam wiadomość, ale wiem, że ona nie wystarczy, więc wysyłam mu jeszcze jedną.

I przepraszam. Naprawdę przepraszam.

Odkładam komórkę i patrzę przez pokój na notes, który wciąż leży na ziemi, tam gdzie go rzuciłem. Ten, który zawiera większość moich listów do Les.

Nadal nie chcę go czytać, ale czuję, że jestem jej to winien. Wstaję i podchodzę do niego. Pochylam się i unoszę go, jednocześnie siadając na podłodze. Opieram się o ścianę i zginam nogi w kolanach, po czym otwieram notes na ostatnich stronach.

Losing Hope - rozdział czterdziesty szósty


Les,

Mam tyle rzeczy do powiedzenia, ale nie wiem nawet jak zacząć.

Wszystkie sprawy ze Sky nie mogły wyjść na lepsze. Wróciła do domu Karen, tam gdzie należy jej miejsce.

Wiedziałem, że Karen nie skrzywdzi Sky. Widziałem po tym krótkim okresie wspólnie spędzonego czasu, że Karen kocha ją równie mocno, co ja. Wychodzi na to, że miałem rację. Karen zabrała Sky od jej ojca, ponieważ Karen wiedziała, co ten jej robił. Karen była jego siostrą… ciotką Sky. I przeszła to samo, co Sky. Zabrała ją, bo nie mogła siedzieć bezczynnie i pozwolić, by to nadal trwało. Kiedy Sky zna już całą prawdę postanowiła zostać z Karen. Karen zaryzykowała całe swoje życie dla tej dziewczyny. Zaryzykowała całą swoją przyszłość i nigdy wystarczająco jej za to nie podziękuję.

Powiedziałem to Sky i powiem to Tobie. Jedyne, co chciałbym, żeby Karen zrobiła inaczej, to to, żeby zabrała i Ciebie.

Nie wiedziałem, Les. Nie miałem bladego pojęcia, co on Ci robił i tak strasznie mi przykro.

Jutro powiem Ci więcej, ale dziś musiałem po prostu Ci powiedzieć, że Cię kocham.

H

Losing Hope - rozdział czterdziesty piąty


Gdy wracamy do naszego pokoju hotelowego, podprowadzam ją do łóżka. Przeżywa właśnie jedną ze swoich chwil, gdzie jest całkowicie odcięta od świata i nie robię nic, żeby wyrwać ją z tego stanu. Pewnie będzie najlepiej, jeśli pozostanie w nim przez jakiś czas.

Ściągam koszulkę, która teraz pokryta jest krwią. Zdejmuję skarpetki, buty oraz dżinsy i odrzucam wszystko na bok. Podchodzę do miejsca, gdzie stoi Sky i ściągam jej kurtkę. Wszędzie ma krew i staram się pospieszyć, żeby zabrać ją pod prysznic i to wszystko zmyć. Nareszcie odwraca się do mnie z pustym wyrazem twarzy. Odkładam jej kurtkę na krzesło obok nas, następnie ściągam jej koszulkę przez głowę.

Sięgam do guzików jej spodni i odpinam je, zsuwając dżinsy w dół. Kiedy docieram do jej stóp, ona nadal stoi nieruchomo. Podnoszę na nią wzrok. - Musisz z nich wyjść, kochanie.

Spogląda na mnie i kładzie ręce na moich barkach, podczas gdy ściągam z niej spodnie. Czuję jak sięga do moich włosów i przeczesuje je palcami. Odrzucam jej dżinsy na bok i wracam do niej spojrzeniem. Potrząsa głową, wpatrując się w swoje dłonie, którymi przesuwa teraz gorączkowo po brzuchu. Rozsmarowuje po brzuchu krew jej ojca, próbując ją zetrzeć. Z trudem łapie powietrze, próbuje krzyczeć, ale nic nie wydobywa się z jej gardła. Podnoszę się i natychmiast ją unoszę, śpiesząc do prysznica. Muszę ściągnąć to z niej zanim całkowicie straci kontrolę.

Stawiam ją pod prysznicem i odkręcam wodę. Gdy jest już ciepła, zasuwam zasłonkę prysznicową i odsuwam jej nadgarstki od brzucha. Otaczam się jej ramionami i przyciągam ją do siebie, po czym odwracam ją tak, by stała pod strumieniem wody.

Jak tylko woda uderza w jej twarz, łapie głośno powietrze i jej oczy stają się wyraźniejsze.

Chwytam mydło oraz myjkę i pocieram je razem pod wodą, następnie obracam się i zmywam krew z jej twarzy.

- Ciii – szepczę, patrząc jej w oczy. – Zmywam to z ciebie, okej?

Zaciska powieki, a ja dokładnie zmywam każdą plamkę krwi z jej twarzy. Kiedy jest nareszcie czysta, sięgam za nią, żeby ściągnąć jej gumkę.

- Spójrz na mnie, Sky – mówię. Otwiera oczy i kładę uspokajająco rękę na jej ramieniu.. – Zdejmę ci biustonosz, dobrze? Muszę wymyć twoje włosy i nie chcę, żeby coś z tego na nim wylądowało.

Jej oczy rozszerzają się na moje słowa i wysuwa ramiona przez ramiączka biustonosza, gorączkowo zrywając go z siebie przez głowę.

- Weź to – mówi szybko, odnosząc się do krwi w jej włosach. – Weź to ze mnie.

Ponownie chwytam ją za nadgarstki i nakierowuję jej ramiona wokół siebie. - Wezmę. Trzymaj się mnie i spróbuj uspokoić. Ja to zrobię.

Wylewam szampon na ręce i unoszę je do jej włosów. Muszę wymyć je kilka razy zanim woda robi się w końcu czysta. Gdy kończę jej obmywanie, zaczynam myć własne włosy. Zmywam to, co mogę, ale nie będąc w stanie samemu zobaczyć efektu, nie wiem czy zmyłem wszystko. Nie chcę prosić jej o pomoc w tym, ale muszę się upewnić, że nic już tam nie ma. - Sky, potrzebuję, żebyś upewniła się, że wszystko zmyłem, dobrze? Chcę, żebyś starła wszystko, co przegapiłem.

Potakuje i wyciąga myjkę z moich dłoni. Obrzuca wzrokiem moje włosy, plecy oraz ramiona, po czym w końcu przejeżdża myjką po moim uchu.

Odsuwa ode mnie myjkę i spuszcza na nią wzrok, przesuwając nią pod strumieniem wody.

- Wszystko zniknęło – szepcze.

Zabieram myjkę i rzucam ją w kąt wanny.

Wszystko zniknęło, powtarzam w głowie.

Obejmuję ją i zamykam oczy. Czuję, jak się budują. Pytania. Wspomnienia. Wszystkie razy, kiedy trzymałem Les w nocy, kiedy płakała i nie miałem pojęcia, co on jej zrobił. Nie miałem pojęcia, przez co przeszła.

Nienawidzę go. Kurewsko nienawidzę, że tak długo uchodziło mu to na sucho. Uszło mu na sucho to, co zrobił Sky, jego siostrze, Les. A najgorsze jest to, że nie jest już nawet żywy, bym mógł go zabić.

Sky unosi do mnie oczy, które pełne są współczucia. Przez chwilę tego nie rozumiem, ale potem zdaję sobie sprawę, że płaczę… i że ona czuje taki sam smutek z mojego powodu, jaki ja czuję z jej powodu. Jej ramiona zaczynają drżeć i wyrywa jej się szloch. Zakrywa dłonią usta i zaciska powieki.

Przyciągam ją do piersi i całuję w czubek głowy.

- Holder, tak bardzo mi przykro – szlocha. - O mój Boże, tak mi przykro.

Ściskam ją mocniej i przyciskam policzek do jej głowy. Zamykam oczy, płacząc. Płaczę za nią. Płaczę za Les. Płaczę za samego siebie.

Oplata mnie ramionami, trzymając mnie mocno, po czym przyciska usta do mojej szyi. -  Przepraszam – mówi cicho. - Nigdy by jej nie dotknął, gdybym ja…

Łapię ją za ramiona i odsuwam od siebie, bym mógł spojrzeć jej w oczy. – Nie waż się tego mówić. – Obejmuję dłońmi jej twarz. – Nie chcę, żebyś kiedykolwiek przepraszała za coś, co zrobił ten człowiek. Słyszysz mnie? To nie jest twoja wina, Sky. Przysięgnij mi, że nigdy więcej nawet tak nie pomyślisz.

Potakuje. – Przysięgam.

Nie zrywam kontaktu wzrokowego, potrzebując wiedzieć, że mówi prawdę. Ta dziewczyna nie zrobiła nic, co wymaga przeprosin i nie chcę, żeby kiedykolwiek coś takiego myślała.

Zarzuca ramiona na moją szyję, teraz łzy wylewają się z nas obojga. Przytulamy się do siebie mocno. Desperacko. Ona bez przerwy całuje moją szyję, pragnąc pocieszyć mnie w jedyny sposób, który zna.

Opuszczam usta do jej ramienia i odwzajemniam pocałunek. Przylega do mnie mocniej i pozwalam jej na to. Pozwalam jej trzymać mnie tak mocno, jak potrafi. Nie przestaję całować jej szyi, a ona nie przestaje całować mojej, oboje kierujemy się do swoich ust. Nim sięgam jej warg, odsuwam się i spoglądam w jej oczy. Ona patrzy w moje i choć raz w życiu mogę szczerze powiedzieć, że znalazłem jedyną inną osobę na tym świecie, która rozumie moje poczucie winy. Jedyną osobę, która rozumie moje cierpienie. Jedyną osobę, która akceptuje to, kim jestem.

Zwykłem myśleć, że moja najlepsza część umarła razem z Les, ale moja najlepsza część stoi właśnie przede mną.

W jednym szybkim ruchu atakuję wargami jej usta i chwytam jej włosy. Przyciskam ją do ściany prysznica i całuję ją z takim przekonaniem, iż wiem, że przenigdy nie zwątpi w to, jak bardzo ją kocham. Zsuwam dłonie po jej udach i podnoszę ją tak, żeby oplotła mnie nogami w pasie.

Przylegam do niej i wciąż ją całuję, chcąc poczuć , a nie ból, który stara się mnie ogarnąć. Pragnę być teraz tylko częścią niej i pozwolić, żeby wszystko inne w naszym życiu po prostu zniknęło.

- Powiedz mi, że to jest w porządku – odzywam się, odrywając się od jej ust i przeszukując jej oczy. – Powiedz mi, że to w porządku chcieć być teraz w tobie… bo po wszystkim, co dzisiaj przeszliśmy wydaje się złe, że tak cię potrzebuję.

Obejmuje moją szyję i łapie mnie za włosy, przyciągając moje usta z powrotem do jej ust, pokazując mi, że potrzebuje tego tak bardzo, jak ja. Jęczę i odsuwam ją od ściany prysznica, po czym wynoszę ją z łazienki do sypialni. Upuszczam ją na łóżko, następnie chwytam jej majtki i zsuwam je z jej nóg. Miażdżę jej wargi i ściągam własne bokserki, którą są teraz całkowicie przemoczone. Myślę teraz tylko o tym, jak bardzo potrzebuję znaleźć się w niej. Odrywam się od niej na tyle długo, żeby założyć prezerwatywę, potem łapię jej biodra i przesuwam na brzeg łóżka. Unoszę jej nogę do mojego boku, a drugie ramię wsuwam pod jej ramiona.

Podnosi na mnie spojrzenie, a ja spoglądam z góry na nią. Ściskam jej nogę oraz ramię, nie spuszczając jej z oka i wsuwam się w nią. W chwili, kiedy się w niej znajduję, nie wydaje się to wystarczyć. Przyciskam usta do jej warg i próbuję poszukać czegokolwiek, czego brakuje w tym momencie. Wsuwam się i wysuwam z niej, coraz bardziej gorączkowo z każdym pchnięciem, rozpaczliwie starając się sięgnąć uczucia, które nie wiem nawet czy istnieje. Sky odpręża swoje ciało, podążając za moimi ruchami, pozwalając mi mieć kontrolę.

Ale w tej chwili tego nie chcę.

Właśnie to się ze mną dzieje.

Mój umysł jest tak bardzo wyczerpany, taki zmęczony, a moje serce tak strasznie w tej chwili boli. Po prostu potrzebuję od niej, żeby pomogła mi rozgryźć jak przestać być, choć raz, bohaterem.

Odsuwam się od niej, a ona patrzy na mnie, ani razu nie pytając, dlaczego tak drastycznie zwolniłem swoje ruchy. Podnosi jedynie dłonie do mojej twarzy i delikatnie sunie palcami po moich oczach, ustach i policzkach. Zwracam usta do wnętrza jej dłoni i całuję ją, po czym opadam na nią, kompletnie się zatrzymując. Nie odrywam od niej wzroku, kiedy podnoszę ją ze sobą, wstając. Wciąż w niej jestem, a ona mocno mnie obejmuje, więc odwracam się plecami do łóżka i osuwam się na podłogę. Nachylam się i delikatnie całuję jej dolną wargę, potem całe usta.

Unoszę rękę do jej policzka, a drugą opuszczam na jej biodro. Zaczynam poruszać się pod nią, wolno kierując nią dłonią, chcąc, żeby przejęła po prostu kontrolę. Potrzebuję od niej, żeby zechciała pocieszyć mnie w taki sam sposób, w jaki ja zawszę chcę pocieszyć ją.

- Wiesz, co do ciebie czuję – szeptam, wpatrując się w jej oczy. – Wiesz, jak bardzo cię kocham. Wiesz, że zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, żeby zabrać twój ból, prawda?

Kiwa głową, nie odwracając ode mnie spojrzenia, nawet na sekundę.

- Bardzo mocno potrzebuję tego teraz od ciebie, Sky. Potrzebuję wiedzieć, że ty mnie tak kochasz.

Wyraz jej twarzy łagodnieje i jej oczy wypełniają się współczuciem. Splata nasze dłonie i kładzie je na naszych sercach. Głaska kciukiem moją rękę i unosi się leciutko, a następnie znowu powoli się na mnie osuwa.

Niesamowite uczucie, które wypełnia moje ciało sprawia, że moja głowa opada na łóżko za mną. Jęczę, nie potrafiąc utrzymać otwartych oczu.

- Otwórz oczy – szepta, nie przestając się poruszać na mnie. – Chcę, żebyś na mnie patrzył.

Unoszę głowę i patrzę na nią. Jest to najprostsza rzecz, o którą kiedykolwiek zostałem poproszony, ponieważ ona jest w tej chwili cholernie piękna.

- Nie odwracaj wzroku – mówi, unosząc się do góry. Kiedy osuwa się z powrotem na moje kolana, ledwo, co mogę utrzymać w pionie głowę. Zwłaszcza, gdy jęk opuszcza jej wargi i jeszcze mocniej ściska moje ręce.

- Pierwszy raz, kiedy mnie pocałowałeś? – mówi. – Ten moment, kiedy twoje usta dotknęły moich? Tamtej nocy skradłeś kawałek mojego serca.

Ty również skradłaś kawałek mojego.

- Pierwszy raz, kiedy powiedziałeś mi, że mną żyjesz, bo nie byłeś jeszcze gotowy, żeby powiedzieć mi, że mnie kochasz? Te słowa skradły kolejny kawałek mojego serca.

Ale ja cię kochałem. Kochałem cię tak strasznie mocno.

Otwieram rękę i przyciskam wnętrze do jej serca. – Noc, kiedy dowiedziałam się, że byłam Hope? Powiedziałam ci, że chcę być sama. Gdy obudziłam się i zobaczyłam cię w moim łóżku, chciało mi się płakać, Holder. Chciałam płakać, ponieważ straszliwie potrzebowałam cię ze sobą. W tamtej chwili wiedziałam, że jestem w tobie zakochana. Byłam zakochana w tym, jak mnie kochałeś. Kiedy objąłeś mnie ramionami i trzymałeś, wiedziałam, że bez względu na to, co stanie się w moim życiu, ty jesteś moim domem. Tamtej nocy skradłeś największy kawałek mojego serca.

Nie skradłem go. To ty mi go dałaś.

Przysuwa wargi do moich i opuszczam głowę na materac, pozwalając jej, żeby mnie całowała. – Trzymaj je otwarte – szepcze, odrywając ode mnie usta. Robię, co mówi i jakimś cudem znowu otwieram oczy, patrząc bezpośrednio w jej oczy. – Chcę, żebyś ich nie zamykał… bo chcę, żebyś patrzył, jak oddaję ci ostatni kawałek serca.

Ten moment. Właśnie ten. Jest prawie wart każdej namiastki bólu, jaką musiałem przeżyć w życiu.

Zacieśniam chwyt na jej rękach i pochylam się do niej, ale nie całuję jej. Jesteśmy siebie blisko tak, jak tylko jest to możliwe i trzymamy otwarte oczy, aż do ostatniej sekundy. Aż ona całkowicie pochłania mnie, a ja całkowicie pochłaniam ją i nie mam pojęcia, gdzie kończy się moja miłość a zaczyna jej.

Gdy tylko zaczynam drżeć i jęczeć pod nią, moja głowa opada na materac i tym razem pozwala mi zamknąć oczy. Bezustannie porusza się nade mną, dopóki nie nieruchomieję.

Daję mojemu sercu chwilę na uspokojenie, po czym podnoszę głowę i patrzę na nią. Zabieram ręce i przesuwam nimi po włosach na jej karku. Moje usta łączą się z jej ustami i całuję ją, spychając ją na podłogę pod nami. Wsuwam między nami rękę i przyciskam wnętrze dłoni do jej brzucha, powoli zsuwając ją w dół, aż odnajduję miejsce, które sprawia, że mój ulubiony dźwięk opuszcza jej usta. Rozkoszuję się każdym jękiem i oddechem wydobywającym się spomiędzy jej warg. I pozwalam jej mieć zamknięte oczy, ale moje trzymam otwarte i obserwuję, jak ona kradnie ostatni kawałek mojego serca.

Losing Hope - rozdział czterdziesty czwarty


Ktoś może pomyśleć, że znalezienie ciała mojej siostry było najgorszą rzeczą, która mi się przydarzyła.

Wcale nie. Najgorsza rzecz, która mi się przydarzyła nadeszła później tamtej nocy, kiedy musiałem powiedzieć mojej matce, że jej córka nie żyje.

Pamiętam jak ułożyłem Les na moich kolanach, robiąc wszystko, co w mojej mocy, aby nadać sens temu, co się działo. Starałem się znaleźć sens w tym, dlaczego ona nie odpowiadała. Dlaczego nie oddychała, nie śmiała się ani nie mówiła. Po prostu nie miało dla mnie sensu to, że ktoś może być tutaj w jednej chwili, a w następnej już nie. Po prostu… nie.

Nie wiem jak długo ją trzymałem. Mogły to być sekundy. Mogły to być minuty. Do diabła, byłem tak zamroczony, że mogły to być godziny. Wiem tylko, że wciąż ją trzymałem, kiedy na dole trzasnęły drzwi wejściowe.

Pamiętam panikę na świadomość tego, co zaraz się wydarzy. Miałem zejść na dół i spojrzeć mojej mamie w oczy. Miałem powiedzieć jej, że jej córka nie żyje.

Nie wiem jak to zrobiłem. Nie wiem jak puściłem Les na tyle długo, żeby wstać. Nie wiem jak znalazłem siłę, żeby w ogóle wstać. Gdy dotarłem do szczytu schodów, ona i Brian ściągali kurtki. On wziął jej kurtkę i obrócił się, żeby zawiesić ją na wieszaku. Ona uniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się, ale potem przestała.

Zacząłem schodzić do niej po schodach. Moje ciało było takie słabe, że schodziłem bardzo powoli. Po jednym schodku naraz. Patrząc na nią przez cały czas.

Nie wiem czy miała matczyną intuicję czy po prostu potrafiła dostrzec w wyrazie mojej twarzy co się stało, ale zaczęła potrząsać głową i cofać się ode mnie.

Rozpłakałem się, ona zaczęła panikować i cofała się ode mnie, dopóki nie uderzyła plecami w drzwi wejściowe. Brian patrzył na nas, ani trochę nie rozumiejąc, o co chodzi.

Odwróciła się i chwyciła się framugi, przyciskając policzek do drzwi i zaciskając mocno powieki. Tak jakby próbowała mnie odciąć. Jeśli mnie odetnie, nie będzie musiała stawiać czoła prawdzie.

Jej ciało zwijało się z rozpaczy i szlochała tak mocno, że z jej ust nie wydobywał się nawet żaden dźwięk. Pamiętam jak dotarłem na ostatni stopień, przyglądając się jej z miejsca, gdzie stałem. Przyglądając się, jak dała całkiem nowe znaczenie słowu zdruzgotanie. W tamtej chwili szczerze wierzyłem, że słowo zdruzgotanie powinno być zarezerwowane dla matek.

Już w to nie wierzę.

Słowo zdruzgotanie powinno być również zarezerwowane dla braci.

***

- Les – szepczę, odwracając się od Sky i jej ojca. – O Boże, nie. – Przyciskam głowę do framugi drzwi i ściskam dłońmi kark. Wybucham tak mocnym płaczem, że nie jestem nawet w stanie wydać żadnego dźwięku. Boli mnie klatka piersiowa i gardło, ale moje serce zostało właśnie całkowicie unicestwione.

Sky podchodzi do mnie od tyłu. Oplata mnie ramionami i próbuje pocieszyć mnie tak, jak potrafi, ale nie czuję tego. Nie czuję jej i nie czuję już zdruzgotania, ponieważ odczuwam tylko tę przytłaczającą ilość nienawiści oraz wściekłości. Staram się powstrzymać od rzucenia się na niego, ale chyba nie mam tyle samokontroli. Obejmuję ramieniem Sky i przytulam ją do siebie, mając nadzieję, że pomoże mi jej obecność, ale nie pomaga. Uspokoiłaby mnie tylko świadomość, że mężczyzna stojący za mną już dłużej nie oddycha.

On jest powodem. On jest powodem tego wszystkiego.

Przez niego nie ma już tutaj Les. To on złamał Hope. Przez niego moja matka zna znaczenie zdruzgotania. Ten łajdak ukradł mojej siostrze siłę i chcę, żeby był martwy. Ale to ja chcę go zabić.

Zabieram ramię ze Sky i odpycham ją od siebie. Odwracam się do jej ojca, ale ona staje między nami, patrząc na mnie błagalnymi oczami, napierając na mój tors. Wie, co chcę mu zrobić i próbuje wypchać mnie za drzwi. Spycham ją z drogi, ponieważ nie wiem do czego jestem w tej chwili zdolny i nie chcę jej zranić.

Zaczynam kierować się do niego, ale wtedy sięga za kanapę, po czym szybko się odwraca i unosi pistolet. Szczerze nie obchodziłoby mnie, że trzyma spluwę, ale odzywają się moje opiekuńcze instynkty, gdy myślę o Sky, więc zatrzymuję się. Wolną ręką przysuwa swoje radio do ust, celując we mnie pistoletem przez cały czas, kiedy do niego mówi.

- Ranny policjant na Oak Street 35/22.

Jego słowa natychmiast rejestrują się w mojej głowie i zdaję sobie sprawę, co zamierza zrobić.

Nie.

Nie, nie, nie.

Nie przy Sky.

Nakierowuje pistolet na siebie, patrząc na nią. - Bardzo mi przykro, Księżniczko – szepcze.

Zamykam oczy i sięgam po nią w chwili, kiedy strzela do siebie z pistoletu. Zakrywam jej oczy, a ona zaczyna histerycznie krzyczeć. Zabiera moją rękę z oczu, właśnie wtedy, gdy on upada na podłogę, powodując jej głośniejszy wrzask.

Kładę rękę na jej ustach i od razu wyciągam ją przez drzwi wejściowe. Jest teraz w zbyt wielkiej histerii, żebym mógł ją nieść, więc ciągnę ją za sobą.

W głowie mam tylko teraz myśl, że musimy dostać się do samochodu. Musimy stąd odjechać zanim ktokolwiek dowie się, że tutaj byliśmy. Bo jeśli ktoś dowie się, że tu byliśmy, świat Sky już nigdy nie będzie taki sam.

Kiedy docieramy do samochodu, trzymam rękę na jej ustach i przyciskam jej plecy do drzwi, patrząc twardo w jej oczy. – Przestań – mówię do niej. - Musisz przestać krzyczeć. W tej chwili.

Kiwa energicznie głową, jej oczy są szeroko otwarte. - Słyszysz to? – pytam, chcąc aby zrozumiała konsekwencje tego, co może się wydarzyć, jeśli teraz nie odjedziemy. – To są syreny, Sky. Będą tutaj za mniej niż minutę. Zabieram rękę, a ty musisz wsiąść do auta i być tak spokojna, jak to możliwe, bo musimy stąd odjechać.

Znowu potakuje, więc zabieram rękę i szybko wypcham ją do samochodu. Biegnę do strony kierowcy i wsiadam do środka, następnie odpalam samochód i odjeżdżam. Sky pochyla się i chowa głowę w kolanach. W drodze do hotelu nie przestaje mamrotać pod nosem. – Nie, nie, nie.

Losing Hope - rozdział czterdziesty trzeci


Kiedy włączam swój telefon, jestem zalany wiadomościami. Paroma od Breckina, paroma od mamy. Są nieodebrane połączenia z telefonu Sky, więc przypuszczam, że są one od Karen. Wciąż nie jestem pewien jak to, co zrobiła, wpasowuje się w obrazek, ale trudno mi uwierzyć, że zrobiła to w złych intencjach.

Sky wierci się w łóżku i przewraca na drugi bok. Patrzę na nią i pochylam się, żeby ją pocałować, ale odwraca twarz i zamiast tego całuję jej policzek.

- Poranny oddech – pomrukuje, zsuwając się z łóżka. Idzie pod prysznic, a ja sprawdzam godzinę. Za godzinę możemy się wymeldować, więc zbieram nasze rzeczy.

Kiedy zapakowałem już większość rzeczy, wychodzi z łazienki. - Co robisz? – pyta.

Zerkam na nią. - Nie możemy zostać tutaj na zawsze, Sky. Musimy pomyśleć, co chcesz zrobić.

Podchodzi do mnie prędko. - Ale… ale ja jeszcze nie wiem. Nawet nie mam gdzie pójść.

Jej głos jest pełen paniki, więc zbliżam się do niej, chcąc ją uspokoić. – Masz mnie, Sky. Uspokój się. Możemy wrócić do mojego domu i pomyśleć. Poza tym, oboje nadal jesteśmy w szkole. Nie możemy po prostu przestać chodzić i na pewno nie możemy mieszkać cały czas w hotelu.

- Jeszcze jeden dzień – odpowiada. – Proszę, zostańmy jeszcze na jeden dzień, potem pojedziemy. Muszę spróbować to rozgryźć, a żeby to zrobić muszę pójść tam jeszcze raz.

Nie wiem, jakim sposobem sądzi, że powrót do tego domu jest dobrym pomysłem. Nie potrzebuje stamtąd absolutnie niczego. – Nie ma mowy. Nie przeprowadzę cię przez to jeszcze raz. Nie wrócisz tam.

- Muszę, Holder – mówi błagalnie. - Obiecuję, że tym razem nie wyjdę z samochodu. Obiecuję. Ale muszę zobaczyć dom jeszcze raz zanim pojedziemy. Dużo sobie przypomniałam, kiedy tam byłam. Chcę tylko jeszcze parę wspomnień, zanim zabierzesz mnie z powrotem i będę musiała zdecydować, co zrobić.

Jezu, ona jest nieugięta. Przemierzam podłogę, nie wiedząc jak wbić jej do głowy, że nie może tego zrobić.

- Proszę – powtarza.

Ugh! Nie mogę odmówić temu głosowi.

- Dobra – jęczę. - Powiedziałem ci, że zrobię cokolwiek, co wydaje ci się, że potrzebujesz zrobić. Ale nie będę zawieszał z powrotem tych ubrań.

Śmieje się i podchodzi do mnie, zarzucając mi ręce na szyję. – Jesteś najlepszym, najbardziej wyrozumiałym chłopakiem w całym szerokim świecie.

Odwzajemniam jej uścisk i wzdycham. – Nie, nie jestem. Jestem najbardziej pokopanym chłopakiem w całym szerokim świecie.

***

Siedzimy w moim samochodzie po drugiej stronie ulicy od jej starego domu i zaciskam kierownicę tak mocno, iż obawiam się, że mogę ją połamać. Jej ojciec właśnie wjechał na podjazd, a choć w przeszłości bywałem szalenie wściekły, to do tej pory nie miałem prawdziwe chęci, aby kogoś zabić. Tylko jego widok sprawia, że skręca mi się żołądek, a krew aż się gotuje. Unoszę rękę, żeby odpalić samochód, wiedząc, że nic dobrego z tego nie wyjdzie, jeśli w tej chwili nie odjadę.

- Nie odjeżdżaj – odzywa się ona, odsuwając moją dłoń od kluczyka. – Muszę zobaczyć, jak on wygląda.

Wzdycham, opadając na siedzenie. Musi się pospieszyć i dostać tego, czego potrzebuje, bo to jest złe. To jest bardzo, bardzo złe.

- O mój Boże – szepta. Odwracam się do niej, chcąc wiedzieć, dlaczego to powiedziała. – To nic – dodaje. – Po prostu wygląda… znajomo. Nie miałam w głowie jego obrazu, ale gdybym zobaczyła go na ulicy, to poznałabym go.

Przyglądamy się, jak kończy rozmowę przez komórkę i podchodzi do skrzynki pocztowej.

- Masz już dosyć? – pytam. – Bo ja nie zostanę tu ani sekundy dłużej bez wyjścia z auta i nie skopania mu tyłka.

- Prawie – odpowiada, pochylając się na siedzeniu, żeby lepiej się przyjrzeć. Nie rozumiem, po co w ogóle chciała go widzieć. Nie rozumiem, dlaczego nie wyskakuje z tego auta, żeby wyrwać mu jaja, bo w tej chwili to jest moje jedyne pragnienie.

Gdy jej ojciec nareszcie znika wewnątrz domu, odwracam się do niej.

- Teraz?

Kiwa głową. – Tak, teraz możemy jechać.

Podnoszę rękę do stacyjki i odpalam samochód, po czym patrzę z przerażeniem jak otwiera drzwi na oścież, i wybiega z auta.

Co do cholery?

Gaszę silnik i otwieram własne drzwi, biegnąc za nią. Gonię ją przez całe frontowe podwórko i łapię ją w połowie schodów gankowych. Obejmuję ją ramionami i unoszę, odwracając się z powrotem do auta. Próbuje ze mną walczyć, kopiąc mnie i robię wszystko, co w mojej mocy, żeby zabrać ją jak najdalej od domu, aby on jej nie usłyszał.

- Co ty wyprawiasz, do diabła? – pytam przez ściśnięte zęby.

- Puść mnie, Holder, albo będę krzyczeć! Przysięgam na Boga, będę krzyczeć!

Puszczam ją i obracam twarzą do siebie. Chwytam mocno jej ramiona i próbuję wstrząsnąć w nią przeklęty rozum.

- Nie rób tego, Sky. Nie musisz znowu stawiać mu czoła, nie po tym, co zrobił. Chcę, żebyś dała sobie więcej czasu.

Patrzy na mnie, potrząsając głową. – Muszę wiedzieć czy robi to komuś innemu. Muszę wiedzieć czy ma więcej dzieci. Nie mogę po prostu odpuścić, wiedząc do czego jest zdolny. Muszę go zobaczyć. Muszę z nim porozmawiać. Potrzebuję wiedzieć, że nie jest już tamtym mężczyzną, zanim wrócę do tego samochodu i odjadę.

Obejmuję dłońmi jej twarz i staram się przemówić jej do rozsądku. – Nie rób tego. Jeszcze nie. Możemy wykonać kilka telefonów. Najpierw wynajdziemy o nim cokolwiek możemy w Internecie. Proszę, Sky. – Odwracam ją do samochodu, a ona wzdycha. Nareszcie się ugina i zaczyna iść ze mną do auta.

- Czy jest tu jakiś problem?

Oboje odwracamy się na dźwięk jego głosu. Stoi u podnóża schodów gankowych, ostrożnie mi się przyglądając. Gdybym nie musiał fizycznie pilnować, żeby Sky nie upadła na ziemię, to już rzuciłbym się na niego.

- Młoda damo, czy ten mężczyzna robi ci krzywdę?

Robi się wiotka w moich ramionach w chwili, kiedy bezpośrednio się do niej odzywa. Przyciągam ją do piersi. – Chodźmy – szeptam. Obracam ją w stronę samochodu. Muszę zabrać ją od niego. Po prostu muszę dostać ją do samochodu.

- Nie ruszać się! – krzyczy on.

Sky zamiera na dźwięk jego głosu, ale nadal próbuję kierować ją do auta.

- Obróćcie się!

W tej chwili nie mogę już pchać Sky do przodu i nie widzę wyjścia z tej sytuacji. Odwracam ją razem ze sobą, obejmując ją ramieniem. Spogląda mi w oczy i dostrzegam w nich więcej trwogi niż mógłbym sobie wyobrazić.

- Udawaj – szepczę do jej ucha. – Może cię nie rozpozna.

Potakuje i oboje stoimy teraz twarzą do jej ojca. Nie jestem zaniepokojony faktem, że może mnie rozpoznać. Poza dniem, kiedy Hope zniknęła, nigdy ze mną nie rozmawiał. Mam tylko cholerną nadzieję, że nie rozpozna jej, ale wiem, że tak się stanie. Rodzic zawsze rozpozna własne dziecko, bez względu na to jak wiele czasu minęło.

Kieruje się w naszą stronę i im bliżej się znajduje, tym bardziej widzę rozpoznanie w jego oczach. Zna ją.

Cholera.

Zatrzymuje się, będąc parę metrów przed nami i próbuje spojrzeć jej w oczy, ale ona przyciska się do mnie, patrząc na ziemię.

- Księżniczko? – odzywa się on.

Czuję jak wysuwa mi się z ramion i spuszczam na nią wzrok. Jej oczy są wywrócone do wnętrza głowy i uginają jej się nogi. Mocno ją trzymam i układam na ziemi, żeby móc lepiej ją trzymać. Muszę ją stąd zabrać, w tej chwili.

Wsuwam ręce pod jej ramiona i staram się ją unieść. Jej ojciec podchodzi bliżej i chwyta ją za ręce, żeby mi pomóc.

- Nie dotykaj jej, do cholery! – krzyczę. Od razu się cofa, patrząc na mnie z szokiem.

Patrzę znowu na nią i obejmuję jej głowę, starając się przywrócić jej przytomność.

- Kochanie, otwórz oczy. Proszę.

Trzepocze powiekami i unosi na mnie wzrok. – Nic się nie dzieje – uspokajam ją. - Po prostu zemdlałaś. Potrzebuję, żebyś wstała. Musimy jechać. – Podnoszę ją na nogi, opierając o siebie. Daję jej chwilę na odzyskanie siły. Jej ojciec stoi teraz tuż przed nią.

- To jesteś ty – mówi, patrząc prosto na nią. Zerka na mnie, potem znowu na nią. – Hope? Pamiętasz mnie? – Jego oczy pełne są łez.

- Chodźmy – mówię do niej, starając się pociągnąć ją za sobą. Ona musi wiedzieć, jak bardzo powstrzymuję się teraz przed zaatakowaniem go. Musimy. Teraz. Odjechać.

Opiera się moim próbom, kiedy jej ojciec robi kolejny krok w jej stronę, a ja odsuwam ją od niego.

- Pamiętasz? – pyta znowu. – Hope, pamiętasz mnie?

Ciało Sky całe się napina. - Jak mogłabym cię zapomnieć? – wyrzuca z siebie.

Wciąga gwałtownie powietrze. - To ty – mówi, poruszając ręką po boku. – Żyjesz. Nic ci nie jest. – Wyciąga swoje radio, ale przysuwam się o krok do przodu i wytrącam mu je z ręki, zanim może coś zgłosić.

- Gdybym był tobą, nie dałbym nikomu znać, że ona tutaj jest – odzywam się. – Wątpię, abyś chciał, żeby fakt o tym, że jesteś pieprzonym zboczeńcem wylądował na pierwszej stronie gazet.

Krew odpływa z jego twarzy. – Co takiego? – Spogląda na Sky, kręcąc głową. – Hope, ktokolwiek cię zabrał… okłamał cię. Opowiedział ci rzeczy o mnie, które nie są prawdą. – Robi kolejny krok do przodu i znowu muszę ją odsunąć. – Kto cię zabrał, Hope? Kto to był?

Ona potrząsa mocno głową. – Pamiętam wszystko, co mi zrobiłeś – odpowiada, zbliżając się do niego z pewnością siebie. - A jeśli tylko dasz mi to, po co tutaj jestem, obiecuję, że odejdę i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.

Kręci głową, nie chcąc wierzyć, iż ona pamięta. Przygląda jej się przez chwilę. Wiem, że jest tak wytrącony z równowagi, jak my.

- Co chcesz? – pyta ją.

- Odpowiedzi – odpowiada Sky. – I chcę wszystko, co należało do mojej matki.

Sky sięga po moją dłoń, którą obejmuję ją w talii i ściska ją. Jest przestraszona.

Jej ojciec spogląda na mnie, po czym wraca spojrzeniem do Sky. – Możemy porozmawiać w środku – mówi cicho. Rozgląda się nerwowo po sąsiedztwie, upewniając się, że nie ma żadnych świadków. Fakt, iż w ogóle szuka świadków rozświetla ogromny znak ostrożności. Nie wiadomo do czego jest zdolny ten mężczyzna.

- Zostaw broń – żądam.

Przystaje na moment, po czym wyciąga pistolet z kabury. Kładzie ją na ganku.

- Obie – dodaję.

Nachyla się i wyciąga z nogawki drugi pistolet, kładąc go na ganku, po czym wchodzi do swojego domu. Obracam Sky twarzą do siebie zanim przechodzimy przez drzwi.

- Zostaję tutaj przy otwartych drzwiach. Nie ufam mu. Nie idź nigdzie dalej niż do salonu.

Kiwa głową i całuję ją szybko, patrząc jak odwraca się i wchodzi do salonu. Podchodzi do kanapy i zajmuje na niej miejsce, przez cały czas ostrożnie mu się przyglądając.

On unosi do niej spojrzenie. – Zanim cokolwiek powiesz – odzywa się. – Musisz wiedzieć, że kochałem cię i żałowałem tego, co zrobiłem w każdej sekundzie mojego życia.

- Chcę wiedzieć, dlaczego to zrobiłeś – odpowiada ona.

Opiera się o krzesło, pocierając dłońmi oczy. – Nie wiem – odpiera. – Kiedy umarła twoja matka znowu zacząłem ciężko pić. Rok później upiłem się tak mocno, że obudziłem się następnego poranka i wiedziałem, że zrobiłem coś strasznego. Miałem nadzieję, że był to tylko okropny sen, ale kiedy poszedłem cię obudzić byłaś… inna. Nie byłaś tą samą wesołą dziewczynką, co wcześniej. Przez jedną noc stałaś się kimś, kto był mną przerażony. Nienawidziłem samego siebie. Nie jestem nawet pewien, co ci zrobiłem, bo byłem zbyt pijany, żeby pamiętać. Ale wiedziałem, że było to coś okropnego i straszliwie mi za to przykro. To już nigdy się nie wydarzyło i zrobiłem wszystko co w mojej mocy, żeby ci to wynagrodzić. Cały czas kupowałem ci prezenty i dawałem ci, cokolwiek chciałaś. Nie chciałem, żebyś pamiętała tą noc.

Sky ściska kolana i widzę po tym, jak z trudem nabiera powietrza, że robi wszystko, co w jej mocy, aby zachować spokój.

- To działo się noc w noc… noc w noc… - mówi. Natychmiast rzucam się do kanapy i kucam obok niej. Oplatam ramieniem jej plecy i ściskam jej ramię, żeby siedziała w miejscu. – Bałam się położyć do łóżka, bałam się obudzić, bałam się wziąć kąpiel i bałam się rozmawiać z tobą. Nie byłam małą dziewczynką bojącą się potworów w szafie lub pod łóżkiem. Bałam się potwora, który miał mnie kochać! Miałeś mnie chronić przed ludźmi takimi, jak ty!

Cierpienie w jej głosie rozrywa moje serce. Chcę ją stąd wyciągnąć. Nie chcę, żeby słuchała jego wyjaśnień.

- Masz inne dzieci? – pyta.

On opuszcza głowę i przyciska rękę do czoła, ale nie odpowiada jej. – Masz? – krzyczy.

Zaprzecza głową. – Nie. Nigdy nie ożeniłem się ponownie po twojej matce.

- Czy tylko mnie to zrobiłeś?

Nie odrywa spojrzenia od podłogi, unikając jej pytań.

- Jesteś mi winien prawdę – mówi Sky, teraz spokojnym głosem. – Zrobiłeś to komuś innemu, zanim zrobiłeś to mnie?

Nastaje długie milczenie. On wpatruje się w podłogę, nie potrafiąc przyznać prawdy. Ona wpatruje się w niego, czekając, aż da jej to, po co tutaj przyszła.

Po długiej ciszy Sky zaczyna wstawać. Chwytam ją za ramię, ale patrzy mi w oczy i potrząsa głową. – Wszystko w porządku – mówi. Nie chcę jej puszczać, ale muszę dać jej zająć się tymi sprawami tak, jak tego pragnie.

Podchodzi do niego i klęka przed nim. - Byłam chora – zaczyna. – Moja matka i ja… leżałyśmy w moim łóżku, a ty wróciłeś do domu z pracy. Nie spała przez całą noc i była zmęczona, więc powiedziałeś jej, żeby poszła odpocząć.

Patrzy jej w oczy jak pełen żalu ojciec. Nie wiem jak.

- Tej nocy trzymałeś mnie tak, jak ojciec powinien trzymać swoją córkę. I zaśpiewałeś mi. Pamiętam, że śpiewałeś mi piosenkę o promyku nadziei. Zanim umarła moja matka… zanim musiałeś mierzyć się z bólem serca… nie zawsze robiłeś mi te rzeczy, prawda?

Potrząsa głową i dotyka jej twarzy.

Mam ochotę wyrwać mu rękę, tak jak zawsze miałem ochotę wyrwać rękę Graysonowi. Tylko że tym razem nie chcę zatrzymywać się na dłoni. Chcę mu wyrwać głowę, jaja i…

- Nie, Hope – odpowiada jej. - Mocno cię kochałem. Nadal kocham. Kochałem ciebie i twoją matkę bardziej niż samo życie, ale kiedy umarła… moje najlepsze cechy umarły razem z nią.

- Przykro mi, że musiałeś przez to przejść – mówi z małą emocją. - Wiem, że ją kochałeś. Pamiętam. Ale wiedza o tym wcale nie ułatwia mi znalezienia w sercu przebaczenia, za to co zrobiłeś. Nie wiem dlaczego to, co jest w tobie tak bardzo różni się od tego, co mają inni ludzie… tak bardzo, że pozwoliłeś sobie robić to, co mi zrobiłeś. Ale pomimo tych rzeczy, wiem, że mnie kochasz. I chociaż trudno jest mi to przyznać… ja też kiedyś cię kochałam. Kochałam wszystkie twoje dobre cechy.

Podnosi się i cofa o krok. – Wiem, że nie jesteś zły do szpiku kości. Wiem o tym. Ale jeśli kochasz mnie, tak jak twierdzisz… jeśli w ogóle kochałeś moją matkę… to zrobisz cokolwiek będziesz mógł, żeby pomóc mi się wyleczyć. Jesteś mi tyle winien. Chcę tylko, żebyś był szczery, abym mogła wyjść stąd z jakimiś pozorami spokoju. Jestem tutaj tylko po to, okej? Chcę spokoju.

Jej ojciec teraz płacze. Sky wraca do mnie i mogę szczerze powiedzieć, że jestem nią teraz zdumiony. Jestem zdumiony jej determinacją. Siłą. Odwagą. Sunę ręką po jej ramieniu, dopóki nie odnajduję jej małego palca i trzymam go. Ona w odpowiedzi zaciska swój palec na moim.

Jej ojciec wzdycha ciężko, znowu na nią patrząc. – Kiedy zacząłem po raz pierwszy pić… to był tylko raz. Zrobiłem coś mojej młodszej siostrze… ale to był tylko jeden raz. Było to kilka lat przed tym, jak poznałem twoją matkę.

Sky wypuszcza oddech. – A po mnie? Zrobiłeś to komuś innemu, odkąd zostałam zabrana? – Wyraźne jest, że to zrobił po tym jak poczucie winy ogarnia jego rysy. – Kto? – pyta. - Jak wiele?

Kręci lekko głową. – Była tylko jedna. Przestałem pić kilka lat temu i od tamtej pory nikogo nie dotknąłem. Przysięgam. Były tylko trzy osoby i to w najgorszych chwilach mojego życia. Kiedy jestem trzeźwy, panuję nad moimi pragnieniami. Dlatego już nie piję.

- Kim ona była? – pyta Sky.

Wskazuje głową na prawo, w kierunku domu stojącego obok.

W kierunku domu, w którym kiedyś mieszkałem.

Domu, w którym mieszkałem z Les.

Potem nie słyszę już żadnego słowa.