23.10.13

4

Poniedziałek, 27 sierpień, 2012
15:55

Okazuje się, że Breckin był dzisiaj moim jedynym atutem... i naprawdę jest Mormonem. Mamy wiele wspólnego, a nawet więcej niewspólnego, co czyni go jeszcze bardziej pociągającym. Też był adoptowany, ale ma bliską relację z jego prawdziwą rodziną. Breckin ma dwójkę braci, którzy nie są adoptowani i którzy również nie są gejami, więc jego rodzice przypuszczają, że jego homoseksualizm (jego słowo, nie moje) ma coś wspólnego z faktem, że nie dzieli on z nimi rodowodu. On mówi, że mają oni nadzieję, że to zniknie po wielu modlitwach i ukończeniu liceum, ale on upiera się, że to tylko rozkwitnie.
Jego marzeniem jest, żeby pewnego dnia zostać sławną gwiazdą Broadwayu, lecz mówi że brakuje mu umiejętności śpiewania czy grania, więc zmniejsza swoje marzenie i zamiast tego zapisze się do szkoły biznesowej. Powiedziałam mu, że chcę iść na twórczość literacką, siedzieć w spodniach od yogi i nie robić nic prócz pisania książek i jedzenia codziennie lodów.
Zapytał w jakim gatunku chcę pisać, a ja odpowiedziałam: - Nie ma znaczenia, jeśli jest dobre, prawda? – Myślę, że ten komentarz przypieczętował nasz los.
Teraz jestem w drodze do domu, decydując czy iść do Six, żeby powiedzieć jej o słodko-gorzkich wydarzeniach dnia pierwszego, czy jechać do sklepu spożywczego po mieszankę kofeinową przed codziennym biegiem.
Kofeina wygrywa, pomimo faktu, że moja sympatia do Six jest nieco większa.
Moja minimalna część rodzinnego wkładu jest cotygodniowymi zakupami. Wszystko w naszym domu jest bez cukru, bez węglowodanowe i bez smaku, dzięki niekonwencjonalnemu wegańskiemu trybu życia Karen, więc wolę jak ja robię zakupy. Biorę sześciopak napoju gazowanego i największą paczkę malutkich Snickersów, jaką mogę znaleźć i wrzucam je do wózka. W sypialni mam ładną kryjówkę na swój tajemny schowek. Większość nastolatków chowa papierosy i zioło – ja ukrywam cukier.
Gdy docieram do kasy, rozpoznaję, że kasująca mnie dziewczyna jest w mojej klasie angielskiego.
Jestem całkiem pewna, że nazywa się Shayna, lecz na jej identyfikatorze napisane jest Shayla. Shayna/Shayla jest wszystkim, czym ja bym chciała być. Wysoką, ponętną i ucałowaną przez słońce blondynką. W dobry dzień mogę wyciągnąć się na 160 centymetrów, a moje proste brązowe włosy przydałoby się podciąć – może nawet dodać jakieś pasemka. Byłyby cholerstwem do utrzymania, biorąc pod uwagę ilość włosów, którą mam. Opadają około sześć cali za moje ramiona, ale przez większość czasu je związuję z powodu południowej wilgoci.
- Czy ty nie jesteś w mojej klasie naukowej? – pyta Shayna/Shayla.
- Angielski – poprawiam ją.
Posyła mi protekcjonalne spojrzenie. – Mówię po angielsku – mówi obronnie. – Powiedziałam „nie jesteś w mojej klasie nauk ścisłych?”
O jasna cholera. Może nie chcę być taką blondynką.
- Nie – mówię. – Miałam na myśli angielski jako „nie jestem w twojej klasie nauk ścisłych, jestem w twojej klasie angielskiego.” – Ona patrzy na mnie beznamiętnie przez chwilę, potem się śmieje. – Och. – Świadomość świta na jej twarzy. Przygląda się ekranowi przed nią i wyczytuje moją sumę. Wsuwam rękę do tylnej kieszeni i wyciągam kartę kredytową, chcąc się pospieszyć i wymówić się z rozmowy, która obawiam się, że może stać się mniej niż super.
- O, dobry Boże – mówi cicho. – Popatrz, kto wrócił. – Spoglądam na nią, a ona patrzy na kogoś za mną w innej kolejce do kasy.
Nie, niech się poprawię. Ona ślini się nad kimś za mną w kolejce do kasy.
- Hej, Holder – mówi do niego uwodzicielsko, rzucając uśmiech pełnych warg.
Czy ona właśnie zatrzepotała rzęsami? Tak. Jestem całkiem pewna, że właśnie zatrzepotała rzęsami. Naprawdę myślałam, że robią tak tylko w kreskówkach.
Zerkam do tyłu, żeby zobaczyć kim jest Holder, że w jakiś sposób zdołał zmyć jakiekolwiek pozory poczucia własnej wartości, którą mogła mieć Shayna/Shayla. Koleś podnosi na nią wzrok i skłania głowę, na pierwszy rzut oka niezainteresowany.
- Hej… - Mruży oczy na jej identyfikator. – Shayla. – Odwraca uwagę do swojego kasjera.
Czy on ją ignoruje? Jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole praktycznie daje mu otwarte zaproszenie, a on zachowuje się jakby był to kłopot? Czy on w ogóle jest ludzki? Faceci, których znam nie powinni tak reagować.
Ona prycha. – Shayna – mówi, zirytowana, że nie znał jej imienia. Odwracam się do Shayny i przeciągam kartę kredytową przez maszynę.
- Sorry – mówi on do niej. – Ale zdajesz sobie sprawę, że na twoim identyfikatorze napisane jest Shayla, prawda? – Ona spuszcza wzrok na klatkę piersiową i odwraca identyfikator do góry, żeby móc go odczytać. – Huh – mówi, marszcząc brwi, jakby głęboko myślała. Chociaż wątpię, żeby było to tak głębokie.
- Kiedy wróciłeś? – pyta Holdera, kompletnie mnie lekceważąc. Właśnie przeciągnęłam kartą i jestem niemal pewna, że powinna robić coś po swojej stronie, lecz jest zbyt zajęta planowaniem swojego ślubu z tym kolesiem, żeby pamiętać, że ma klientkę.
- W zeszłym tygodni. – Jego odpowiedź jest szorstka.
- Więc pozwolą ci wrócić do szkoły? – pyta ona.
Słyszę jak on wzdycha z miejsca, gdzie stoję.
- Bez znaczenia – mówi bez emocji. – Nie wracam.
Te jego ostatnie oświadczenie od razu ocuca Shaynę/Shaylę. Przewraca oczami i odwraca uwagę do mnie. – Szkoda jest, kiedy takie ciało nie idzie w parze z mózgiem – szepcze.
Nie umyka mi ironia jej wypowiedzi.
Kiedy nareszcie zaczyna przyciskać numery na kasie, żeby zakończyć transakcję, wykorzystuję jej rozproszenie jako okazję do spojrzenia za siebie. Chcę raz jeszcze spojrzeć na faceta, który wydawał się rozdrażniony długonogą blondynką. On patrzy w swój portfel, śmiejąc się z czegoś, co powiedział jego kasjer. Jak tylko kładę na nim spojrzenie, natychmiast zauważam trzy rzeczy: 1) Jego zdumiewająco doskonałe białe zęby ukryte za tym uwodzicielskim krzywym uśmiechem.
2) Dołeczki formujące się w szczelinach pomiędzy kącikami ust, a policzkami, kiedy się uśmiecha.
3) Jestem całkiem pewna, że uderzyła mi krew do głowy.
Lub mam motylki.
Albo może dopada mnie grypa żołądkowa.
Uczucie jest takie obce; nie jestem pewna co to jest. Nie potrafię powiedzieć co w nim jest tak innego, co doprowadziłoby do mojej pierwszej normalnej reakcji biologicznej na inną osobę. Jednakże nie wiem czy kiedykolwiek widziałam kogoś tak niewiarygodnego jak on. Jest piękny. Nie piękny w sensie pięknisia. Czy nawet w sensie twardziela. Po prostu idealna mieszanka po środku. Niezbyt duży, ale w ogóle nie mały. Niezbyt szorstki, niezbyt doskonały. Ma na sobie dżinsy i białą bluzkę, nic specjalnego. Jego włosy nie wyglądają jakby w ogóle dzisiaj były czesane i prawdopodobnie przydałoby im się przycięcie, tak jak moim. Są dosyć długie z przodu, że musi on je odsuwać z oczu, kiedy podnosi wzrok i przyłapuje mnie na gapieniu się.
Cholera.
Zwykle odwróciłabym wzrok jak tylko powstałby bezpośredni kontakt wzrokowy, ale jest coś dziwnego w sposobie jakim reaguje, kiedy na mnie patrzy, co trzyma moją uwagę skupioną na nim. Jego uśmiech natychmiast przygasa i przekrzywia głowę. Dociekliwe spojrzenie pojawia się w jego oczach i powoli potrząsa głową, albo w niedowierzeniu, albo… zdegustowaniu? Nie mogę tego określić, ale na pewno nie jest to przyjemna reakcja. Rozglądam się, mając nadzieję, że nie jestem odbiorcą jego niezadowolenia. Gdy odwracam się, żeby na niego spojrzeć, wciąż patrzy.
Na mnie.
Delikatnie mówiąc jestem zaniepokojona, więc szybko obracam się do Shayli. Lub Shayny. Jakiekolwiek, do diabła, jest jej imię. Muszę się ogarnąć. Jakoś w ciągu sześćdziesięciu sekund temu facetowi udało się mnie oszołomić, po czym całkowicie przerazić. Pomieszana reakcja nie jest dobra dla mojego pozbawionego kofeiny ciała. Wolałabym, żeby przyglądał mi się z taką samą obojętnością jak Shaynie/Shayli, niż żeby znów tak na mnie spojrzał. Biorę mój rachunek od jak-jej-na-imię i wsuwam do kieszeni.
- Hej. – Jego głos jest głęboki, domagający i od razu sprawia, że zatrzymuje mi się oddech. Nie wiem czy zwraca się do jak-jej-na-imię, czy do mnie, więc łapię za uchwyty siatek, mając nadzieję, że dotrę do auta, zanim on skończy kupować.
- Myślę, że on mówi do ciebie – mówi ona. Chwytam ostatnią siatkę i ignoruję ją, idąc tak szybko jak mogę do wyjścia.
Kiedy docieram do auta, wypuszczam ogromny wydech, otwierając tylne drzwi, żeby włożyć do środka zakupy. Co jest ze mną nie tak, do diabła? Przystojny koleś próbuje zwrócić moją uwagę, a ja uciekam? Nie jest mi niezręcznie przy facetach. Nawet jestem pewna siebie aż do przesady. Jedyny raz w życiu, kiedy mogę naprawdę poczuć możliwie pociąg do kogoś i uciekam.
Six mnie zabije.
Ale te spojrzenie. Było coś tak niepokojącego w sposobie, w jakim na mnie spojrzał. To było niewygodne, żenujące i jednocześnie pochlebne. W ogóle nie jestem przyzwyczajona do dostawania takich reakcji, tym bardziej więcej niż jedną naraz.
- Hej.
Zamieram. Jego głos teraz bez wątpienia jest skierowany do mnie.
Wciąż nie mogę rozróżnić motylków od grypy żołądkowej, ale tak czy inaczej nie lubię tego, jak jego głos przenika aż do mojego brzucha. Sztywnieję i powoli się odwracam, niespodziewanie świadoma, że w ogóle nie jestem tak pewna siebie, jak moja przeszłość pozwoliłaby mi uwierzyć.
Trzyma dwie siatki w jednej ręce, podczas gdy drugą pociera kark. Naprawdę chciałabym, żeby pogoda wciąż była gówniana i deszczowa, wtedy on by tutaj teraz nie stał. Patrzy mi w oczy i spojrzenie pogardy ze sklepu teraz zastąpione jest przekrzywionym uśmiechem, który wydaje się trochę wymuszony w naszym obecnym kłopotliwym położeniu. Teraz gdy mogę lepiej mu się przyjrzeć, oczywiste jest że grypa żołądkowa nie jest w ogóle źródłem nagłych problemów z żołądkiem.
To po prostu on.
Wszystko w nim, od zmierzwionych ciemnych włosów, jasnoniebieskich oczu, po ten… dołeczek, po jego mocne ramiona, do których chcę po prostu sięgnąć i dotknąć.
Dotknąć? Naprawdę, Sky? Opanuj się!
Wszystko w nim wyczerpuje moja płuca i powoduje, że serce wchodzi na szybsze obroty. Mam przeczucie, że jeśli uśmiechnie się do mnie, jak Grayson próbuje się do mnie uśmiechnąć, moje majtki będą na ziemi w rekordowym czasie.
Jak tylko mój wzrok zostawia jego budowę ciała na tyle długo, żebyśmy znowu spojrzeli sobie w oczy, on zwalnia mocny uścisk na swoim karku i przerzuca siatkę do lewej ręki.
- Jestem Holder – mówi, wyciągając do mnie dłoń.
Spuszczam wzrok na jego rękę, po czym cofam się o krok bez jej uściśnięcia. Ta cała sytuacja jest zbyt niezręczna, żebym uwierzyła mu tym niewinnym przedstawieniem się. Może gdyby nie przeszył mnie intensywnym spojrzeniem w sklepie, byłabym bardziej uległa jego fizycznej doskonałości.
- Czego chcesz? – Uważam, że patrzeć na niego z podejrzeniem, a nie podziwem.
Powraca jego dołeczek z pośpiesznym śmiechem i kręci głową, potem odwraca znowu wzrok. – Um – mówi, nerwowo się jąkając, co wcale nie pasuje do jego pewnej siebie osoby. Jego spojrzenie przebiega po parkingu, jakby szukał ucieczki i wzdycha, zanim patrzy mi w oczy. Mnogość jego reakcji diabelnie mnie dezorientuje. W jednej chwili wydaje się on prawie zdegustowany moją obecnością, żeby w drugiej praktycznie mnie śledzić. Zazwyczaj jestem dosyć dobra w czytaniu ludzi, ale gdybym miała coś założyć o Holderze na podstawie ostatnich dwóch minut sam na sam, musiałabym powiedzieć, że cierpi on na rozdwojenie jaźni. Jego nagłe zmiany pomiędzy nonszalanckością a intensywnością wytrącają z równowagi.
- To może zabrzmieć głupio – mówi. – Ale wyglądasz naprawdę znajomo. Masz coś przeciwko, jak zapytam o twoje imię?
Rozczarowanie pojawia się jak tylko gadka na podryw opuszcza jego usta. On jest jednym z tych facetów. Wiecie. Niewiarygodnie wspaniali faceci, którzy mogą mieć kogokolwiek, kiedykolwiek, gdziekolwiek i o tym wiedzą? Faceci, którzy muszą tylko błysnąć krzywym uśmiechem czy dołeczkiem i zapytać dziewczynę o imię, a ona topi się aż jest przed nim na kolanach? Faceci, którzy spędzają sobotnie wieczory wspinając się przez okna?
Jestem wysoce rozczarowana. Wywracam oczami i sięgam za siebie, ciągnąc za klamkę drzwi samochodu.
- Mam chłopaka – kłamię. Obracam się i otwieram drzwi, następnie wsiadam do środka. Kiedy wyciągam rękę, żeby zamknąć drzwi, spotykam się z oporem, gdy odmawiają ruszenia się. Podnoszę wzrok, aby zobaczyć jego dłoń chwytającą górę samochodowych drzwi, trzymając je otwarte. W jego oczach jest twarda desperacja, która wywołuje ciarki na moich ramionach.
On na mnie patrzy i dostaję ciarek? Kim do diabła jestem?
- Twoje imię. Tylko tego chcę.
Rozważam czy powinnam wyjaśnić mu, że moje imię nie pomoże mu w jego prześladowczych staraniach. Jestem całkiem możliwie jedyną siedemnastolatką w Ameryce bez internetowej obecności.
Dalej trzymając za klamkę drzwi, wysyłam mu ostrzegawcze spojrzenie. – Mógłbyś? – mówię ostro, moje spojrzenie powędrowało do ręki, która wciąż uniemożliwia mi zamknięcie drzwi. Moje oczy przebiegają z jego dłoni do tatuażu wyrytego w małej czcionce przez jego przedramię.
Hopeless.
Nie mogę się powstrzymać przed wewnętrznym śmiechem. Najwyraźniej jestem dziś obiektem odwetu Karmy. Wreszcie jestem przedstawiona jedynemu facetowi, którego uważam za atrakcyjnego, a on porzucił liceum i ma wytatuowane na sobie słowo beznadziejny[1].
Teraz jestem rozdrażniona. Ciągnę raz jeszcze za drzwi, ale on się nie odsuwa.
- Twoje imię. Proszę.
Rozpaczliwe spojrzenie w jego oczach, kiedy mówi proszę wywołuje we mnie zaskakująco współczującą reakcję, niewiarygodne.
- Sky – mówię gwałtownie, nagle czując współczucie dla bólu, które jest wyraźnie zamaskowane za jego niebieskimi oczami. Łatwość z jaką uległam jego prośbie poprzez jedno spojrzenie pozostawia mnie rozczarowaną samą sobą. Puszczam drzwi i zapalam silnik auta.
- Sky – powtarza do siebie. Rozważa je przez chwilę, po czym potrząsa głową, jakbym źle odpowiedziała na jego pytanie. – Jesteś pewna? – Pochyla głowę w moją stronę.
Czy jestem pewna? Czy on myśli, że jestem Shayną/Shaylą i nie znam własnego imienia? Przewracam oczami i przesuwam się na siedzeniu, wyciągając dowód osobisty z kieszeni. Unoszę go do jego twarzy.
- Jestem pewna, że znam swoje imię. – Zaczynam zabierać dowód, kiedy on puszcza drzwi i wyciąga go z mojej dłoni, przybliżając go do kontroli. Przygląda mu się kilka sekund, potem przekręca go w palcach i oddaje mi.
- Przepraszam. – Odsuwa się od auta. – Mój błąd.
Wyraz jego twarzy jest teraz twardy i obserwuje mnie, jak wkładam dowód z powrotem do kieszeni. Patrzę na niego przez chwilę, czekając na coś więcej, ale on tylko porusza szczęką, podczas gdy ja zapinam pas bezpieczeństwa.
Tak łatwo poddał się z umówieniem się ze mną? Poważnie? Kładę palce na klamce drzwi, spodziewając się, że znowu przytrzyma drzwi, żeby palnąć kolejną głupią gadkę na podryw. Gdy tak się nie dzieje, a on cofa się jeszcze dalej, jak zamykam drzwi, pochłania mnie dziwne uczucie. Jeśli naprawdę nie poszedł za mną, żeby się ze mną umówić, o co, do diabła, w ogóle chodziło?
Przeciąga dłonią po włosach i mruczy do siebie, ale nie mogę usłyszeć, co mówi przez zamknięte okno. Wrzucam samochód na bieg wsteczny i nie odwracam od niego wzroku, jak wycofuję z parkingu. On pozostaje nieruchomy, obserwując mnie przez cały czas, kiedy wyjeżdżam. Gdy ruszam w przeciwnym kierunku, poprawiam lusterko, żeby ostatni raz na niego spojrzeć zanim wyjadę z parkingu. Patrzę, jak odwraca się, żeby odejść, waląc pięścią w maskę samochodu.
Dobra decyzja, Sky. Ma on temperament.



[1] Jak pewnie większość z was zauważy hopeless na polski to „beznadzieja” i żeby nie było, jest powód dla którego w pierwszej kolejności go nie tłumaczyłam, którego dowiecie się w swoim czasie ^^

3

Poniedziałek, 27 sierpień, 2012
7:15

Rozważałam czy biegać, czy nie tego poranka, ale zamiast tego skończyłam na pospaniu sobie dłużej. Biegam każdego dnia oprócz niedzieli, lecz wydaje się to złe wstawać dzisiaj bardzo wcześnie. Pierwszy dzień szkoły jest wystarczającą samą w sobie torturą, dlatego postanawiam odłożyć swoje bieganie na po szkole.
Na szczęście miałam własne auto już od roku, więc nie muszę polegać na kimś innym niż sobie, żeby dotrzeć do szkoły na czas. Nie tylko przyjeżdżam tam na czas, ale przyjeżdżam czterdzieści pięć minut wcześniej. Jestem trzecim samochodem na parkingu, więc przynajmniej mam dobre miejsce.
Wykorzystuję dodatkowy czas, żeby sprawdzić obiekty lekkoatletyczne obok parkingu. Jeśli będę starać się dostać do drużyny biegaczy, powinnam przynajmniej wiedzieć gdzie iść. Poza tym nie mogę tylko siedzieć w aucie przez następne pół godziny i odliczać minuty.
Kiedy dochodzę do bieżni, jest tam facet robiący okrążenia, więc zatrzymuję się i wchodzę na trybuny. Zajmuję miejsce na samej górze i obejmuję wzrokiem moje nowe otoczenie. Stąd zobaczyć mogę całą szkołę wyłożoną przede mną. Nie wygląda na choćby tak wielką czy przytłaczającą, jak sobie wyobrażałam. Six narysowała mi mapę i nawet zapisała kilka wskazówek, więc wyciągam kartkę z plecaka i patrzę na nią po raz pierwszy. Myślę, że próbuje ona nadrobić, bo czuje się źle za porzucenie mnie.
Spoglądam na teren szkoły, potem na mapę. Wygląda dość łatwo. Sale lekcyjne w budynku na prawo. Stołówka po lewej. Lekkoatletyka za salą gimnastyczną. Jest długa lista jej wskazówek, zatem zaczynam je czytać.
- Nigdy nie korzystaj z łazienki obok laboratorium naukowego. Nigdy. Przenigdy.
- Noś plecak tylko na jednym ramieniu. Nigdy podwójnie, to głupie.
- Zawsze sprawdzaj datę na mleku.
- Zaprzyjaźnij się ze Stewartem, konserwatorem. Dobrze jest mieć go po twojej stronie.
- Kafeteria. Unikaj jej za wszelką cenę, ale jeśli pogoda będzie zła, po prostu udawaj, że wiesz, co robisz, kiedy wejdziesz do środka. Oni mogą wyczuć strach.
- Jeśli dostaniesz pana Declare na matematykę, usiądź z tyłu i nie patrz mu w oczy. On uwielbia licealne dziewczyny, jeśli wiesz o co mi chodzi. Albo, jeszcze lepiej, usiądź z przodu. Będziesz łatwą dziewczyną.
Lista się ciągnie, ale teraz nie mogę czytać więcej. Wciąż tkwię na „oni mogą wyczuć strach”. W takich chwilach marzę o posiadaniu komórki, bo zadzwoniłabym do Six i domagała się wyjaśnienia. Składam kartkę i chowam ją do plecaka, po czym skupiam uwagę na samotnym biegaczu. Siedzi on na bieżni plecami do mnie, rozciągając się. Nie wiem czy jest uczniem czy trenerem, lecz gdyby Grayson zobaczył tego kolesia bez koszulki, zapewne stałby się bardziej skromny w swoim tak szybkim pokazywaniu jego mięśni brzuchowych.
Facet wstaje i idzie do trybun, ani razu nie podnosząc na mnie wzroku. Wychodzi przez bramę i podchodzi do jednego z aut na parkingu. Otwiera drzwi i bierze koszulkę z przedniego siedzenia, następnie zakłada ją przez głowę. Wskakuje do samochodu i wyjeżdża, właśnie wtedy kiedy parking zaczyna się zapełniać. I zapełnia się szybko.
O, Boże.
Biorę plecak i celowo wkładam w niego dwa ramiona, po czym schodzę po schodach, które prowadzą prosto do piekła.
Czy powiedziałam piekło? Bo to było delikatne mówienie. Publiczna szkoła jest wszystkim, czego się obawiałam i gorzej. Lekcje nie są takie złe, ale musiałam (z czystej potrzeby i nieznajomości) skorzystać z łazienki obok laboratorium naukowego i choć przeżyłam, będę miała koszmary do końca życia. Prosta dodatkowa notka od Six informująca mnie, że jest używana ona bardziej jako burdel niż prawdziwa łazienka byłaby wystarczająca.
Teraz jest czwarta lekcja, a ja usłyszałam słowa „zdzira” i „dziwka” wyszeptane nie tak subtelnie przez niemal każdą dziewczynę, którą mijałam w korytarzach. Mówiąc o nie subtelności, sterta banknotów dolarowych, która właśnie wypadła z mojej szkolnej szafki, razem z notatką, była dobrym wskaźnikiem, że mogę nie być mile widziana. Notatka była podpisana przez dyrektora, ale trudno było mi w to uwierzyć biorąc pod uwagę, że „rura” była napisana jako „róra” i notatka mówiła „Sorka, że twoja szafka nie ma róry, zdziro.” Gapię się na notkę w moich dłoniach, uśmiechając się zaciśniętymi ustami, haniebnie akceptując moje zadane samej sobie przeznaczenie, które będzie następnymi dwoma semestrami. Szczerze myślałam, że ludzie zachowywali się tak tylko w książkach, ale jestem świadkiem z pierwszej ręki, że idioci naprawdę istnieją. Również mam nadzieję, że większość kawałów robionych moim kosztem będzie tylko takich jak kawał z kasą dla striptizerki, który teraz doświadczam. Jaki idiota rozdaje pieniądze jako obrazę? Zgaduję, że bogaty. Albo bogaci.
Jestem pewna, że klika chichoczących dziewczyn za mną, które są skąpo, a jednocześnie drogo ubrane, oczekują że moją reakcją będzie upuszczenie rzeczy i bieg z płaczem do najbliższej łazienki. Są tylko trzy problemy z ich oczekiwaniami.
1)      Ja nie płaczę. Nigdy.
2)      Byłam w tej łazience i nigdy tam nie wrócę.
3)      Lubię pieniądze. Kto by od nich uciekał?
Kładę plecak na podłodze pod moją szafką i podnoszę pieniądze. Na podłodze jest przynajmniej dwadzieścia jeden dolarów i więcej niż dziesięć w szafce. Te także zgarniam i wpycham do plecaka. Wymieniam książki i zamykam szafkę, potem wsuwam plecak na dwa ramiona i uśmiecham się.
- Podziękujcie ode mnie swoim tatusiom. – Mijam klikę dziewczyn (które już nie chichoczą) i ignoruję ich przeszywające spojrzenia.
Jest pora lunchu, a patrząc na ilość deszczu zalewającego dziedziniec, oczywiste jest, że Karma odpłaciła gównianą pogodą. To komu odpłaca jest wciąż pod znakiem zapytania.
Mogę to zrobić.
Kładę dłonie na drzwiach kafeterii i otwieram je, w połowie spodziewając się bycia przywitaną przez ogień i siarkę.
Przechodzę przez próg i to nie ogień i siarka mnie spotykają. To decybel hałasu, z którym mój słuch nigdy się nie spotkał. Prawie tak jakby każda osoba w całej kafeterii próbuje mówić głośniej od każdej innej osobie w całej kafeterii. Właśnie zapisałam się do szkoły ważniaków.
Staram się jak najlepiej udawać pewność siebie, nie chcąc przyciągnąć do siebie niechcianej uwagi od nikogo. Facetów, klik, wyrzutków czy Graysona. Dochodzę w jednym kawałku do połowy mojej drogi do kolejki po jedzenie, kiedy ktoś splata ramię z moim i ciągnie mnie za sobą.
- Czekałem na ciebie – mówi on. Nawet nie widzę dobrze jego twarzy, kiedy prowadzi mnie przez bufet, przechodząc pomiędzy stołami. Sprzeciwiłabym się temu nagłemu pokrzyżowaniu planów, ale to najbardziej ekscytująca rzecz, która przydarzyła mi się przez cały dzień. On wysuwa swoje ramię z mojego i łapie moją dłoń, ciągnąc mnie za sobą szybciej. Przestaję się opierać i płynę z prądem.
Ze spojrzeń na jego tył, ma on styl, mimo że dziwny. Ma na sobie flanelową koszulę, która obramowana jest takim samym odcieniem jaskrawego różu jak jego buty. Jego spodnie są czarne, obcisłe i bardzo twarzowe… gdyby był dziewczyną. Zamiast tego spodnie jedynie podkreślają wątłość jego figury. Ciemnobrązowe włosy obcięte są po bokach i są trochę dłuższe na czubku. Jego oczy… patrzą na mnie. Orientuję się, że zatrzymaliśmy się, a on już nie trzyma mojej ręki.
- Czy to nie dziwka Babilonu. – Uśmiecha się do mnie. Pomimo słów, które właśnie wyszły z jego ust, wyraz jego twarzy jest kontrastowo ujmujący. Zajmuje miejsce przy stole i macha dłonią, jakby chciał żebym zrobiła to samo. Przed nim są dwie tace, lecz tylko jedna jest jego. Pcha jedną z tac z jedzeniem w kierunku pustego miejsca przede mną. – Usiądź. Mamy przymierze do obgadania. – Nie siadam. Nie robię nic przez kilka sekund, rozważając tę sytuację. Nie mam pojęcia, kim jest ten dzieciak, mimo tego zachowuje się on jakby na mnie czekał. Nie przeoczmy faktu, że nazwał mnie dziwką. I z tego co widać, kupił mi… lunch? Patrzę na niego bokiem, starając się go zrozumieć, kiedy plecak na krześle obok niego przyciąga mój wzrok.
- Lubisz czytać? – pytam, wskazując na książkę wystającą z jego plecaka. To nie jest podręcznik. To prawdziwa książka. Coś, co myślałam, że było zgubione w tej generacji internetowych demonów. Wyciągam rękę i wyciągam książkę z jego plecaka i zajmuję miejsce naprzeciw niego. – Co to za gatunek? Proszę, nie mów, że science fiction.
On opiera się o swoje krzesło i uśmiecha jakby właśnie coś wygrał. Do diabła, może wygrał. Siedzę tutaj, prawda?
- Powinien mieć znaczenie gatunek, jeśli książka jest dobra? – mówi.
Przerzucam strony, niezdolna powiedzieć czy to romans, czy nie. Bardzo lubię romanse a na podstawie wyglądu faceta naprzeciwko mnie, on też może lubić.
- Jest? – pytam, przeglądając ją. – Dobra?
- Tak. Zatrzymaj ją. Dopiero co ją skończyłem w pracowni komputerowej.
Podnoszę na niego wzrok, a on wciąż pławi się w swoim blasku zwycięstwa. Odkładam książkę do mojego plecaka, po czym pochylam się i badam moją tacę. Pierwszą rzeczą jaką robię jest sprawdzenie daty na mleku. Jest dobra.
- Co gdybym była wegetarianką? – pytam, patrząc na piersi kurczaka w sałatce.
- Więc jedz naokoło niego – ripostuje.
Biorę widelec i dźgam kawałek kurczaka, potem podnoszę go do ust. – Masz szczęście, bo nie jestem.
Uśmiecha się, po czym podnosi własny widelec i zaczyna jeść.
- Przeciw komu tworzymy przymierze? – Jestem ciekawa dlaczego zostałam wybrana.
On rozgląda się naokoło i podnosi rękę w powietrze, obracając nią na wszystkie strony. – Idiotom. Sportowcom. Świętoszkom. Sukom. – Opuszcza dłoń i zauważam, że jego paznokcie są pomalowane na czarno. Widzi jak obserwuję jego paznokcie, sam na nie patrzy i wydyma wargi. – Wybrałem czarny, ponieważ dzisiaj najlepiej przedstawia mój nastrój. Może kiedy zgodzisz się dołączyć do mojego celu, zmienię na coś bardziej radosnego. Być może żółty.
Pokręciłam głową. – Nienawidzę żółtego. Zostań z czarnym, pasuje do twojego serca. – On się śmieje. To prawdziwy śmiech, który wywołuje u mnie uśmiech. Lubię… tego dzieciaka, które imienia nawet nie znam.
- Jak się nazywasz? – pytam.
- Breckin. A ty jesteś Sky. Przynajmniej mam taką nadzieję. Chyba mogłem potwierdzić twoją tożsamość zanim wyjawiłem ci szczegóły mojego niecnego, sadystycznego planu, żeby przejąć szkołę naszym dwuosobowym przymierzem.
- Jestem Sky. I naprawdę nie masz czym się martwić, biorąc pod uwagę że jeszcze nie podzieliłeś się żadnymi szczegółami swojego niecnego planu. Jednak jestem ciekawa skąd wiesz kim jestem. Znam w tej szkole czterech lub pięciu facetów i z każdym się obściskiwałam. Nie jesteś jednym z nich, więc jak to jest? – Przez ułamek sekundy dostrzegam w jego oczach przebłysk czegoś, co wygląda jak litość. Jednak ma on szczęście, że był to tylko przebłysk.
Breckin wzrusza ramionami. – Jestem tutaj nowy. A jeżeli nie odliczyłaś mojego nienagannego gustu, myślę że można przyznać, iż jestem… - Nachyla się i zakrywa dłonią usta w dyskrecji. – Mormonem – szepcze.
Śmieję się. – A ja myślałam, że powiesz gejem.
- To też – mówi, pstrykając nadgarstkiem. Splata dłonie pod brodą i przybliża się kilka cali. – Zupełnie poważnie, Sky. Zauważyłem cię dzisiaj w klasie i jest oczywiste że też jesteś tutaj nowa. I po zobaczeniu wypadających pieniędzy striptizerskich z twojej szafki przed czwartą lekcją, a potem byciu świadkiem twojego braku reakcji na to, wiedziałem, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Co więcej stwierdziłem, że jeśli stworzymy zespół, może zapobiegniemy w tym roku przynajmniej dwóm niepotrzebnym samobójstwom nastolatków. Więc co ty na to? Chcesz być moją najlepsiejszą przyjaciółką w całym szerokim świecie?

Śmieję się. Jak mogłabym się z tego nie śmiać? – Pewnie. Ale jeśli książka jest do bani, ponownie oceniamy tę przyjaźń.

2

Sobota, 25 sierpień, 2012
23:50

Dwa miesiące wcześniej…
Chciałabym myśleć, że większość decyzji, które podjęłam przez moje siedemnaście lat były mądrymi.
Przy odrobinie szczęścia inteligencja jest ważona ciężarem, a kilka głupich decyzji, które podjęłam będą przeważone przez inteligencję. Jeśli o to chodzi, muszę podjąć kupę mądrych decyzji jutro, ponieważ wpuszczanie Graysona przez okno mojej sypialni po raz trzeci tego miesiąca ciąży całkiem ciężko na głupiej stronie wagi. Jednakże jedynym dokładnym pomiarem poziomu głupoty decyzji jest czas… więc chyba poczekam i zobaczę, czy zostanę złapana zanim stuknę młotkiem sędziowskim.
Pomimo tego jak to może wyglądać, nie jestem zdzirą. Chyba że, oczywiście, definicja zdziry jest oparta na fakcie, że obściskuję się z wieloma ludźmi, niezależnie od mojego braku atrakcyjności do nich. W takim wypadku ktoś mógłby mieć podstawy do dyskusji.
- Pośpiesz się – mówi bezgłośnie Grayson zza zamkniętego okna, widocznie rozdrażniony moim brakiem pośpiechu.
Odblokowuję zasuwę i odsuwam okno do góry tak cicho, jak to możliwe. Karen może być niekonwencjonalnym rodzicem, ale kiedy chodzi o chłopców wkradających się przez okna sypialni o północy, jest ona twoją typową, pełną dezaprobaty matką.
- Cicho – szepczę. Grayson podpiera się i przerzuca jedną nogę przez parapet, po czym wspina się do mojej sypialni. Pomaga to, że okna po tej stronie domu są zaledwie metr nad ziemią; jest prawie tak jakbym miała własne drzwi. Właściwie to Six i ja prawdopodobnie używałyśmy naszych okien, żeby się odwiedzać więcej niż używałyśmy prawdziwych drzwi. Karen tak bardzo do tego przywykła, że nawet nie pyta o moje okno otwarte przez większość czasu.
Zanim zasuwam zasłonę, spoglądam na okno sypialni Six. Ona macha do mnie jedną ręką, drugą ciągnąc za ramię Jaxona, jak ten wspina się do jej sypialni. Gdy tylko Jaxon jest bezpiecznie w środku, odwraca się i wyciąga głowę przez okno. – Spotkaj się ze mną przy twoim aucie za godzinę – szepcze głośno do Graysona. Zamyka okno Six i zasuwa jej zasłony.
Six i ja byłyśmy złączone od dnia, kiedy wprowadziła się obok cztery lata temu. Nasze okna sypialni są przyległe do siebie, co okazało się niezwykle dogodne. Sprawy zaczęły się dosyć niewinnie. Kiedy miałyśmy czternaście lat, wkradałam się do jej pokoju w nocy i wykradałyśmy lody z zamrażalnika i oglądałyśmy filmy. Kiedy miałyśmy piętnaście lat, zaczęłyśmy wkradać chłopców do jedzenia lodów i oglądania filmów z nami. Gdy miałyśmy szesnaście lat, lody i filmy grały drugie skrzypce dla chłopców. Teraz jako siedemnastolatki nawet nie przejmujemy się wyjściem z naszych indywidualnych sypialni do czasu gdy potem chłopcy idą do domu. Wtedy właśnie lody i filmy znowu mają pierwszeństwo.
Six przechodzi przez chłopców tak jak ja przechodzę przez smaki lodów. W tej chwili jej smakiem miesiąca jest Jaxon. Moim jest Rocky Road[1]. Grayson i Jaxon są najlepszymi przyjaciółmi, dlatego w taki sposób początkowo zostaliśmy zetknięci z Graysonem. Kiedy smak miesiąca Six ma seksownego najlepszego przyjaciela, wkrada ona go w moje łaski. Grayson jest z pewnością seksowny. Ma niezaprzeczalnie świetne ciało, idealnie niedbałe włosy, przeszywające ciemne oczy… wszystko, co się da. Większość dziewczyn, które znam czułyby się uprzywilejowane będąc tylko w tym samym pokoju co on.
Wielka szkoda, że ja nie.
Zasłaniam zasłony i obracam się, żeby znaleźć Graysona cale od mojej twarzy, gotowy żeby zacząć przedstawienie. Kładzie dłonie na moich policzkach i błyska swoim uśmiechem zrzucającym majtki. – Hej, piękna. – Nie daje mi szansy na odpowiedź, kiedy jego usta witają moje w ckliwym zapoznaniu. Dalej mnie całuje, ściągając swoje buty. Ściąga je bez wysiłku, podczas gdy obydwoje idziemy w stronę mojego łóżka, usta wciąż razem złączone. Łatwość z jaką robi te dwie rzeczy jednocześnie jest imponująca i niepokojąca. Powoli osuwa moje plecy na łóżko. – Czy twoje drzwi są zamknięte?
- Idź sprawdzić drugi raz – mówię. Daje mi krótkiego całusa w usta, po czym podskakuje do drzwi, żeby upewnić się, że drzwi są zamknięte. Wytrzymałam z Karen trzynaście lat i nigdy nie zostałam uziemiona; nie chcę jej dać żadnego powodu, żeby teraz zacząć. Będę miała osiemnastkę za parę tygodni, a nawet wtedy wątpię że zmieni ona swój styl wychowywania tak długo jak jestem pod jej dachem.
Nie żeby jej styl wychowywania był negatywny. Po prostu jest… bardzo sprzeczny. Była surowa całe moje życie. Nigdy nie mieliśmy dostępu do Internetu, komórek czy nawet telewizji, ponieważ uważa ona że technologia jest źródłem całego zła na świecie. Jednak jest niezwykle pobłażliwa w innych względach. Pozwala mi wychodzić z Six kiedykolwiek chcę i tak długo jak wie gdzie jestem, tak naprawdę nie mam nawet godziny policyjnej. Jednak nigdy nie pchnęłam tego zbyt daleko, więc może mam godzinę policyjną i po prostu nie zdaję sobie z tego sprawy.
Nie obchodzi ją to czy klnę, chociaż rzadko to robię. Nawet pozwala mi wypić wino na kolację co jakiś czas. Rozmawia ze mną bardziej jakbym była jej przyjaciółką niż córką (chociaż zaadoptowała mnie, kiedy miałam pięć lat) i jakoś przywykła mnie do bycia (prawie) całkowicie z nią szczerą na temat wszystkiego, co dzieje się w moim życiu.
Nie ma z nią żadnego średniego porozumienia. Jest ona albo niezwykle pobłażliwa, albo niezwykle surowa. Jest jak konserwatywna liberalistka. Albo liberalna konserwatystka. Kimkolwiek jest, trudno ją rozgryźć, dlatego właśnie przestałam próbować trzy lata temu.
Jedyną rzeczą, nad którą naprawdę się głowiliśmy był problem z publiczną szkołą. Uczyła mnie w domu całe życie (publiczna szkoła jest kolejnym źródłem zła) i błagałam, żeby mnie zapisać odkąd Six podsunęła mi ten pomysł. Starałam się o przyjęcie do college’ów i czułam, że będę miała lepszą szansę w dostaniu się do szkół, do których chcę, jeśli dodam parę pozalekcyjnych zajęć do podań. Po miesiącach nieustannych błagań od Six i mnie, Karen w końcu ustąpiła i pozwoliła mi się zapisać na ostatni rok. Miałam wystarczająco punktów, żeby zaliczyć rok z mojego programu nauki w domu w ciągu paru miesięcy, ale mała część mnie zawsze miała pragnienie doświadczenia życia jak normalna nastolatka.
Oczywiście, gdybym wiedziała, że Six wyjedzie na zagraniczną wymianę w tym samym tygodniu, kiedy miał być nasz pierwszy wspólny dzień ostatniego roku, nigdy nie rozważałabym pomysłu publicznej szkoły. Lecz jestem niewybaczalnie uparta i prędzej dźgnęłabym się w mięsistą część dłoni widelcem niżbym powiedziała Karen że zmieniłam zdanie.
Starałam się uniknąć myślenia o fakcie, że nie będę miała Six w tym roku. Wiedziałam jak bardzo miała nadzieję, że wymiana się uda, lecz samolubna część mnie naprawdę miała nadzieję, że tak się nie stanie. Myśl o przejściu przez te drzwi bez niej przerażała mnie. Ale zdaję sobie sprawę, że nasza separacja jest nieunikniona i mogę tak żyć na tyle długo, dopóki nie będę wepchnięta do prawdziwego świata, gdzie żyją inni ludzie prócz Six i Karen.
Mój brak dostępu do realnego świata został kompletnie zastąpiony książkami, a nie może być zdrowo żyć w świecie szczęśliwych zakończeń. Czytanie również wprowadziło mnie w (raczej udramatyzowane) grozy liceum, pierwszych dni, klik i wrednych dziewczyn. Nie pomagało to, że, według Six, już miałam reputację po prostu będąc z nią powiązaną. Six nie ma najlepszych osiągnięć w celibacie i najwyraźniej niektórzy faceci, z którymi się obściskiwałam nie mają najlepszych osiągnięć w utrzymaniu tajemnic.
Te połączenie powinno sprawić pierwszy dzień szkoły dosyć interesującym.
Nie, żeby mnie to obchodziło. Nie zapisałam się, żeby nawiązać przyjaźni czy zrobić na kimś wrażenie, więc tak długo jak moja nieuzasadniona reputacja nie zderzy się z moim ostatecznym celem, świetnie sobie poradzę.
Mam nadzieję.
Grayson wraca do łóżka po upewnieniu się, że drzwi są zamknięte i rzuca mi uwodzicielski uśmiech. – Co powiesz na mały striptiz? – Kołysze biodrami i podnosi koszulkę, ukazując jego ciężko osiągnięte mięśnie brzucha. Zaczynam zauważać, że pokazuje je kiedy tylko może. On jest twoim typowym, pochłoniętym sobą złym chłopcem.
Śmieję się, kiedy zakręca koszulką wokół głowy i rzuca nią we mnie, po czym znowu się na mnie wsuwa.
Przesuwa dłoń za moją szyję, przyciągając moje usta do pozycji.
Pierwszy raz, kiedy Grayson wślizgnął się do mojej sypialni był trochę ponad miesiąc temu i od początku dał jasno do zrozumienia, że nie szuka związku. Ja dałam jasno do zrozumienia, że nie szukałam jego, więc naturalnie natychmiast się zaprzyjaźniliśmy. Oczywiście on będzie jedną z paru osób, które znam w szkole, więc martwię się, że może to zaburzyć dobrą rzecz, którą mamy – co jest absolutnie niczym.
On jest tutaj mnie niż trzy minuty i już ma rękę pod moją bluzką. Myślę, że bezpiecznie jest powiedzieć, że nie jest on tutaj dla mojej pobudzającej rozmowy. Jego usta przesuwają się z moich warg na korzyść mojej szyi, zatem wykorzystuję moment wytchnienia, żeby głęboko odetchnąć i znowu spróbować coś poczuć.
Cokolwiek.
Wlepiam oczy w plastikowe świecące w ciemności gwiazdy przylegające do sufitu nad moim łóżkiem, z lekka świadoma ust, które przeszły na moją klatkę piersiową. Jest ich sześćdziesiąt sześć. Gwiazd. Wiem to, ponieważ przez ostatnie kilka tygodni miałam wiele czasu na liczenie ich, podczas gdy byłam w tym samym kłopotliwym położeniu. Ja, leżąca niezauważalnie obojętna, kiedy Grayson bada moją twarz oraz szyję i czasami klatkę piersiową swoimi dociekliwymi, za bardzo podekscytowanymi ustami.
Dlaczego, jeśli nie jestem tym zainteresowana, pozwalam mu to robić?
Nigdy nie miałam jakiegokolwiek emocjonalnego połączenia z facetami, z którymi się obściskiwałam. Czy raczej facetami, którzy obściskiwali się ze mną. Jest to niefortunne przeważnie z jednej strony. Miałam tylko jednego kolesia, który bardzo blisko wywołał raz ode mnie fizyczną albo psychiczną reakcję i okazało się to być sprowokowanym urojeniem. Miał na imię Matt i umawialiśmy się przez mniej niż miesiąc, zanim jego dziwactwa mnie pokonały. To jak odmawiał picia wody z butelki dopóki nie było to przez słomkę. Czy to jak rozszerzały się jego nozdrza tuż przed tym jak pochylał się, żeby mnie pocałować. Czy to jak powiedział „kocham cię” po jedynie trzech tygodniach uznania siebie za wyłącznych.
Ta. Ostatnie było zaskoczeniem. Pa pa Matty.
Six i ja analizowałyśmy mój brak fizycznej reakcji do facetów wiele razy w przeszłości. Przez moment podejrzewała ona, że jestem homoseksualna. Po bardzo krótkim i żenującym „testującym teorię” pocałunku pomiędzy nami, kiedy miałyśmy szesnaście lat, obydwie wywnioskowałyśmy, że nie w tym był problem. Nie to, że nie lubiłam obściskiwania się z chłopcami. Lubiłam to – w innym wypadku bym tego nie robiła. Po prostu nie lubiłam tego dla tych samych powodów, co inne dziewczyny. Nigdy nie powalono mnie na kolana. Nie miałam motylków. Właściwie całe wyobrażenie bycia przez kogoś oszołomioną była dla mnie obce. Prawdziwy powód, dla którego lubiłam obściskiwanie się z facetami był po prostu taki, że wywoływało to we mnie uczucie kompletnego i przyjemnego odrętwienia. To sytuacje takie jak ta, w której jestem teraz z Graysonem, kiedy miło jest, gdy mój umysł się zamyka. Kompletnie się zatrzymuje, a ja lubię to uczucie.
Moje oczy skupione są na siedemnastu gwiazdach w górnym prawym kwadracie mojego sufitu, kiedy nagle wracam do rzeczywistości. Ręce Graysona odważyły się dalej, niż pozwalałam im w przeszłości i szybko staję się świadoma faktu, że odpiął on moje dżinsy, a jego palce przesuwają się po bawełnianej krawędzi moich majtek.
- Nie, Grayson – szepczę, odpychając jego dłoń.
Odsuwa rękę i jęczy, po czym przyciska czoło do mojej poduszki. – Daj spokój, Sky. – Oddycha ciężko przy mojej szyi. Poprawia swój ciężar na prawym ramieniu i patrzy na mnie, próbując zabawić mnie swoim uśmiechem.
Czy wspomniałam, że jestem odporna na jego uśmiech zrzucający majtki?
- Jak długo zamierzasz to utrzymywać? – Przeciąga dłonią po moim brzuchu i znowu wolno przesuwa koniuszki palców do moich dżinsów.
Mrowi mnie skóra. – Utrzymywać co? – Próbuję wysunąć się spod niego.
On podciąga się na rękach i patrzy na mnie, jakbym była ciemna. – Tę grę „dobrej dziewczynki”, którą starasz się przybrać. Mam tego dosyć, Sky. Po prostu już to zróbmy. – To przywraca mnie do faktu, że, wbrew powszechnej opinii, nie jestem zdzirą. Nigdy nie uprawiałam seksu z żadnym z kolesi, z którymi się obściskiwałam, wliczając obecnie dąsającego się Graysona. Zdaję sobie sprawę, że mój brak seksualnej reakcji pewnie ułatwiłby emocjonalny poziom, żeby uprawiać seks z przypadkowymi ludźmi.
Jednakże, zdaję sobie również sprawę, że mógłby to być ten sam powód, dla którego nie powinnam uprawiać seksu. Wiem, że kiedy już przekroczę tę linię, plotki o mnie już nie będą plotkami. Będą faktem. Ostatnią rzeczą jaką chcę to, żeby rzeczy, które ludzie o mnie gadają zostały potwierdzone. Chyba mogę dopisać moje prawie osiemnaście lat dziewictwa do czystego uporu.
Po raz pierwszy w ciągu dziesięciu minut, których on tutaj był, zauważam u niego smród alkoholu.
- Jesteś pijany. – Pcham w jego klatkę piersiową. – Powiedziałam ci, żebyś znowu nie przychodził tutaj pijany. – On stacza się ze mnie, a ja wstaję, żeby zapiąć swoje spodnie i poprawić bluzkę. Czuję ulgę, że jest pijany. Jestem bardziej niż gotowa, żeby wyszedł.
Siada na brzegu łóżka i chwyta moją talię, przyciągając mnie do niego. Obejmuje mnie ramionami i opiera głowę o mój brzuch. – Przepraszam – mówi. – Po prostu tak bardzo cię pragnę, że nie sądzę, że wytrzymam ponowne tutaj przyjście, jeśli nie pozwolisz mi siebie mieć. – Zniża dłonie i łapie mój tyłek, następnie przyciska usta do obszaru skóry, gdzie moja bluzka styka się z dżinsami.
- Więc tutaj nie przychodź. – Przewracam oczami i cofam się od niego, po czym idę do okna.
Kiedy odsuwam zasłonę, Jaxon już wychodzi z okna Six. Jakoś obydwie zdołałyśmy skrócić tę jednogodzinną wizytę do dziesięciu minut. Spoglądam na Six, a ona posyła mi wszystkowidzące „czas na nowy smak” spojrzenie.
Wychodzi za Jaxonem przez okno i podchodzi do mnie. – Grayson też jest pijany? – Potakuję. – Całkowicie. – Odwracam się i patrzę na Graysona, który leży na łóżku, nieświadomy faktu, że nie jest już mile widziany. Podchodzę do łóżka i podnoszę jego koszulkę, rzucając mu ją w twarz. – Wyjdź – mówię.
Podnosi na mnie wzrok i podnosi brew, potem bardzo niechętnie schodzi z łóżka, kiedy widzi, że nie robię sobie żartów. Zakłada buty, dąsając się jak czterolatek. Odsuwam się na bok, żeby dać mu wyjść.
Six czeka aż Grayson opuści okno, po czym wspina się do środka, gdy jeden z kolesi mamrocze słowo „dziwki”. Już w środku Six przewraca oczami i odwraca się, żeby wystawić głowę na zewnątrz.
- Zabawne, że jesteśmy dziwkami, bo nie dostaliście seksu. Dupki. – Zamyka okno i podchodzi do łóżka, opadając na nie i krzyżując ręce za głową. – I kolejny gryzie ziemię.
Śmieję się, lecz mój śmiech szybko jest przerwany przez głośne pukanie do drzwi sypialni. Od razu idę je otworzyć, następnie odsuwam się na bok, przygotowując się na wejście Karen. Jej matczyne instynkty mnie nie zawodzą. Rozgląda się gorączkowo po pokoju, dopóki jej oczy nie lądują na Six na łóżku.
- A niech to – mówi, odwracając się do mnie. Kładzie dłonie na biodrach i marszczy brwi. – Mogłabym przysiąc, że słyszałam tutaj chłopców.
Podchodzę do łóżka i próbuję ukryć autentyczną panikę przepływającą przez moje ciało. – I wydajesz się rozczarowana ponieważ… - Czasami absolutnie nie rozumiem jej reakcji. Tak jak powiedziałam wcześniej… sprzeczne.
- Kończysz osiemnastkę za miesiąc. Mam już mało czasu na uziemienie cię po raz pierwszy w życiu. Musisz zacząć trochę bardziej chrzanić, dziecko.
Oddycham z ulgą, widząc, że ona tylko żartuje. Niemal czuję się winna, że tak naprawdę nie podejrzewa, że jej córka była obmacywana pięć minut wcześniej w tym samym pokoju. Serce wali mi w piersi tak niewiarygodnie głośno, iż boję się, że może je usłyszeć.
- Karen? – Mówi zza nas Six. – Jeśli to cię uspokoi, dwa gorące towary właśnie się z nami obściskiwały, ale wyrzuciliśmy ich tuż przed tym jak weszłaś, bo byli pijani. – Moja szczęka opada i obracam się w miejscu, żeby posłać Six spojrzenie, które mam nadzieję, że da jej znać, iż sarkazm nie jest w ogóle zabawny, kiedy jest prawdą.
Karen się śmieje. – Cóż, może jutrzejszej nocy dorwiecie jakichś ładnych trzeźwych chłopców. – Nie sądzę, że muszę się martwić o to, że Karen usłyszy moje bicie serca, ponieważ całkowicie się zatrzymało.
- Trzeźwych chłopców, tak? Myślę, że to mogę to załatwić – mówi Six, puszczając do mnie oko.
- Zostajesz na noc? – mówi Karen do Six, gdy wraca do drzwi sypialni.
Six wzrusza ramionami. – Chyba zostaniemy dzisiaj w moim domu. To mój ostatni tydzień we własnym łóżku na sześć miesięcy. Poza tym mam Channinga Tatum na płaskim ekranie. – Zerkam na Karen i widzę, jak to się zaczyna.
- Nie, mamo. – Zaczynam do niej iść, lecz widzę zamglenie tworzące się w jej oczach. – Nie, nie, nie. – Kiedy do niej dochodzę, jest za późno. Ona ryczy. Jeśli jest jedna rzecz, której nie mogę znieść, to płaczu. Nie dlatego, że czyni mnie emocjonalną, ale dlatego, że piekielnie mnie irytuje. I jest niezręczne.
- Jeszcze tylko jeden – mówi, pędząc do Six. Już przytuliła ją tego dnia nie mniej niż dziesięć razy.
Prawie myślę, że jest ona smutniejsza ode mnie, że Six wyjeżdża za kilka dni. Six nie odmawia prośbie na jedenasty uścisk i puszcza do mnie oko ponad ramieniem Karen. Praktycznie muszę je od siebie oderwać, żeby Karen po prostu wyszła z mojego pokoju.
Wraca do drzwi i odwraca się ostatni raz. – Mam nadzieję, że spotkasz seksownego włoskiego chłopaka – mówi do Six.
- Lepiej żebym spotkała więcej niż jednego. – Six jest śmiertelnie poważna.
Kiedy drzwi zamykają się za Karen, odwracam się i wskakuję na łóżko, po czym walę Six w ramię.
- Jesteś taką suką – mówię. – To nie było zabawne. Myślałam, że zostałam złapana. – Ona się śmieje i łapie moją dłoń, potem wstaje. – Chodź. Mam Rocky Road. – Nie musi prosić dwa razy.



[1] Rocky Road – czekoladowe lody popularne w Wielkiej Brytanii i Australii. 

1

Niedziela, 28 październik, 2012
19:29

Wstaję i spuszczam wzrok na łóżko, wstrzymując oddech w obawie przed dźwiękami, które wydobywają się głęboko z mojego gardła.
Nie będę płakać.
Nie będę płakać.
Powoli osuwając się na kolana, kładę dłonie na brzegu łóżka i przeciągam palcami po żółtych gwiazdach rozsypanych na ciemnoniebieskim tle kołdry. Wpatruję się w gwiazdy, aż zaczynają się rozmazywać od łez, które przyćmiewają mi wzrok.
Zamykam oczy i zatapiam głowę w łóżku, łapiąc garściami koc. Moje ramiona zaczynają się trząść, jak szlochy, które próbowałam powstrzymać brutalnie się ze mnie wyrywają. W jednym płynnym ruchu, wstaję, krzyczę i zdzieram koc z łóżka, rzucając go przez pokój.
Zaciskam pięści i jak oszalała rozglądam się za czymś innym do rzucenia. Chwytam poduszki z łóżka i rzucam je w odbicie w lustrze dziewczyny, której już nie znam. Patrzę jak dziewczyna w lustrze odwzajemnia mój wzrok, żałośnie szlochając. Słabość w jej łzach doprowadza mnie do szału. Zaczynamy biec w swoją stronę aż nasze pięści uderzają o szkło, rozbijając lustro. Obserwuję jak opada ona w milionach błyszczących kawałkach na dywan.
Łapię za brzegi komody i popycham ją na boki, wyrzucając kolejny krzyk, który był więziony zbyt długo. Kiedy komoda opada na tył, wyciągam szuflady i rozrzucam zawartość po pokoju, obracając się, rzucając i kopiąc wszystko na mojej drodze. Chwytam niebieskie zasłony i ciągnę za nie, aż kij się łamie, a zasłony opadają wokół mnie. Podchodzę do pudeł ułożonych w wysoki stos w kącie i, w ogóle nie wiedząc, co jest w środku, biorę ten na szczycie i rzucam go o ścianę z taką siłą, na jaką pozwala mi moja 160 centymetrowa figura.
- Nienawidzę cię! – krzyczę. – Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!
Rzucam czymkolwiek, co mogę znaleźć przed sobą na cokolwiek, co mogę znaleźć przed sobą. Za każdym razem, gdy otwieram usta do krzyku, czuję smak soli od łez, które spływają po moich policzkach.
Ramiona Holdera niespodziewanie pochłaniają mnie od tyłu i ściskają mnie tak mocno, że staję się nieruchoma. Wyrywam się, rzucam i krzyczę jeszcze bardziej dopóki moje czyny nie są już przemyślane. Są tylko reakcjami.
- Przestań – mówi on spokojnie przy moim uchu, nie chcąc mnie uwolnić. Słyszę go, ale udaję, że nie. Albo po prostu mnie to nie obchodzi. Dalej walczę w jego uchwycie, lecz on jedynie go zacieśnia.
- Nie dotykaj mnie! – krzyczę w niebogłosy, rzucając się z pazurami na jego ramiona. Jednak nie wywołuje to na nim wrażenia.
Nie dotykaj mnie. Proszę, proszę, proszę.
Głosik unosi się echem w moim umyśle i natychmiast staję się bezwładna w jego ramionach. Słabnę, gdy moje łzy stają się silniejsze, pochłaniając mnie. Staję się niczym więcej jak naczyniem na łzy, które nie przestają płynąć.
Jestem słaba i pozwalam mu wygrać.
Holder rozluźnia uchwyt wokół mnie i kładzie ręce na moich ramionach, potem odwraca mnie do siebie twarzą. Nawet nie mogę na niego spojrzeć. Topię się przy jego torsie od wyczerpania i porażki, łapiąc garściami jego koszulę, jak szlocham, przyciskając policzek do jego serca. On kładzie dłoń na tyle mojej głowy i zniża usta do mojego ucha.

- Sky. – Jego głos jest opanowany i nieprzejęty. – Musisz wyjść. Teraz.